Polska roponośna

Polska roponośna

Kilka miliardów dolarów wart jest polski spadek w Azerbejdżanie Nie Jan Kulczyk, lecz spadkobiercy krewnych zmarłego w lipcu 1904 r. na Kaukazie inżyniera górnictwa Witolda Zglenickiego mogliby dziś przewodzić liście najbogatszych Polaków. Zapisy, które pochodzący z drobnej szlachty mazowieckiej Zglenicki poczynił w testamencie na rzecz swych krewnych oraz instytucji naukowych, przekraczały bowiem wartość majątku przekazanego kilka lat wcześniej przez Alfreda Nobla ustanowionej jego ostatnią wolą sztokholmskiej fundacji.

Zglenicki (skądinąd znajomy Nobla) - jeden z cenionych inżynierów górnictwa w carskiej Rosji, nagrodzony stopniem pułkownika przez cara, orderami przez szacha Persji - był jednym z pionierów przemysłu naftowego w Baku, obecnej stolicy Azerbejdżanu. Odkrył tam ponad 200 roponośnych działek na lądzie i morzu oraz zaprojektował pierwszą na świecie morską platformę wiertniczą. W chwili śmierci był on dzierżawcą albo właścicielem działek naftowych w okolicach Baku o łącznej powierzchni około 1000 ha (plus 220 ha złóż podmorskich). Dziś byłyby one warte miliardy dolarów. Spadkobiercy Polaka, obdarowani stałym procentem od dochodów z pól naftowych, zapewne byliby krezusami, zaś nagrody przyznawane przez wskazaną przez inżyniera fundację naukową mogłyby staś się równie głośne jak Nagrody Nobla. Niestety, I wojna światowa i bolszewicka rewolucja uniemożliwiły wykonanie większej części ostatniej woli Zglenickiego.
Jednak sprawa bakijskiego "płynnego złota" nie umarła wraz z nacjonalizacją przemysłu naftowego przez Sowietów. Nawet obecnie powraca ona jak bumerang. "W sprawie zainteresowania PKN Orlen działkami roponośnymi nabytymi w przeszłości przez inż. Zglenickiego należy stwierdzić, że pozyskanie dostępu do źródeł zaopatrzenia w ropę jest jednym z istotnych celów koncernu. Każda z pojawiających się realnych możliwości ich realizacji jest przez nas badana" - takie oświadczenie przysłał płocki koncern, poproszony przez "Wprost" o potwierdzenie pogłosek, wedle których interesuje się tzw. legatem Zglenickiego.

