Matka chrzestna

Matka chrzestna

Jak Służba Bezpieczeństwa PRL stworzyła polską mafię
Ta sprawa pokazuje, jak w latach 90. w Polsce tworzyła się mafia" - tak o zabójstwie gen. Marka Papały mówi minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. Najnowsze ustalenia śledczych w tej sprawie i dokumenty Instytutu Pamięci Narodowej pokazują, że zorganizowana przestępczość w III RP jest dziełem esbeków. A formalna likwidacja struktur komunistycznej bezpieki nie oznaczała końca istniejącej już wcześniej sieci powiązań funkcjonariuszy tajnych służb z gangsterskim podziemiem, a także osobami, które w III RP trafiły do polityki, i to do jej pierwszego szeregu.

Oficer Mazura
„W sprawie zabójstw Jacka Dębskiego (ministra sportu w rządzie Jerzego Buzka) i gen. Marka Papały kulisy tych spraw zna najlepiej pan Jan Bisztyga, z którym znam się dobrze od 1976 r. Dziwi mnie, że osłania ludzi bardzo dobrze mu znanych" - tak w 2003 r. pisał z wiedeńskiego aresztu gangster Jeremiasz Barański, ps. Baranina. Był to jeden z jego ostatnich listów przed śmiercią - w dziwnych okolicznościach powiesił się w celi. Bisztyga, emerytowany pułkownik wywiadu PRL, a później doradca premiera Leszka Millera, kategorycznie wyparł się tej znajomości.
List Baraniny nie jest jedynym dowodem na esbecko-mafijne tło dwóch politycznych morderstw III RP. Przed amerykańskim sądem głównym świadkiem obrony Edwarda Mazura, podejrzewanego o zlecenie zabójstwa Papały, jest dziś Ryszard Bieszyński. Ten wyrzucony z pracy półtora roku temu pułkownik Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego i były dyrektor zarządu śledczego UOP w 2004 r. umożliwił ucieczkę Mazura z Polski, co zagwarantowało mu wieloletnią bezkarność. Przed sądem w USA zdecydowanie bronił Mazura, zapewniając, że ten nie ma nic wspólnego z zabójstwem Papały. Tymczasem związki obu panów sięgają czasów głębokiej PRL. Jak ustalił „Wprost", jako wieloletni agent Służby Bezpieczeństwa, Mazur spotykał się właśnie z Bieszyńskim, ówczesnym oficerem SB, przekazując mu informacje.
W archiwach IPN zachowała się bogata dokumentacja dotycząca działań Mazura, który potem współpracował jako konsultant z kontrwywiadem III Rzeczypospolitej.
W latach 1992-1996 zbierał informacje na temat dyplomatów i biznesmenów oraz powiązań polityków z gangsterami. Miał sporą wiedzę o byłych generałach Służby Bezpieczeństwa, z którymi bywał w zażyłych stosunkach. Informacje te przekazywał regularnie Bieszyńskiemu. - Postępowanie Bieszyńskiego można określić jednym zdaniem: za wszelką cenę chronić swojego informatora - mówi „Wprost" były funkcjonariusz UOP.

Trójmiejska kolebka
Związki Bieszyńskiego z Mazurem to tylko spektakularna ilustracja znacznie poważniejszego zjawiska. Prawdziwe korzenie polskiej mafii sięgają lat 80. i mają ścisły związek z komunistycznymi służbami specjalnymi. Już wtedy zorganizowane grupy miały na swoim koncie wymuszenia haraczy od prostytutek, przemyt anabolików, łapówki, wyłudzanie odszkodowań komunikacyjnych. Członkami i szefami tych gangów byli jednak nie pospolici przestępcy, ale milicjanci i funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa. Dziś już wiadomo, że nie da się napisać historii polskiej mafii bez analizy zasobów Instytutu Pamięci Narodowej.
„Wprost" dotarł do dokumentów IPN dotyczących narodzin świata gangsterskiego na Wybrzeżu. To właśnie Trójmiasto, ze względu na swoją specyfikę, było kolebką polskiej mafii. To tu, w związku z międzynarodowymi kontaktami handlowymi portów i stoczni, rozwijał się podziemny kapitalizm. Najwięcej informacji o powiązaniach esbeków ze środowiskiem przestępczym zawierają materiały Zarządu Ochrony Funkcjonariuszy oraz rozsianych po kraju Inspektoratów Ochrony Funkcjonariuszy. ZOF był swoistą esbecją w esbecji - elitarną grupą funkcjonariuszy mającą badać nadużycia innych esbeków i stać na straży ich ideologicznej poprawności.
Z materiałów, do których dotarliśmy, wynika, że w latach 80. na Wybrzeżu istniało co najmniej kilka zorganizowanych grup przestępczych założonych przez esbeków i milicjantów. Po 1989 r. właśnie na zrębach tych grup wyrosła obecna mafia. W 1992 r. ówczesny premier Jan Olszewski dostał z MSW kierowanego przez Antoniego Macierewicza raport, który opisywał tworzenie się mafii opartej na dawnych funkcjonariuszach SB i MO oraz ich agentach. Większość mediów raport przyjęła kpinami, wkrótce zaś upadł rząd Olszewskiego, co spowodowało, że dokumentem nikt się już nie zajmował. - Praca w służbach PRL dawała możliwości informacyjne i, co najważniejsze, kontakty. Te kontakty, czyli rozbudowana sieć agentów, zostały później wykorzystane w tworzeniu mafii po 1989 r. - mówi prof. Andrzej Zybertowicz, socjolog, członek Komisji Likwidacyjnej Wojskowych Służb Informacyjnych.

