Rewolwerowcy komendanta

Rewolwerowcy komendanta

Największego napadu rabunkowego na ziemiach polskich w XX wieku dokonał Józef Piłsudski
Marszałek i czterech przyszłych premierów Polski - tak wyglądał trzon grupy, która dokonała najgłośniejszego na polskich ziemiach w XX wieku napadu rabunkowego. Gdy konwojenci wagonu pocztowego pociągu relacji Petersburg - Wilno zabarykadowali się za żelaznymi drzwiami przedziału, Mścisław (Józef Piłsudski) nie miał już ani jednej bomby. Zdobycz wymykała mu się z rąk. Podszedł do drzwi i krzyknął po rosyjsku do eskorty: "Otwierać! Jeśli nie - bombę rzucę!". Blef poskutkował. Był to finał sceny żywcem wyjętej z westernu, tyle że rozgrywającej się na małej stacyjce kolejowej w Bezdanach pod Wilnem. W role rewolwerowców wcielili się konspiratorzy Polskiej Partii Socjalistycznej.
PPS z początku XX wieku przypominała "Solidarność" z początku lat 80. Robotnicy szli na demonstracje wprost z niedzielnej mszy. Piłsudski stworzył etos "wspólnoty ludzi podziemnych", zwanych pokoleniem 1905 lub pokoleniem przełomu. Ludzie ci stanowili później elitę polityczną II Rzeczypospolitej. Wychowani na literaturze romantycznej, brodaci, z nieodłącznym "młodopolskim" papierosem w ustach i artystycznym białym szalem wokół szyi, ciągnęli za sobą - jak pisał Julian Tuwim - tren tajemnicy i legendy. Nie uciekali od walki zbrojnej z brutalnym okupantem.

Skoki na kasę
Mimo magnesu, który przyciągał młodych ludzi do działalności konspiracyjnej, w połowie 1907 r. Organizacja Bojowa PPS przechodziła kryzys. Brak oparcia w sterroryzowanym społeczeństwie przygnębiał bojowców. Rewizje, aresztowania, wyroki katorgi; ludzie mniej wytrwali zaczęli się wycofywać z "roboty", przeczuwając bliski koniec organizacji otoczonej niewidzialną siecią rosyjskiej agentury. W Cytadeli Warszawskiej śmierć ponieśli Józef Mirecki, Władysław Dehnel, Mieczysław Mańkowski i wielu innych. Brakowało pieniędzy na działalność konspiracyjną, druk materiałów agitacyjnych, utrzymanie organizacji, wsparcie więźniów i ich rodzin.
Jedynym sposobem zdobycia pieniędzy były napady na rosyjskie urzędy i przedsiębiorstwa. Jedną z takich akcji (zwanych ekspropriacjami) przeprowadził pod Rejowcem Tomasz Arciszewski (Stanisław). Łupem bojowców padły 3634 ruble. W napadzie na pocztę przy ul. Wspólnej w Warszawie zdobyto 6427 rubli. Podobne akcje przeprowadzono w Łodzi (napad na wóz kasowy zakładów monopolowych - 4925 rubli), w Wisznicy, gdzie celem był urząd pocztowy, poborcy kasy powiatowej w Łowiczu odebrano 1567 rubli, a na stacji kolejowej w Nałęczowie zdobyto 566 rubli gotówką, 18 rubli i 12 kopiejek markami pocztowymi. Coraz częściej jednak zdarzały się takie napady jak w Suchedniowie, gdzie zdobyto tylko 102 ruble, lub w Samsonowie w Kieleckiem, gdzie łupem padły 2 ruble i 75 kopiejek. Z kolei akcja w Sokołowie zakończyła się tragicznie: wybuch źle skonstruowanej bomby zabił jednego z bojowców. Drugiego dobili kolbami żołnierze.