Zesłanie do Eldorado
Urodzony w styczniu 1850 r. we wsi Wargawa Stara Witold Leon Julian Zglenicki odebrał staranne wykształcenie, studiując m.in. na Wydziale Matematyczno-Fizycznym w Szkole Głównej w Warszawie, a potem - do 1875 r. - w Instytucie Górniczym w Sankt Petersburgu, gdzie pod wpływem słynnego wykładowcy Dmitrija Mendelejewa zainteresował się m.in. kaukaskimi bogactwami naturalnymi. Do Baku zapewne nigdy by jednak nie dotarł, gdyby nie odrzucił oferty pracy na stanowisku głównego inżyniera okręgu donieckiego, złożonej mu przez Zarząd Górniczy Sankt Petersburga. Władze carskie potraktowały tę odmowę jako niesubordynację i tylko dzięki wstawiennictwu wpływowego na dworze cara przedsiębiorcy i polityka hrabiego Aleksandra Benckendorffa polski inżynier nie trafił na Syberię, lecz do Azerbejdżanu.
Gdy w 1891 r. Zglenicki przybył do Baku, by objąć posadę w urzędzie probierczym, miasto to przypominało zapadłe kalifornijskie mieściny, które w okresie "gorączki złota" z dnia na dzień stawały się metropoliami. Na fali naftowego boomu własne szyby i rafinerie wybudowali w Baku m.in. zamożni przemysłowcy - jak bracia Alfred, Robert i Ludwig Noblowie, czy bankowcy - jak Rothschildowie. Po tym jak w 1872 r. władze zezwoliły prywatnym osobom kupować roponośne działki, dzienne wydobycie ropy w Azerbejdżanie wzrosło z 60 ton do 32 tys. ton (jedenastokrotnie więcej niż wtedy w USA). W początku XX wieku azerska ropa stanowiła połowę tego surowca wydobywanego na świecie. Liczba mieszkańców Baku wzrosła zaś w ciągu ćwierćwiecza z 16 tys. do 210 tys. w 1905 r. Polacy byli jedną z liczniejszych z 30 grup narodowościowych zamieszkujących Baku.
W czasie wolnym od pracy probierczego Polak oddawał się hobby - poszukiwał złóż ropy, projektował urządzenia usprawniające jej wydobycie. By zdobyć wiedzę o rafinacji ropy, odwiedzał bakijskie zakłady braci Noblów, Rothschildów lub Benckendorffa, rozmawiał z ich właścicielami. Zglenicki przekonywał nafciarzy o bogactwie kaspijskich podmorskich złóż i możliwościach ich eksploatacji (proponował budowanie platform wiertniczych na palach). Po tym, jak w sierpniu 1900 r. opublikował wyniki swych badań na łamach pisma "Neftianoje Dieło", władze zaczęły przydzielać prywatnym przedsiębiorcom opisane przez niego działki roponośne. Część z nich przyznano także polskiemu inżynierowi, m.in. działkę morską w pobliżu Bibi Ejbat.
Nim Zglenicki w wieku 51 lat dowiedział się, że choruje na cukrzycę (wtedy oznaczało to wyrok śmierci), własnym sumptem uruchomił wydobycie ropy jedynie na części działek. Większość inwestorów, których poszukiwał do spółki w Londynie, Paryżu lub Warszawie, bała się ryzyka albo chciała, by sprzedał im złoża.
W lipcu 1904 r. Zglenicki sporządził testament, w którym jednorazowe wypłaty lub procent od dochodów z wydobycia surowców z jego działek zapisał m.in. swej konkubinie Marii Winogradowej, pochodzącej z ukraińskiej rodziny urzędniczej (na ślub nie zgodzili się zwierzchnicy inżyniera), ich synowi Anatolowi (w chwili śmierci ojca miał osiem lat), czwórce dzieci swego brata Bolesława Zglenickiego, krewnym po kądzieli z rodziny Załusków. Obdarował też liczne towarzystwa naukowe, biblioteki czy katolickie organizacje dobroczynne w Baku i na ziemiach polskich, ustanowił zapisy na budowę szkół rzemieślniczych w głównych miastach Kongresówki.
Najważniejszy okazał się zapis na rzecz Kasy im. Józefa Mianowskiego, wtedy głównej polskiej instytucji naukowej, założonej przez profesorów i słuchaczy Szkoły Głównej w Warszawie (działali w niej m.in. Tytus Chałubiński, Stanisław Kronenberg, Henryk Sienkiewicz). Kasie, która udzielała pożyczek naukowcom, Zglenicki zapisał m.in. dochody z połowy działki naftowej w Surachanach z zastrzeżeniem, by "praw swoich do tych dochodów nie sprzedawała, lecz korzystała z nich po wieczne czasy". Podarował jej też wolną kwotę, jaka pozostanie po wykonaniu postanowień testamentu, by utworzyła z niej "kapitał żelazny", a z odsetek od niego fundowała nagrody "za najlepsze dzieła dotyczące ogólnoeuropejskiej literatury, sztuki i nauki, w rodzaju noblowskich nagród".

Petroruble z nieba
Warszawski adwokat Władysław Smoleński, wyznaczony na wykonawcę testamentu, począwszy od 1905 r. wydzierżawiał albo sprzedawał działki naftowe Zglenickiego, zobowiązując nabywców do wypłacania procentu z zysków osobom i instytucjom wskazanym w testamencie. Zawarł m.in. umowę z założoną w 1883 r. przez barona Alfonsa Rothschilda Kompanią Kaspijsko-Czarnomorską, która miała co miesiąc wypłacać Kasie im. Józefa Mianowskiego kwotę równą wartości 16 proc. gazu i 20 proc. ropy wydobytych z objętego przez nią pola naftowego w Surachanach.
Jak zauważył prof. Andrzej Chodubski, autor książki "Witold Zglenicki. Polski Nobel. 1850-1904", w początku XX wieku w Kongresówce wiedza o rzeczywistej wartości uczynionych przez Zglenickiego zapisów była de facto żadna. Ale sumy, jakie zaczęły spływać od 1906 r. do Warszawy z Baku, zupełnie zaskoczyły Kasę im. Józefa Mianowskiego - do czasu wybuchu I wojny światowej wpływy z wydobycia ropy stanowiły 63 proc. wszystkich darowizn przekazanych fundacji od 1881 r. Stała się ona najbogatszą instytucją naukową na obszarze trzech zaborów.
Mimo tego rodziny Zglenickich, Załusków i Winogradowów twierdziły, że do obdarowanych trafiła nikła część należnych im kwot. Z szacunków wynikało, że kompania Rothschildów i inne spółki, którym wydzierżawiono pola roponośne polskiego inżyniera, powinny przekazać zapisobiorcom w latach 1908-1915 - wedle dzisiejszej wartości - ponad 220 mln USD (utworzona w 1900 r. fundacja Nobla dysponowała początkowo kwotą o 40-60 mln USD mniejszą). Tymczasem na przykład do Kasy im. Józefa Mianowskiego trafiły we wspomnianym okresie środki o dzisiejszej wartości 13,5 mln USD - ułamek należnej kwoty. Później niemożność realizacji zapisów testamentu uzasadniała wojna i upadek caratu.

