Czy jesteśmy przywiązani do tradycji?

Czy jesteśmy przywiązani do tradycji?

Czy jesteśmy przywiązani do tradycji? Tradycja jest dzisiaj polem walki. Z jednej strony występują obrońcy uznanych wartości i dziedzictwa, które wymaga lojalności, z drugiej – padają argumenty o zakonserwowaniu, zamknięciu na zmiany i odrzuceniu współczesności. Podczas gdy tradycyjne restauracje i wyroby spożywcze cieszą się powodzeniem, tradycyjne zachowanie czystości przedmałżeńskiej uchodzi za anachronizm. Czy zatem jesteśmy tradycjonalistami? I czy w ogóle chcemy nimi być?
Pojęcie tradycji występuje we wszystkich językach europejskich w  zbliżonej formie, wywodząc się z łacińskiego „traditio". Etymologia odwołuje się do „przekazywania”, „podawania dalej” i mechanizm oraz sens tradycji na tym właśnie polega. Warto to zaakcentować, gdyż zwykle pojmuje się tradycję jako zbiór raz na zawsze określonych zachowań, wartości i wzorów, które należy wiernie reprodukować. W takim ujęciu tradycja narodowa jest obligatoryjnym dziedzictwem, które należy darzyć szacunkiem i pielęgnować, a jej kultywowaniu służy wiele instytucji z  Ministerstwem Kultury i Dziedzictwa Narodowego na czele. W istocie jednak tradycja zakłada zmienność, a każdy akt przekazywania, w tym międzypokoleniowego, oznacza dostosowanie jej do nowych realiów, pominięcie jednego elementu, a dodanie innego, modyfikację. Jedyną niezmienną tradycją jest tradycja martwa. I odwrotnie – tradycja żywa, silna, znacząca społecznie jest wariantywna, przybiera różne formy. Z  tego wynika, że tradycja i zmiana nie są przeciwieństwami, ale stanowią punkty na pewnej skali. Tradycja jest czymś w rodzaju hardware’u, teraźniejszość to software.

Tradycja nie jest słowem, którego używamy na  co dzień. Najczęściej występuje w mowach polityków, nauczycieli, kleru, trubadurów narodu. Gdy prześledzi się miejsca, w których pojawia się ten termin, układa sięinteresująca mapa. W jej centrum znajdują się oczywiście religia i tożsamość narodowa, zakrzepłe w spetryfikowanym haśle „Polak katolik" ( jego źródła sięgają ponurego czasu potopu szwedzkiego, gdy szukający ostatniej deski ratunku król Jan Kazimierz koronował Matkę Boską na Królową Polski). W kraju, którego 97 proc. mieszkańców jest ochrzczonych, religia musi stanowić silny punkt odniesienia nawet mimo trendów sekularyzacyjnych, niechęci do Kościoła jako instytucji i rosnących szeregów agnostyków i apostatów. Znamiennie o przywiązaniu do chrześcijańskich rytuałów świadczy to, że większość młodych Polek – niekoniecznie religijnych – pytana o wymarzony ślub widzi jedną kliszę: biała suknia z welonem i tonący w kwiatach kościół. Ciekawe jest jednak i to, z jaką łatwością upowszechniają się u nas nowe ślubne zwyczaje: odprowadzanie panny młodej pod ołtarz przez ojca i  zdjęcia czy filmy z uroczystości sformatowane wedle hollywoodzkich wzorców. Szybkość przyjmowania tych nowinek sprawia, że dla wielu stają się one, paradoksalnie, częścią tradycji.