Żebrać nie będę
Gdy organizacja zaczęła konać, Piłsudski zdecydował się "zrobić coś większego, aby odetchnąć, nim zginąć". W lecie 1907 r. powstał plan opanowania filii banku państwowego w Kijowie. Wkrótce jednak uwagę Piłsudskiego przykuły duże transporty złota, które w związku z kryzysem finansowym w Rosji od lata 1906 r. szły z zagranicy. Akcją chciał pokierować osobiście. W liście do przyjaciela Feliksa Perla zwierzał się ze swych rozterek: "Tylem ludzi na to posyłał, tylem przez to posłał na szubienicę, że w razie, jeśli zginę, to będzie naturalną dla nich, cichych bohaterów, satysfakcją moralną, że i ich wódz nie gardził ich robotą (...). Drugie - to surowa konieczność. Moneta! Niech ją diabli wez-mą, jak nią gardzę, ale wolę ją brać tak jak zdobycz w walce, niż żebrać o nią u zdziecinniałego z tchórzostwa społeczeństwa polskiego". Piłsudski wiedział, że udana akcja to efekt propagandowy i moralny dla bojowców - tych, co "hukiem pękających bomb budzili z letargu spodlałe w niewoli społeczeństwo polskie". Chciał zakończyć działalność mocnym akordem, by stworzyć wrażenie, że nie kończy się ona z powodu wyczerpania i braku sił, lecz przerywa się ją celowo, aby podjąć walkę w bardziej sprzyjających okolicznościach Na polityczny aspekt zamachów zwróciła uwagę Maria Dąbrowska. Według pisarki, akcje były zbrojną dywersją utrzymującą stan wojny między Polską a Rosją.

Ostatnie przygotowania
Piłsudski wybrał Litwę, bo znał doskonale tamte tereny. W okolicach Wilna najłatwiej było też ukryć większą liczbę ludzi bez wzbudzania podejrzeń. Tamtejsza policja miała słabe doświadczenie w ściganiu konspiratorów. Piłsudski wtajemniczył w plan Aleksandra Prystora (Bohdana), doświadczonego bojowca i wilnianina z pochodzenia. Żeby zdobyć pieniądze na główną operację, postanowiono dokonać kilku mniejszych napadów rabunkowych. Dwa z nich przyniosły po kilkanaście tysięcy rubli, dwa następne się nie udały. Ale lwią część łupu przesłano Stanisławowi Patkowi, obrońcy więźniów politycznych, i kasa znów świeciła pustkami. Zdecydowano się więc na sprzedaż broni przechowywanej w siedzibach partii w Berlinie i Wiedniu. Tymczasem Prystor udał się do Wilna i rozpoczął opracowywanie szczegółów akcji. Z Kijowa sprowadzono Aleksandrę Szczerbińską (przebywała tam w związku z planowanym włamaniem do banku). Ola wynajęła mieszkanie i wraz z Janiną Prystorową rozpoczęły obserwację pociągów na wileńskim dworcu. W pobliskich lasach wyznaczono kilka mieszkań letniskowych, w których miały się znaleźć materiały wybuchowe, broń i narzędzia. Po akcji mieli się tam ukryć bojowcy wraz ze zdobytymi pieniędzmi. Trwała praca wywiadowcza - spiskowcy podróżowali pociągami, nawiązywali znajomości z kolejarzami i urzędnikami, penetrowali okolicę torów i sporządzili szczegółowy plan budynku stacyjnego w Bezdanach.

Kariera agenta Albina
Tymczasem 25 kwietnia w Ostrowcu doszło do zdarzenia, które o mały włos nie doprowadziło do klęski spiskowców. Podczas scysji ze strażnikami z eskorty pociągu jednego z bojowców poniosły nerwy i wypalił do rosyjskiego żołnierza. Wywiązała się strzelanina, w której raniono i schwytano Edmunda Tarantowicza. Jego towarzysz Franciszek Gibalski zdołał uciec. Ale skatowany Tarantowicz zaczął sypać i zdradził adres mieszkania bojowców. Zaskoczony w łóżku Gibalski zdążył wystrzelić w lampę i potem w ciemnościach zastrzelił dwóch policjantów. Postrzelony w plecy wyskoczył w bieliźnie na podwórze i uciekł. Tarantowicz (ps. Albin) cieszył się dużym zaufaniem spiskowców, dlatego pierwszych informacji o aresztowaniach nie wiązano z jego osobą. Nieludzko pobity załamał się jednak i zgodził na współpracę z ochraną. Wydał kilku przyjaciół, których później powieszono, lecz o akcji w Bezdanach zgodnie z zasadami konspiracji wiedział niewiele. Każdy z członków Organizacji Bojowej znał bowiem wąski, powierzony tylko jemu, zakres pracy, co chroniło przed dekonspiracją i zawężało zakres ewentualnej prowokacji. Zdrajca wiedział, że szykuje się duża akcja w odległym miejscu (kazano mu kupić nowe buty i ciepłe ubranie), ale nie znał terminu i miejsca. W X Pawilonie Cytadeli Warszawskiej Albin siedział piętro nad celą Władysława Dehnela, ważnej postaci w kierownictwie PPS. Za pomocą sznurka spuszczonego przez okno celi Tarantowicz przekazał list, w którym przekonywał Dehnela o lojalności wobec partii, opisywał swe rany i przeklinał rosyjskich oprawców. Treść grypsu wzbudziła podejrzenia adresata, który nie dał się namówić na przekazanie go dalej. Kilka dni później podczas konfrontacji oskarżonych Dehnel stwierdził, że widzi Tarantowicza po raz pierwszy. Zdrajca rzucił wówczas: "a ja go znam, to jest towarzysz Agrafka z Wydziału Bojowego".