Bitwa o złote runo
Już po kilku latach od śmierci inżyniera rodzina Zglenickiego oprotestowała sposób realizacji testamentu. Maria Winogradowa prosiła krewnych, by wspólnie powstrzymali "trwoniącego spadek" egzekutora testamentu. Świadomie albo nie wydzierżawiał on pola naftowe stosunkowo tanio, a uzgodnione przez niego zobowiązania nabywców wobec spadkobierców Zglenickiego były minimalne w porównaniu z błyskawicznie rosnącą wartością ropy i owych działek. Co więcej, korzystniejszą ofertę dzierżawy pól przekazanych Kompanii Kaspijsko-Czarnomorskiej przedstawiła spółka rodziny polskich nafciarzy - Rylskich.
W 1912 r. sąd w Baku odrzucił pozew bratanków Zglenickiego, którzy domagali się m.in. unieważnienia umów między Kasą im. Józefa Mianowskiego i Rothschildami. W kolejnym procesie wystąpili oni wręcz o unieważnienie testamentu, ale Kasa im. Józefa Mianowskiego, i tak oszołomiona sumami napływającymi z Baku, wzięła stronę Rothschildów, broniąc podpisanych z nimi umów (reprezentował ją adwokat bankierskiej rodziny). Spór stał się głośny, lecz wybuch wojny przerwał sądowe potyczki.
Stanisław Zglenicki, bratanek Witolda Zglenickiego, i Tymoteusz Załuska (brat cioteczny Stanisława) usiłowali na Kaukazie sami odzyskaś majątek "polskiego Nobla". Jesienią 1914 r. założyli spółkę Złote Runo (potem przemianowaną na Dom Handlowy Zglenicki i Spółka) i wykorzystując wojenny chaos, przejęli lub kupili około 70 szybów naftowych wokół Baku. Stanisław, ufając, że uda mu się odzyskać działki naftowe zmarłego stryja, prowadził biznes w Azerbejdżanie aż do 1927 r., gdy bolszewicy porzucili Nową Ekonomiczną Politykę i przestali tolerować drobnych prywatnych przedsiębiorców. Anatol Winogradow po śmierci swej matki w 1922 r. nie interesował się spadkiem po ojcu.
Sprawę testamentu Zglenickiego rozpatrywano podczas konferencji pokojowej w Rydze w 1921 r., po wojnie polsko-bolszewickiej. Broniąc interesów Kasy im. Józefa Mianowskiego, polski rząd domagał się wypłacenia jej należnych za lata wojny kwot z tytułu wydobycia ropy na działkach Zglenickiego i przyznania koncesji na dalszą eksploatację działek. Rząd sowiecki w 1923 r. przystał na to, ale pod niemożliwym do spełnienia warunkiem: Polska miała uznaś konfiskatę majątków wszelkich innych właścicieli z przedrewolucyjnej Rosji.
Pod koniec II wojny światowej (w październiku 1944 r.) Tymoteusz Załuska zwrócił się do PKWN o interwencję w sprawie wykonania testamentu Zglenickiego, w latach 80. petycje do gen. Wojciecha Jaruzelskiego kierowali dalsi krewni Zglenickiego - bez skutku. W początku lat 50. władze zlikwidowały Kasę im. Józefa Mianowskiego, włączając ją wraz z aktywami do PAN.
Dziś potomkowie Zglenickiego (na przykład w Warszawie mieszka wnuczka Tymoteusza Załuski) nie próbują dochodzić roszczeń. - Nikt nie zgłaszał się do nas z prośbą o ustalenie stanu prawnego działek, z których dochody rozdysponował Zglenicki, lub pomoc w ich odzyskaniu - mówi Wojciech Górecki, radca polskiej ambasady w Baku. Uważa on, że podobne działania mogłyby zaszkodzić stosunkom Polski z niepodległym od 1991 r. Azerbejdżanem.