Sercem debat na temat tradycji jest obok religii polskość. Dla wielu to nadal „polski naród, polski ród, królewski szczep piastowy", dla innych z kolei raczej gombrowiczowska „gęba”, którą najchętniej byśmy przed Europą odmalowali w ultranowoczesne barwy. Tak czy inaczej odwołanie do polskości pociąga za sobą ciąg skojarzeń. Może to być stereotypowy obraz ojczystej ziemi, której nie powinna zanieczyszczać obca zabudowa, obcy ludzie, obce gatunki zwierząt ani roślin (badacze tego zjawiska mówią o topofilii, czyli umiłowaniu miejsc uznawanych za kwintesencję ojczyzny). Czym dla  Irlandii jest jej zachodniewybrzeże, a dla Holandii płaska mozaika polderów, tym dla Polski są miodowe łany zbóż, płaczące wierzby (zwłaszcza w Roku Chopinowskim) i bociany na błękitnym niebie. Emocja narodowa doskonale żywi się takim skrótem. W tym narodowym krajobrazie nie może zabraknąć miejsc zbiorowej pamięci w postaci pomników, mogił, monumentów. Są celami świeckich, patriotycznych pielgrzymek w czasie narodowych świąt. Wtedy też serwisy informacyjne wywołują hasło patriotyzmu i jego kolejnych znaczeń. Czyż nie powinniśmy nadal odpowiadać na wezwanie o daninę krwi w obronie matki ojczyzny? – pytają jedni. To anachronizm – grzmią ich przeciwnicy – nie wychowuje nas wszak jakaś abstrakcyjna ojczyzna, tylko rodzice, którzy płacą podatki na  naszą edukację i zdrowie.

Polskość przywołuje jeszcze inne obrazy, jak choćby mityczne wyobrażenie o pochodzeniu naszych przodków od walecznych Sarmatów, ludu znad Wołgi, który mówił w języku z rodziny tureckiej. Nawet jeśli z tym antycznym ludem może nas łączyć jedynie pomyłka XVI-wiecznych kronikarzy, to sarmatyzm jako zbiór idei, norm oraz  estetyki głęboko naznaczył zbiorową duszę Polaków. I nie chodzi tutaj o  literalną ciągłość historyczną, ale raczej o szczególną aurę i aprobatę dla pewnych postaw. Sarmatyzm pozostawił po sobie szlachecką megalomanię, której spuścizna wciąż przejawia się w lekceważeniu władzy, warcholstwie posłów, niechęci wobec obcych, kulcie tego, co swojskie, dewocji religijnej, często także opilstwie. Z sarmatyzmem zrosła się skłonność do życia ponad stan, w myśl porzekadła „zastaw się, a postaw się". Dlatego kredyty bierze się na urządzenie wystawnego wesela, przyjęcia komunijnego, a  nawet rocznicy ślubu. Wartość kredytów konsumpcyjnych stale rośnie, w  2009 r. przekraczając już, jak podaje Komisja Nadzoru Finansowego, 150  mld zł. W czasach, które są odległe od mitycznej epoki króla Sasa, o  której mówiono „jedz, pij i popuszczaj pasa”, imperatyw życia ponad stan nie zanika. W sondażu GfK Polonia z lutego 2010 r. tylko co czwarty Polak przyznał się do oszczędzania podczas zakupów, choć wskaźniki ekonomiczne wyraźnie wskazują masowy napływ klientów do sieci oferujących niedrogie towary, jak Biedronka czy CCC. Inne nacje nie mają takich problemów z przyznaniem się do zaciskania pasa: 40 proc. Niemców, Holendrów i Austriaków nie ukrywa, że kupują najtańsze napoje oraz  żywność. Sarmata w nas ma się dobrze.

Innym dziedzictwem sarmatyzmu są wąsy polskich mężczyzn. Choć minął już czas kontuszów, żupanów i pasów słuckich, ta żywa skamielina dawnej kultury trzyma się mocno. W Rzeczypospolitej szlacheckiej wąsy były rodzajem emblematu, znaku identyfikacyjnego odróżniającego od obcych, zwłaszcza z Zachodu. Dziś wąsy są przedmiotem drwin i dumy, kwintesencją obciachu i symbolem tradycji. Szacuje się, że zarost nad górną wargą nosi co siódmy Polak, co czterdziesty Niemiec i tylko co czterechsetny Francuz. Statystycznie to przepaść i pewnie dlatego wąs stał się polską wizytówką za granicą, po której bez pudła można wskazać naszego rodaka. Jest do tego stopnia stygmatem, że Polaków zatrudnianych w prestiżowych firmach w Europie czy USA zmusza się do zgolenia wąsów. W USA po jednej z wizyt polskiego rządu zaczęto nawet opowiadać stosowny dowcip: „Po co  Polakom takie długie wąsy? Żeby sobie mogli nimi uszy czyścić". Radio Roxy poszło jeszcze dalej w emitowanej reklamie radiowej: „Hej, dziewczyny! Poproście swoich chłopaków o dar wąsów. Przekonacie się, jak bardzo podnoszą jakość pocałunków i wzmagają siłę pieszczot. Można w  nich też przechowywać resztki pokarmów i napojów, dając ci dostęp do  ulubionych smaków podczas zbliżenia. Poczuj się jak Marysieńka Sobieska, Ewa Braun, żona marszałka Putry, Sharon Stone czy Grażyna Torbicka, kobiety, które wybrały mężczyzn z wąsami. Wąsy! i znikają dąsy!”.