Trup w szafie
Kilka miesięcy później ochrana postanowiła wykorzystać Tarantowicza do rozbicia organizacji. Wysłano go do Krakowa, gdzie dostał się na zebranie konspiratorów, przyznał do współpracy z Rosjanami, wyraził skruchę i błagał o przebaczenie. Nie wiedział, że kontrwywiad PPS już zorientował się w jego roli. W zamian za odpuszczenie win zaproponowano mu wyjazd do Ameryki, gdzie miał się zająć organizowaniem pomocy pieniężnej i zakupem broni dla organizacji w kraju. Była to zasłona dymna, bo wyrok na zdrajcę już wydano. Kierownictwo partii wolało go wykonać za granicą, nie chcąc się narażać policji austriackiej. Tarantowicz został przerzucony do Rzymu (skąd miał się udać do Genui i wsiąść na statek płynący do Ameryki). W wynajętym mieszkaniu towarzyszący Albinowi bojowcy urządzili kolację składającą się ze śledzi i z wódki. Podejrzliwy Tarantowicz nie chciał jeść, lecz widząc biesiadujących towarzyszy pozbył się obaw. Słone śledzie wywołały pragnienie, a do wody w jednej z karafek dosypano cyjanek. Tarantowicza bojowcy dobili sztyletem. Ciało wsadzili do szafy i opuścili trefny lokal. Po kilku tygodniach do mieszkania wkroczyli włoscy policjanci. Na ubraniu denata znaleźli metkę firmy z Krakowa. W podróż do CK Austro-Wegier ruszył włoski detektyw, który zdołał ustalić tylko, że za zbrodnią stoi PPS. Nic więcej poza pożywką dla brukowej prasy z tego śledztwa nie wynikło.

Oddział premierów rusza do akcji
Długo wyczekiwaną wielką akcję zaplanowano na 19 września. Niestety, wywrócona na wybojach bryczka pokrzyżowała plany zamachowców. Nowy termin ustalono na sobotę 26 września. Sześciu ludzi z Walerym Sławkiem na czele jechało pociągiem, który o 23.00 wtoczył się na stację w Bezdanach. Druga grupa zamachowców czekała na peronie - jeden z bojowców zabawiał rozmową kobietę, inny udawał śpiącego na ławce pijaka. Gdy pociąg stanął, grupa Sławka rozbroi-ła eskortę i sterroryzowała oficerów i urzędników. Padły strzały i rozległy się detonacje, atakujący otoczyli pociąg. Jeden z zamachowców rozbił telefon i telegraf, po czym zamknął semafory; drugi z browningiem i bombą w ręku trzymał w szachu przerażony tłum na stacji. Gdy żandarmi wciąż ostrzeliwali się z wnętrza wagonu, Gibalski wrzucił bombę przez wybite okno. Piłsudski, Aleksander Prystor i Tomasz Arciszewski wdarli się do przedziału pocztowego, lecz za pancernymi drzwiami ukryła się eskorta. Chwila wahania i Piłsudski grozi żołnierzom po rosyjsku, że odliczy do dziesięciu i wrzuci bombę. Na "siedem" konwojenci otworzyli drzwi i wyszli z podniesionym rękami. Rozpoczęto segregację paczek z pieniędzmi, złotem i papierami wartościowymi. Pozostawiono worki ze srebrnym bilonem - każdy z nich ważył 20 kg. Zamachowcy mieli tylko kilkadziesiąt minut do przyjazdu następnego pociągu, wtedy na trąbce zabranej dróżnikowi jeden z bojowców dał sygnał do odwrotu. Akcję zakończyła scena iście filmowa: Bronisław Gorgol strzałem z rewolweru unieruchamia zegar stacyjny. Była 23.45. Odwrót odbył się pieszo, bryczkami i łodzią - jak wspominał Piłsudski - "przez wszystkie trzy zabory, w warunkach niezwykle trudnych". Łupem zamachowców padło prawie 300 tys. rubli. Część złota zakopano, papiery wartościowe Prystor miał zrealizować w Kijowie. Żaden z bojowników nie zginął, po stronie rosyjskiej był jeden zabity i pięciu rannych.
Okładka tygodnika WPROST: 39/2006
Więcej możesz przeczytać w 39/2006 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0