Atomowe grejpfruty Kima

Atomowe grejpfruty Kima

Dodano:   /  Zmieniono: 
Kim Dzong Il podminowuje świat
Nic dwa razy się nie zdarza. Jimmy Carter pojechał w 1994 r. z nadzwyczajną misją do Phenianu, by zażegnać nuklearny kryzys w stosunkach z Koreą Północną. Wojna wisiała wówczas na włosku. Wiele wskazuje na to, że USA i Japonia przygotowywały się po cichu do uderzenia prewencyjnego na Phenian, by zapobiec groźbie użycia bomby atomowej. Skończyło się na wojnie nerwów. Koreańczycy przystali bowiem na zamrożenie programu rozwoju broni jądrowej - w zamian za amerykańską pomoc finansową i dwa cywilne reaktory. Tym razem Centrum Cartera zaprzeczyło doniesieniu japońskiej telewizji Fuji, jakoby były prezydent USA miał znów pojechać na półwysep i jeszcze raz przechylić szalę na stronę pokoju. Zamiast Cartera rolę mediatora próbują odgrywać Chiny, jedyne państwo, z którym Koreę Północną łączą silne więzy.

Plan ataku na biurku Busha
Dzisiejszy kryzys w stosunkach amerykańsko-koreańskich wygląda na jeszcze poważniejszy niż poprzedni. Przywódca Korei Północnej Kim Dzong Il zdecydował bowiem, że wycofuje się z porozumienia wynegocjowanego z pomocą Cartera i uruchamia program nuklearny. Z kolei prezydent USA George Bush, za którego kadencji idea ataku prewencyjnego stała się oficjalną doktryną, ma już nawet na biurku gotowy plan ataku na Koreę Północną o kryptonimie OP-PLAN 50-27. Szczegóły nie są oczywiście znane, ale jest jasne, że głównym celem miałoby być zniszczenie koreańskich zakładów wzbogacania uranu i plutonu, potrzebnych do produkcji ładunków nuklearnych. Można się domyślać, że jednocześnie - jak w Iraku - chodziłoby o obalenie Kima.
Nie wiadomo, co dokładnie ma on w kartach, ale pewne jest że gra va banque. - Świadomie potęguje napięcie i wie, jakie mogą być skutki - mówi "Wprost" komandor porucznik Jeff Davis, rzecznik Pentagonu. Wedle ekspertów Centrum Studiów Strategicznych i Międzynarodowych, Phenian ma dostateczną ilość plutonu, by zbudować dwa ładunki nuklearne. Zdaniem Roberta Einhorna, eksperta tej instytucji, nie wiadomo jednak, czy dyktator nie blefuje, twierdząc, że mógłby już teraz użyć tej broni.

5-6 bomb Kim Dzong Ila
USA oraz Japonię i Koreę Południową niepokoją informacje, że eksperci nuklearni Phenianu pracują nad wzbogacaniem plutonu w Jongbion i mogą być zdolni do wyprodukowania 5-6 bomb w najbliższych miesiącach. Niepokój jest tym większy, że Korea ma rakiety do przenoszenia tej broni, które mogłyby zagrozić nie tylko Seulowi i Tokio, ale może nawet Alasce i Hawajom. Zdaniem ministerstwa obrony Korei Południowej, jej północni sąsiedzi rozmieścili ostatnio dodatkowe rakiety średniego zasięgu Rodong na swym wschodnim wybrzeżu, skąd mogą uderzyć w pacyficzne bazy USA. Jeszcze większe jest ryzyko, że Korea może być swoistym sklepem z bronią masowego rażenia. Do wyprodukowania bomby atomowej wystarczy ilość plutonu wielkością równa grejpfrutowi. Można ją przewieźć w aktówce.
Wedle doniesień zachodnich i azjatyckich wywiadów, Phenian, próbując się zabezpieczyć przed ewentualnością zniszczenia Jongbion, rozpoczął przeróbkę plutonu w innym, ukrytym pod ziemią przed szpiegowskimi satelitami ośrodku. Jeśli tak jest, to atak prewencyjny może być nieskuteczny.

Szantaż bankruta
Dlaczego komunistyczny dyktator rzucił wyzwanie światowemu supermocarstwu, skoro jeszcze niedawno sprawiał wrażenie, że stawia na politykę odprężenia i otwierania się na świat? Świadczyły o tym choćby pojednawcze gesty wobec sąsiadów, w tym wizyty w Phenianie premiera Japonii i prezydenta Korei Południowej, oraz plany uruchomienia połączenia kolejowego z południową częścią półwyspu. Dlaczego świadomie zrezygnował z pomocy finansowej, choć gospodarka jego kraju jest w opłakanym stanie, a przeciętni Koreańczycy często cierpią głód?
Poprzednio atomowy szantaż służył dwóm celom. Chodziło o uzyskanie pomocy i wyjście kraju z niemal całkowitej izolacji międzynarodowej. Korea Północna dostała jedno i drugie. Mogła też liczyć na długofalowe, przynoszące korzyści gospodarcze zbliżenie z południem w ramach prowadzonej przez Seul "słonecznej" polityki wobec Phenianu. Wyglądało na to, że obie Koree będą mogły dążyć do zjednoczenia.
Wszystko to stanęło pod znakiem zapytania w wyniku zmiany sytuacji międzynarodowej po ataku 11 września i ogłoszeniu przez Busha wojny z terrorem. Waszyngton publicznie zaliczył Koreę Północną do państw "osi zła". Kim Dzong Il najwidoczniej przestał wierzyć, że jego stołek jest bezpieczny po tym, jak Waszyngton wziął na cel najpierw bin Ladena i mułłę Omara, a potem Saddama. Jeszcze raz przywódca komunistycznej Korei uznał, że jedyny atut, jakim dysponuje, by zagwarantować sobie przetrwanie, to straszak atomowy. Zdecydował się go użyć właśnie teraz, gdy może być najskuteczniejszy, zważywszy na zaangażowanie USA w Iraku.
Dyktator sugeruje, że wycofa się z szantażu tylko wtedy, gdy Bush podpisze z nim formalny pakt o nieagresji. Gdyby udało mu się uzyskać takie gwarancje, mógłby wrócić do polityki otwarcia, a może nawet zgodzić się na utorowanie drogi do zjednoczenia półwyspu. USA jednak wywierają nacisk na całkowite i możliwe do zweryfikowania rozbrojenie - jak w wypadku Iraku. Kim Dzong Il stąpa więc po cienkiej linie. Jego kroki wzmacniają pozycję waszyngtońskich jastrzębi z Pentagonu, którzy forsują pogląd, że jedyną metodą usunięcia groźby użycia broni masowego rażenia jest usunięcie dysponującego nią dyktatora. Posunięcia Kima osłabiają zaś pozycję gołębi z Departamentu Stanu przekonujących, że dyplomatyczne środki nacisku i perswazji nie zostały jeszcze wyczerpane.
Więcej możesz przeczytać w 31/2003 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0

Spis treści tygodnika Wprost nr 31/2003 (1079)