Mity prezydenckie

Mity prezydenckie

Dlaczego Rafał Dutkiewicz nie zastąpi Lecha Kaczyńskiego
Rzadko się zdarza, by jeden sondaż obalił tak wiele mitów krążących w polskiej publicystyce. A tak się właśnie stało w wypadku sondażu opublikowanego w „Rzeczpospolitej", który traktował o szansach poszczególnych kandydatów w wyborach prezydenckich. Na pierwszym miejscu znalazł się w nim Donald Tusk z poparciem 29 proc., na drugim Zbigniew Ziobro (15 proc.), a na trzecim Lech Kaczyński (9 proc.). Następni byli m.in. Hanna Gronkiewicz-Waltz, Kazimierz Marcinkiewicz, Andrzej Olechowski, Włodzimierz Cimoszewicz i Radosław Sikorski.1. Mit – Polacy nie lubią polityki
Nasi rodacy zrozumieli, że podobnie jak operacje wykonują lekarze, a domy projektują architekci, tak premierami i prezydentami powinni zostawać politycy. Polacy nie oczekują cudotwórców – ostatnim, który zasłużył w tym względzie na uwagę, był Stan Tymiński w 1990 r. Potem już żadni rycerze na białych koniach, magowie brzydzący się polityką czy amatorzy hobbyści nie byli traktowani serio. Oczywiście, zdarzało się wybrać do parlamentu bohatera programu „Big Brother" czy piosenkarza, ale przy poważnych decyzjach Polacy wykazywali się dużą mądrością. W 2005 r. wielką sympatią cieszyli się Tomasz Lis, Jolanta Kwaśniewska czy Zbigniew Religa, ale jak przyszło co do czego, to pierwsza dwójka słusznie uciekła z pola boju, a ostatni z nich poniósł spektakularną porażkę w rywalizacji z kandydatami mającymi poparcie wielkich politycznych formacji. Za Tuskiem i Kaczyńskim stały tysiące działaczy i potężne struktury, które w ostateczności przesądziły o tym, że to oni zostali rozpoznani przez elektorat jako główni kandydaci. Polacy od wielu już lat nie czekają na kogoś, kto ich wyzwoli od polityki. Dlatego za płonne uważam nadzieje pewnych środowisk związane z Rafałem Dutkiewiczem (Marcinkiewicz, Dutkiewicz i Sikorski, dystansujący się od polityki, mają tyle poparcia, ile powszechnie nielubiany Lech Kaczyński).

2. Mit – Marcinkiewicza wejście smoka
Od kiedy Kazimierz Marcinkiewicz pracuje w Londynie, ma zwyczaj straszenia, że już za chwilę wróci na ojczyzny łono i porozstawia całe towarzystwo. Z każdym pojawieniem się w mediach jego siła jednak maleje. Co prawda pozostaje wciąż jednym z najbardziej lubianych polityków, ale coraz słabiej przekłada się to na jego polityczny potencjał. Ostatnie badania wskazywały, że na założoną przez niego partię chciałoby głosować już tylko 11 proc. Polaków, podczas gdy jeszcze rok temu było to ponad 20 proc. To oznacza, że były premier jest lubiany, ale nie jest traktowany jako potencjalny przywódca.
Marcinkiewicz sam jest sobie winien – jego objawianie się przy byle okazji w mediach, zachowanie godne bardziej kokietki niż mocnego polityka, uczyniło go częścią show-biznesu. Jego losy będą kiedyś podręcznikowym przykładem, jak przez zaczadzenie mediami i sławą, uwierzenie we własną „fajność" można zmarnować wielki polityczny potencjał. W 2010 r. nie będzie on w stanie zaszkodzić wielkim rozgrywającym – Tuskowi i Kaczyńskiemu.

3. Mit – Polacy nie lubią kłótni
To, że elekcja w 2010 r. będzie rewanżem za wybory z 2005 r., jest coraz bardziej prawdopodobne i obala następny mit polskiej publicystyki – niechęci Polaków do kłótni. Nie wiem, ile jeszcze trzeba będzie dowodów na to, że w polityce gdzie dwóch się bije, tam obaj korzystają, ale im szybciej stanie się to wiedzą powszechną, tym lepiej. Od ponad dwóch lat PO i PiS toczą wojnę, a nasi rodacy wciąż między te dwie partie rozdzielają swe sympatie. I tak też będzie za dwa i pół roku – następnym prezydentem zostanie albo platformers, albo pisowiec. Nie wiemy, jaka w 2010 r. będzie popularność Kaczyńskiego i Tuska, wobec tego, nie możemy z pewnością stwierdzić, że w wyborach wystartują akurat oni. Być może obecny premier już się zgra i będzie musiał być zastąpiony na przykład przez Komorowskiego. Być może Kaczyński będzie miał tak słabe notowania, że PiS zostanie zmuszone do wystawienia Ziobry. Tak czy inaczej, to właśnie dwa zwaśnione ugrupowania prawicy rozegrają ostateczną batalię o urząd głowy państwa.

