Bartosz Bocheńczak, sekretarz Nowej Nadziei i bliski współpracownik Sławomira Mentzena, nie wystartuje w wyborach na prezydenta Krakowa. Do rejestracji zabrakło mu niewiele ponad 100 ważnych podpisów. Bocheńczak przyznał, że liczył na bezpieczny margines po złożeniu niemal 5 tys. podpisów. W oświadczeniu wziął pełną odpowiedzialność, przeprosił działaczy i stwierdził wprost, że „zawalił”.
Klęska Konfederacji. Mentzen mówi o kompromitacji
Sławomir Mentzen nazwał sytuację kompromitacją i katastrofą. Tłumaczył, że część podpisów odrzucono m.in. z powodu pomylenia adresu zamieszkania z adresem zameldowania. Choć skrytykował przepisy, przyznał, że zbiórkę należało zorganizować lepiej.
Bocheńczak stracił stanowisko szefa krakowskich struktur. Mentzen zawiesił również osoby funkcyjne w regionie i skierował ich sprawę do partyjnego sądu.
Za zamkniętymi drzwiami bez krytyki prezesa
Po porażce odbyła się Rada Krajowa Nowej Nadziei. Według uczestników długo dyskutowano o skuteczniejszej kontroli zbieranych podpisów. Bocheńczak miał wielokrotnie brać winę na siebie i przepraszać.
Nie padła jednak otwarta krytyka ani pod adresem Mentzena, ani jego kandydata. – U nas to tak nie działa. Nikt się nie odezwie, nie wystąpi przeciwko prezesowi – mówi jeden z polityków partii w rozmowie z „GW”. Inny ocenia, że niektórzy ludzie w ugrupowaniu „nie są we właściwych miejscach”.
Działacze wskazują na Ruch Narodowy
Z relacji rozmówców wynika, że część działaczy winą obarczała koalicyjny Ruch Narodowy. Narodowcy mieli wcześniej zbierać podpisy pod referendum w sprawie odwołania prezydenta Aleksandra Miszalskiego. Gdy Mentzen ogłosił kandydaturę Bocheńczaka, inicjatywę przejęła Nowa Nadzieja, a Ruch Narodowy miał ograniczyć zaangażowanie.
Rozmówcy gazety twierdzą, że zarzuty wobec koalicjanta formułowali głównie politycy chcący przypodobać się prezesowi. Mentzen miał nie protestować.
Ludzie Mentzena bronią Bocheńczaka
Najbliżsi współpracownicy prezesa próbują łagodzić skutki porażki. Wiceprezes Krzysztof Rzońca nazwał Bocheńczaka „tytanem pracy” i przekonywał, że zabrakło mu jedynie przezorności. Rzecznik Wojciech Machulski podkreślał natomiast jego zaangażowanie i pracę przez siedem dni w tygodniu. W partii słychać jednak głosy, że wpadka powinna być ostrzeżeniem przed wyborami w 2027 roku. Ugrupowanie ma zmienić procedury, aby podobny problem nie powtórzył się podczas kolejnej kampanii.
Czytaj też:
Konfrontacja na wizji. Polityk Konfederacji nie odpuścił w starciu z Gozdyrą Czytaj też:
Konfederacja z Tuskiem przy jednym stole? „Pójdziemy z każdym”