Niderlandy na Kaukazie?
Teoretycznie adresatem roszczeń o pieniądze nie przekazane spadkobiercom powinni byś następcy prawni Kompanii Kaspijsko-Czarnomorskiej Rothschildów, czyli najpewniej koncern Royal Dutch/Shell. W 1912 r. Edward Rothschild, następca Alfonsa na czele rodzinnego holdingu finansowego, sprzedał aktywa naftowe w Rosji właśnie Shellowi. Obecnie Shell jest udziałowcem jednego z konsorcjów, którym w końcu lat 90. przyznano koncesje na wydobycie ropy w Azerbejdżanie. Ale koszty kwerendy w archiwach i procesów byłyby horrendalne. Zresztą w obliczu węzła gordyjskiego, stworzonego przez bieg historii i zmiany przepisów na przestrzeni wieku, rezultaty takich zabiegów byłyby wątpliwe.
Problem testamentu Zglenickiego jednak powraca, m.in. za sprawą reaktywowanej w 1991 r. Kasy im. Józefa Mianowskiego, będącej cieniem słynnej poprzedniczki. Dla niej zastrzyk petrodolarów byłby darem niebios. "Zapewniamy, że w razie przekazania nam (...) aktywów, zapisów inż. Zglenickiego, podejmiemy z determinacją wszelkie działania - w kraju i za granicą - mające na celu odzyskanie praw majątkowych wynikających z zapisu inżyniera" - to z kolei fragment listu skierowanego w lutym 2004 r. do PAN przez Marka Zawadzkiego, prezesa założonej w 2003 r. w Rumii prywatnej Fundacji Nauki Polskiej im. inż. Witolda Zglenickiego (informuje on, że ma notarialny odpis testamentu Zglenickiego, zatwierdzonego przez Sąd Okręgowy w Baku). PAN tę propozycję zignorował.
Mimo to roponośne działki Zglenickiego przypominają dziś Niderlandy, które Zagłoba radził żartem ofiarowaś królowi szwedzkiemu. Azerowie skłonni byliby nawet wesprzeć roszczenia wobec tych, którzy przed 1918 r. dzierżawili lub kupili działki Zglenickiego i nie wypłacali odpowiednich kwot zapisobiorcom, ale o reprywatyzacji tamtejszych złóż ropy i gazu nie ma mowy. Ich właścicielem jest skarb państwa, a zarządza nimi państwowa spółka SOCAR. Nikt z dawnych właścicieli nie zgłaszał względem nich roszczeń. Spadkobiercy azerskich nafciarzy (Tagijewa, Nagijewa, Muchtarowa) procesują się dziś z państwem o kilka gruntów, ale nie o pola naftowe, a i tak sprawy wloką się latami.
W Azerbejdżanie działa obecnie wiele zagranicznych koncernów naftowych (BP, ExxonMobil, ChevronTexaco i inni), ale na podstawie umów zawieranych z SOCAR, mają prawo wyłącznie do eksploatacji złóż i określonej części zysków. - Zamiast roić o odzyskaniu roponośnych działek, PKN Orlen lub PGNiG powinny były, odwołując się do dorobku Zglenickiego, walczyć o koncesje na eksploatacje azerskich złóż, wtedy gdy je przydzielano - uważa Witold S. Michałowski, redaktor naczelny "Rurociągów" i szef fundacji Odysseum. Niektórym trudno jednak porzucić nadzieję, choćby złudną, na uszczknięcie azerskiego "płynnego złota", gdy cena baryłki ropy wynosi 53-55 USD, a zyski z jej wydobycia na dawnych działkach Zglenickiego można by liczyć rocznie w setkach milionów dolarów.

Okładka tygodnika WPROST: 51/52/2005
Więcej możesz przeczytać w 51/52/2005 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0