4. Mit – Kaczyński jest bez szans
Dotychczasowa prezydentura Lecha Kaczyńskiego jest rozczarowująca. Co prawda prowadzi on bardzo piękną politykę historyczną, stara się też budować bezpieczeństwo energetyczne kraju, ale ostatnie dwa lata to czas zmarnowany przez otoczenie prezydenta w dziele budowania jego popularności wśród Polaków. Dziś ma on ogromny elektorat negatywny. To może utrudnić mu reelekcję. Utrudnić, ale nie uniemożliwić. Kaczyński wciąż nie może się pozbyć emploi, które narzucili mu jego przeciwnicy – naburmuszonego, chimerycznego, małostkowego satrapy. Niezależnie od tego, jaka jest jego prawdziwa osobowość, to już ostatni moment na walkę o rząd dusz Polaków. Jeśli bowiem wyborcy uznają dziś, że Donald Tusk jest lepiej wykształcony niż Lech Kaczyński (przypomnijmy – ten pierwszy jest magistrem historii, ten drugi profesorem prawa), to musi to zabrzmieć jak dzwonek alarmowy.
Jeśli zsumujemy głosy z sondażu „Rzeczpospolitej", widać przewagę popularności polityków PO, ale i to, że odsetek sympatyków PiS nie jest mały. Może to być o tyle obiecujące dla Kaczyńskiego, że przed PO jeszcze dwa i pół roku rządzenia. Dlatego grzebanie już dzisiaj szans Lecha Kaczyńskiego na reelekcję jest przedwczesne.

5. Mit – wahadło
Mitem jest, że gdy rządzi lewica, to w następnych wyborach musi zwyciężyć prawica, i odwrotnie. Już kadencja 1993-1997 była tego pewnym zaprzeczeniem – wprawdzie rządzący wówczas SLD musiał oddać władzę, ale po czterech latach rządzenia dostał o 800 tys. głosów więcej. A w ostatniej kadencji rządzące PiS zebrało o 2 mln głosów więcej niż w 2005 r. Co więcej, cała prawica otrzymała znacząco większe poparcie. A to oznacza, że po dwóch latach jej rządów wahadło nastrojów społecznych jeszcze bardziej wychyliło się w prawo. Partie lewicowe znalazły się w stałym odwrocie i w 2010 r. nie będą się prawdopodobnie liczyć. Od dwóch lat bowiem najważniejszą alternatywą dla partii prawicowej jest inna partia prawicowa. I przy obecnej bierności LiD, problemach wewnętrznych SLD i braku wyrazistego lidera na lewicy prawdopodobne staje się stałe wychylenie nastrojów społecznych w stronę prawicy.
Stan Tymiński
Z wykształcenia elektronik. W wyborach startował w 1990 r., przechodząc do drugiej tury. 15 lat później zdobył 0,16 proc. głosów. Zasłynął z prezentowania czarnej teczki, w której miały się znajdować kwity na politycznych konkurentów.

Kazimierz Piotrowicz
Odlewnik brązu. W wyborach prezydenckich w 1995 r. jawił się jako wynalazca materaców i wkładek do butów, które podobno miały wyleczyć każdą chorobę, w tym również raka i AIDS. Uzyskał 0,07 proc. głosów.

Leszek Bubel
Naczelny antysemita RP, obecnie szef Polskiej Partii Narodowej. W wyborach w 2005 r. zapowiadał, że „dobierze się do dupy" komu trzeba. Uzyskał 0,13 proc. głosów.

Tadeusz Wilecki
Generał w stanie spoczynku, w wyborach prezydenckich startował w 2000 r. Mieszkanie dla każdej polskiej rodziny gwarantował „generalskim słowem honoru". Uzyskał 0,16 proc. głosów.

Jan Pyszko
75-letni działacz polonijny pretendował do najwyższego urzędu w Polsce trzy lata temu. W swoim programie skupił się na walce z mediami. Stwierdził, że jeśli nadal będą nieobiektywne, „nie zawaha się użyć radykalnych środków". Zdobył 0,7 proc. głosów.


Okładka tygodnika WPROST: 12/2008
Więcej możesz przeczytać w 12/2008 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Czytaj także