Z dwoma kluczowymi wyznacznikami naszej identyfikacji – religią i  polskością – ściśle wiąże się sfera obyczajowości. Na stronach internetowych skierowanych do obcokrajowców powtarzają się te same wyliczanki: Boże Narodzenie, Wielkanoc, Boże Ciało, dzień Wszystkich Świętych. Rzeczywiście, są to najbardziej celebrowane tradycyjne święta religijne w Polsce: 73 proc. ankietowanych przez Pentor w końcu 2009 r. uznało święta bożonarodzeniowe za ulubione, 47 proc. wybrało Wielkanoc. Proporcja jest stała, jakkolwiek od kilkunastu lat notuje się stały spadek popularności tych świąt; za ulubione w 1996 r. uznawało je 89  proc. (Boże Narodzenie) i 61 proc. (Wielkanoc) Polaków i Polek. Ciekawe jest wszakże to, co obecnie skrywa się pod formułą „obchodzenia świąt". Od kilku lat proszę studentów o szczegółowe opisy kolacji wigilijnej. Pokazują, w jaki sposób ta arcyważna tradycja ulega modyfikacji: dostosowaniu ogólnego wzorca do obecnych możliwości i potrzeb. Warto odnotować, że na wigilijnym stole pojawiają się co roku nowe potrawy: włoska pasta, pesto czy różne odmiany sałat. Studenci tłumaczą, że to  nie zamach na tradycję, ale jedynie jej „modernizacja”: skoro chcemy świętować, a stare jadła raczej nam nie smakują, szykujemy na stół coś innego. W stare butelki wlewa się po prostu nowe wino.

W ogóle to, co jemy, wiele mówi o naszych uczuciach względem tradycji. Charakterystyczne jest, że od mniej więcej dekady jest coraz więcej na  sklepowych półkach towarów etykietowanych jako „tradycyjne", „ludowe”, „babuni”. Znakuje się w ten sposób wędliny, sery, soki, alkohole, masła, makarony, przetwory, coraz dłuższą listę wyrobów różnych branż spożywczych. Przekaz, jaki niesie taki znak, jest jasny: „tradycyjne” to  wytworzone zgodnie z dawnymi recepturami, przy użyciu naturalnych składników, tradycyjną metodą. Nazwie towarzyszą też zwykle rustykalne motywy w rodzaju łanów zbóż, krów na pastwiskach, dziewczyny w jakimś „ludowym” stroju. Niestety, produkty te są często w tym samym stopniu tradycyjne co ów ludowy strój (jedna z kontroli wykazała, że  „tradycyjne parówki cielęce” miały wspólnego z cielęciną tyle, że  producent dodał do nich przyprawę do parówek cielęcych). Kultura ludowa i związane z nią tradycje są współcześnie wielkim polem do nadużyć i  ludowe kulinaria świetnie to obrazują. Jest ogromny rozziew między powielanym obrazem polskiej wsi „spokojnej i wesołej” płynącej miodem i  mlekiem a ustaleniami naukowców i pamiętnikami samych chłopów. W „złotym wieku” polskiej kultury ludowej, w wieku XIX, wieś dotknięta była widmem głodu, a za określeniem „kuchnia ludowa” krył się egzystencjalny koszmar. Wydana w 1842 r. książka Jana Milikowskiego pod tytułem „Nowy, wyborny i najtańszy kucharz” miała pomóc gospodyniom w urozmaicaniu jadłospisu. Autor podał więc w niej kilkaset przepisów na leguminy, sałaty, wypieki, potrawki – a podstawą wszystkich były ziemniaki! Skoro mięso było rzadkością, cukier rarytasem, a cytrusy i „korzenie” występowały w innej galaktyce, pozostawały ziemniaki: najtańszy produkt, promowany na śniadanie, obiad i kolację w dni zwyczajne i od święta we  wszystkie pory roku. Oto prawdziwe oblicze „swojskiej” kuchni! Kronikarze wspominają, że w wielu chatach nie siadano do wigilii, bo nie było nic do jedzenia, a określenie „nędza galicyjska” opisywało skrajny głód. Jak to się więc stało, że tradycyjna wieś uchodzi za matecznik oryginalnych, zdrowych receptur? Gdy odrzucimy z tych podań zmyślenia, pozostanie w nich... kultura mieszkańców dworów. Jeśli kogoś w dawnej wsi stać było na wykwintne jedzenie, to właśnie ich. Za „tradycyjnymi ludowymi” przepisami kryje się zwykle kuchnia szlachecka. Chłopi tych potraw mogli nawet nie widzieć na oczy.