Samochód dla biskupa
Milicjanci i esbecy współpracowali m.in. z gangami samochodowymi. Od pierwszej połowy lat 80. Inspektorat Ochrony Funkcjonariuszy w Gdańsku prowadził sprawę gangu samochodowego, do którego należał Nikodem Skotarczak, ps. Nikoś. Po wyjeździe Nikosia do RFN faktycznym przywódcą grupy był Tadeusz Jędrzejczak, były zomowiec, wyrzucony z MO m.in. za wyłudzenie mebli.
W jednym z esbeckich raportów czytamy: „Rozprowadzaniem samochodów zajmował się Jędrzejczak. Sprzedawał je na ogłoszeniach i na giełdach. (…) Rozprowadzał je także poprzez swoje szerokie kontakty osobiste z księżmi, jak np. ks. Kargul, biskup Gocłowski i inni (…)" - pisał 28 listopada 1984 r. kpt. Jan Protasewicz, kierownik sekcji II wydziału III WUSW w Gdańsku. Z dokumentów nie wynika, by obecny metropolita gdański miał świadomość, że ma kontakty z esbecko-gangsterską grupą.
Według dokumentów, z gangami samochodowymi współpracowało kilkunastu funkcjonariuszy, nazywanych (ze względu na prowadzony tryb życia) Amerykanami. Według informatorów z przestępczego półświatka, „Amerykanie" pod pozorem przeszukań okradali przestępców z tego, co ci wcześniej zrabowali. Z „Amerykanami" współpracował właśnie gang Jędrzejczaka, mający także dojścia do milicjantów i esbeków w komendzie wojewódzkiej w Gdańsku. Jeden z funkcjonariuszy, Władysław Popko, w mundurze milicjanta wprowadzał kradzione w RFN i Francji samochody na giełdy. Mundur wykorzystywał także do sprzedaży kradzionych towarów z przemytu, m.in. kawy, cytrusów i sprzętu RTV. Wtedy też pojawił się proceder „sprzedawania" gangsterom informacji o śledztwach, za co funkcjonariusze dostawali samochody, kolorowe telewizory i pieniądze.

Antoni Macierewicz,
szef Służby Kontrwywiadu Wojskowego
Nie ma wątpliwości, że struktury mafijne w Polsce powstały po 1989 r. na gruzach dawnej Służby Bezpieczeństwa. Podobny proces zachodził we wszystkich państwach zależnych od Związku Radzieckiego, ale u nas odbywał się z cichym przyzwoleniem rządzących, wywodzących się z układu "okrągłego stołu". Politycy ci bali się, że bunt esbeków doprowadzi do dezorganizacji rządów. Taka postawa przyniosła tragiczne skutki: bezpieka już jako mafia umacniała swoje struktury i rosła w siłę. A minister Andrzej Milczanowski, zafascynowany służbami specjalnymi, aż do 1995 r. twierdził, że w Polsce nie ma mafii!
Haracze od prostytutek
Esbecy systematycznie przejmowali też kontrolę nad światem powstających wtedy agencji towarzyskich. W gdańskim IPN znajduje się teczka sprawy o kryptonimie „Hotel", dotycząca wymuszania przez esbeków haraczy od agencji towarzyskich. W trakcie postępowania IOF okazało się, że milicjanci pobierają od prostytutek haracze za to, by mogły one bez przeszkód poruszać się po hotelach i mieć zagranicznych klientów. Dawały one milicjantom m.in. pieniądze i biżuterię, były też zmuszane do świadczenia usług seksualnych. O brutalnych metodach stosowanych przez gangsterów ochranianych przez SB czytamy w notatce służbowej sporządzonej ze spotkania z TW Piotrek. „Pod klubem nocnym »Balladyna« w Gdańsku Brzeźnie przy ul. Karola Marksa w miesiącu sierpniu i wrześniu miały miejsce pobicia kobiet. Pobić miał dokonać Wiesław Wódkiewicz. Tenże Wódkiewicz chwalił się, że jest byłym oficerem SB z obyczajówki" - relacjonował TW Piotrek.