W 2003 r. media obiegła wiadomość o zdradzie tradycyjnego rękodzieła przez koronczarki z  Koniakowa, które zaczęły wyrabiać stringi. W różnych kolorach i fasonach, na noc poślubną i studniówkową zabawę. W beskidzkiej wsi obchodzono właśnie hucznie dwóchsetlecie tradycji koronczarstwa, przypominając słynne serwety, szaty liturgiczne, obrus dla królowej angielskiej. Prezentacja koronkowych stringów wywołała burzę. Część heklarek – jak nazywa się je na miejscu – orzekła, że to hańba poniżająca tradycję; nie  może być tak, by koronki leżały i na ołtarzach, i na d… Dyrektorka Biura ds. Krajowych Komisji Artystycznych i Etnograficznych także nie miała wątpliwości: „Rozumiem, kierpce, wianki. To są symbole Polski. Ale  majtki? To przecież byłoby obraźliwe".

Tak stał się Koniaków przykładem sporu o tradycję. W 2006 r. wraz z grupą studentów prowadziłem tam badania. Ich celem było zdiagnozowanie sytuacji po „aferze" ze  stringami. Rozmowy z koronczarkami przekonały, że wyrób majtek należy zaliczyć do kolejnej odsłony tradycji. Stringi powstawały z tych samych materiałów, przy użyciu tych samych technik i wzorów co uznane przykłady tradycyjnego rękodzieła. Były to te same koniakowskie kwiatki, tyle że w  nowym wariancie wzorniczym. Zresztą już wcześniej, poszukując klientów coraz mniej zainteresowanych klasycznymi obrusami, heklowano ozdoby świąteczne, firanki, a nawet staniki. Dwóchsetlecie tradycji także okazało się nieporozumieniem. Umiejętności koronczarskie pojawiły się w  Koniakowie na początku XX wieku, a upowszechniały je przyjezdne nauczycielki. Już wtedy kobiety „odpatrywały” wzory w czasopismach sprowadzanych z Wiednia albo w witrynach sklepów. Nie trzeba wyobraźni, by przyjąć, że pochodzenie stringów było identyczne. Egzorcyzmowanie zmian mija się zatem z celem. Każda współczesność ma swoją wersję tradycji, własny software. Szkoda, że tak trudno to zrozumieć niektórym urzędnikom, choćby tym z Krajowej Komisji Artystycznej i Etnograficznej.

Stosunek do tradycji wynika z wychowania, wyznawanych wartości, wieku, miejsca zamieszkania. Badacze opisują pogłębiający się proces detradycjonalizacji polegający na porzucaniu dawnych wartości, zachowań, norm. Detradycjonalizacja nie musi oznaczać braku wartości – jedne mogą zostać zastąpione innymi – wywołuje jednak efekt. Najczęściej sprowadza się on do powiększenia przestrzeni wyboru. Ktoś, kto 200 temu urodził się włościaninem na Podlasiu, jako podlaski włościanin na pewno umarł. Dziś w scenariuszach życiowych możemy zmienić wszystko: adres, religię, język, poglądy, a nawet płeć. O tradycji nie wspominając. Coraz więcej wolności to coraz mniej zobowiązań, a do pewnych powinności sprowadza się przecież każda tradycja. Stąd jej słabnące znaczenie.

Waldemar Kuligowski antropolog kulturowy, profesor w Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej UAM w Poznaniu

Lubimy się babrać we własnych niedostatkach Rozmowa z prof. Rochem Sulimą, antropologiem i kulturoznawcą

WPROST: Czy Polacy są tradycjonalistami?
Prof. Roch Sulima: Tak, choć nasze przywiązanie do tradycji słabnie. Starsze pokolenia są jednak wciąż bardzo tradycyjne. Życie społeczne, rodzinne i duchowe wciąż ma naturę cykliczną, świąteczno-rocznicową. Spotykamy się w podobnych okolicznościach, podczas świąt, urodzin czy imienin. Czasem jedynym projektem na najbliższą przyszłość jest doczekanie do weekendu. Lubimy powtórki, a nie zerwania i zmiany. Wpływa na to szlachecko-chłopski wzór naszej kultury. Nawet pierwsze fabryki w  Polsce miały kolumienki przypominające domy szlacheckie. Przyczyną naszego tradycjonalizmu jest też to, że jesteśmy skazani na miejsce zamieszkania; nie mamy warunków, by się przemieszczać, zmieniać otoczenie. Nie mamy też nade wszystko projektu cywilizacyjnego ani pomysłu na modernizację, a takie projekty są niezbędne do wydobycia się z tradycjonalizmu.

Może to wynika też z faktu, że jednym z elementów naszej identyfikacji narodowej są historyczne klęski?
 To prawda, konstruujemy naszą tożsamość na micie klęski, a polskie narzekanie tylko to utrwala. Zamiast zmieniać, narzekamy. Charakterystyczna dla nas przekora jest kolejnym elementem, który nie ma  żadnych wartości konstruktywnych, niczego nie buduje. Lubimy się babrać w naszych niedostatkach, czujemy się pokrzywdzeni przez los,a przecież mieliśmy być narodem wybranym, przedmurzem chrześcijaństwa. Uwielbiamy rocznice wszystkich klęsk, bo chcemy pamiętać o krzywdach, jakie wyrządzili nam inni.

Może cierpimy na narodowy syndrom ofiary, przekonani, że cierpienie uszlachetnia?
 W pewnym sensie tak. Cierpienia, które tak chętnie przywołujemy, doskonale wpisują się w naszą narodową martyrologię, a jednocześnie stają się usprawiedliwieniem dla niepowodzeń. Zwalniają nas z obowiązku wypracowania rzetelnego projektu modernizacji. Do tego jesteśmy wyjątkowo pyszni. Już Witkacy mówił o naszej narodowej pysze, która nic nam nie daje, tylko jeszcze bardziej frustruje i zamyka na zmiany.

Mówił pan jednak, że nasz tradycjonalizm słabnie.
Młode pokolenia myślą już zupełnie inaczej. Widzę to wśród studentów, kiedy wyprowadzam ich w teren. Oni nie chcą już jak 20 lat temu zajmować się wyłącznie obserwowaniem i pisaniem raportów. Są dynamiczni, chcą działać, animować, dokonywać zmian. Kreują wydarzenia kulturalne i tym samym tworzą własny projekt cywilizacyjny, wolny od naszych narodowych ograniczeń. Czasy, w których żyjemy, czasy nowoczesnych mediów i  technologii, dają nam szansę na spojrzenie w przyszłość i wydobycie się z tradycyjności. Mamy okazję być aktorami w świecie publicznym i wielu z  nas chce tę okazję wykorzystać.

Rozmawiał | Dawid Karpiuk
Okładka tygodnika WPROST: 14/2010
Więcej możesz przeczytać w 14/2010 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 5
  • gutomir IP
    Czy ktoś wie (i może podać rzetelne źródło), skąd się wziął zwyczaj odprowadzania panny młodej przez jej ojca do ołtarza?
    • leisure IP
      Świetny tekst !
      • pawel@dobroni.pl IP
        A jakież to muzea powstań tak budujemy pani Środo? Oprócz muzeum powstania warszawskiego raczej inne muzea powstań nie istnieją, chyba że koli Panią przyszłe muzeum powstania w Gettcie?
        • Igor IP
          Wprost chyba jest już anachroniczny, chcemy technologii nagród nobla, sukcesów gospodarczych a nie tego bełkotu ciągle się wylewającego

          Czytaj także