Narodziny Wołomina
Po 1989 r. kontakty byłych milicjantów i esbeków z peerelowskimi przestępcami nie zanikły, lecz jedynie zmieniły swój charakter. Trójmiasto nadal uchodziło za stolicę gangsterskiego półświatka za sprawą dobrych kontaktów polskich przestępców z rodakami mieszkającymi za granicą. Do kraju płynął nieprzerwany strumień spirytusu i elektroniki. Powstały pierwsze wielkie szlaki przerzutowe narkotyków. - To nie były żadne nowe szlaki. Bramki na granicy, którymi w latach 70. i 80. szły do kraju kradzione na Zachodzie samochody, służyły do przemytu bardziej dochodowych towarów. Celnicy i pogranicznicy znali się z byłymi milicjantami oraz esbekami i dzięki temu kontrabanda płynęła szerokim strumieniem - opowiada prokurator z biura przestępczości zorganizowanej.
Gangsterzy wykorzystali nadarzającą się okazję. Tym bardziej że dzięki dużemu wpływowi esbeków na policję i MSW na początku lat 90. zlikwidowano wydziały przestępczości gospodarczej. Ściganie przemytników stało się fikcją, a policjanci osiągali jakieś sukcesy tylko wtedy, gdy konkurencyjne grupy na siebie donosiły. Jednocześnie przez „graniczne bramki" zaczęto przemycać narkotyki. I znów wykorzystano esbeckie znajomości. Jednym z pierwszych dostawców kokainy do Polski był duet Wojciech U. i Andrzej J. Ten ostatni był rugbistą, a później sponsorem Lechii Gdańsk. W 1992 r. gangsterzy przemycili z Kolumbii ponad 100 kg czystej kokainy. Wiele wskazuje, na to, że Andrzej J. i jego kompani skorzystali ze starego esbeckiego kanału przerzutowego.

Na trójmiejskich i szczecińskich przemytnikach oparły się później gangi z innych części Polski, w tym najbardziej znane: „Pruszków" i „Wołomin". Organizowaniem spotkań z zagranicznymi narkogangami zajmowali się emerytowani oficerowie SB, Stasi i KGB. Pośrednikami byli często agenci bezpieki robiący mafijną karierę na Zachodzie. - Bossowie „Pruszkowa" zaczynali od bandyckich napadów na mieszkania, szefowie „Wołomina" od rabowania geesów, a mafiosi z Katowic i Małopolski od przewałów na walutach. Nagle z takich prostych bandziorów zrobili się wielcy mafiosi, których nikt przez lata nie ruszał. To nie był przypadek - wyjaśnia oficer, który do końca lat 90. zwalczał polskie gangi.

Na początku lat 90. grupa esbeków i oficerów wojskowych służb specjalnych za pośrednictwem gangu pruszkowskiego przygotowała dużą operację przemytu broni do krajów Bliskiego Wschodu i na Bałkany. Zeznawał o tym świadek koronny Jarosław S., ps. Masa. Nigdy nie udało się ustalić, jak skończyła się ta operacja. Wiadomo, że broń dotarła do odbiorców.
Dlaczego, mimo dowodów na tworzenie się silnych struktur zorganizowanej przestępczości, przez lata kolejni szefowie resortu spraw wewnętrznych i policji zapewniali, że w naszym kraju nie ma mafii? Być może odpowiedź tkwi właśnie w dokumentach IPN, z których jasno wynika, że istniejące do dziś struktury przestępczości zorganizowanej powstały już w schyłkowych czasach PRL. A Służba Bezpieczeństwa nie tylko była tajną policją polityczną zwalczającą opozycję demokratyczną w PRL, ale stała się też matką chrzestną mafii w III Rzeczypospolitej.


Ilustracja: D. Krupa
Okładka tygodnika WPROST: 24/2007
Więcej możesz przeczytać w 24/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Spis treści tygodnika Wprost nr 24/2007 (1277)


ZKDP - Nakład kontrolowany