Kasa obłożnie chorych

Kasa obłożnie chorych

Kilkadziesiąt miliardów złotych kosztowała nas już antyreforma służby zdrowia
Największym skandalem III i IV Rzeczypospolitej nie jest afera FOZZ, Orlenu czy Banku Śląskiego. Jest nią publiczna służba zdrowia. W ostatnich latach Narodowy Fundusz Zdrowia zmarnował kilkadziesiąt miliardów złotych - pieniędzy podatników. Od 2003 r. wydatki na ochronę zdrowia wzrosły o 19,2 mld zł, czyli o 86 proc. W tym czasie liczba osób, które mają problemy z uzyskaniem świadczenia medycznego w publicznej służbie zdrowia, wzrosła o 25 proc. W 2007 r. zdecydowano o wpompowaniu w chory system kolejnych 10 mld zł. Nie przyniesie to żadnego efektu, podobnie jak poprzednie zastrzyki gotówki.

Państwowy dogmat
Gdyby premier Jarosław Kaczyński oświadczył, że państwo musi założyć sieć państwowych piekarni, gdyż to jedyny sposób, aby zapewnić tani chleb, pomyślelibyśmy, że coś z nim nie tak. Natomiast gdy kolejni ministrowie zdrowia powtarzają, że bez sieci państwowej służby zdrowia nie będziemy w stanie leczyć niezamożnych, wszyscy politycy przyznają im rację. I to mimo że aż 64 proc. Polaków jest niezadowolonych z publicznej służby zdrowia. To jeden z najgorszych wyników na świecie, gorszy niż w Rumunii (57 proc.) czy na Ukrainie (25 proc. niezadowolonych).
Za dogmat głoszący, że opiekę medyczną wszystkim obywatelom mogą zapewnić tylko państwowe placówki, płacimy rocznie miliardy złotych, w zamian otrzymując minimalne świadczenia. Przy okazji spada jakość usług medycznych. Jeszcze w 2001 r. tylko 14 proc. Polaków miało małe i bardzo małe zaufanie do swoich lekarzy, w 2007 r. wskaźnik ten wzrósł do 25 proc.

Powszechna, ale prywatna
Co trzeba zrobić - wiedzą niemal wszyscy, nikt nie chce się jednak odważyć na wprowadzenie kuracji uzdrawiającej system opieki zdrowotnej. Trzeba wyraźnie oddzielić kwestie finansowania opieki medycznej dla tych, których na to nie stać, od tego, czy służba zdrowia jest państwowa, czy prywatna. Państwo może tak jak dotychczas stosować zasadę solidaryzmu społecznego (czyli że młodzi, zdrowi i bogaci płacą za biednych i chorych). Może to jednak robić, efektywnie kupując usługi medyczne na wolnym rynku prywatnych szpitali i przychodni. Znikłby problem strajków w służbie zdrowia, inwestycji, remontów, przetargów, bo wszystko to stałoby się sprawą prywatnych właścicieli. Także błędy w inwestycjach obciążałyby konto prywatnych właścicieli, a nie - tak jak dzisiaj - podatników (zadłużenie szpitali na 4 mld zł oczywiście nie byłoby możliwe). Ci, którzy nie byliby w stanie efektywnie gospodarować, musieliby zbankrutować, a ich miejsce zajęłyby nowe podmioty.
Recepta jest prosta, lecz nikt jej nie wprowadza, głównie dlatego, że nawet w najbardziej skorumpowanym i szkodliwym dla społeczeństwa systemie (jakim jest polski system opieki zdrowotnej) są ludzie, którzy dobrze sobie radzą i żyją z jego nieefektywności (na przykład lekarze z publicznych szpitali prowadzący równocześnie prywatne praktyki). I to oni będą go bronić: nie pod hasłem obrony własnych dochodów, tylko dla "dobra pacjenta", "opieki nad biednymi i chorymi" itp.
O tym, że jeśli nie zmienimy systemu, to wydatki na służbę zdrowia będą się zwiększać w nieskończoność, można się przekonać, patrząc na Niemcy. Od 1970 r. wydatki na służbę zdrowia wzrosły tam o 1000 proc., podczas gdy PKB w tym czasie zwiększył się 538 proc. (czyli wydatki rosły dwukrotnie szybciej niż PKB). Niemcy przeznaczają dziś na służbę zdrowia 250 mld euro (Polacy - 10,75 mld euro) i jest to tyle, ile wynosi roczne PKB Polski. Mimo to system bankrutuje i w 2006 r. musiano wprowadzić kwartalną opłatę za korzystanie z lekarza (w wysokości 10 euro) oraz podnieść koszty wykupu lekarstw.

Zero konkurencji
Obecnie konkurencja w ochronie zdrowia nie istnieje. - Państwowy NFZ, którym kieruje polityk, pieniądze często kieruje nie do najlepszych i najtańszych szpitali, ale tam gdzie jest to z politycznego punktu widzenia wskazane - mówi Krzysztof Bukiel, przewodniczący Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy. Nic nie jest tak źle widziane przez polityków, jak zamykanie szpitali, nawet jeżeli generują straty i oferują niskiej jakości usługi medyczne. Konkurencji w polskiej opiece zdrowotnej nie ma też dlatego, że nie wiadomo, ile dana usługa medyczna powinna kosztować. - Ceny wyznaczane przez NFZ są często brane "z sufitu" - mówi Wojciech Misiński z Centrum im. Adama Smitha. W 2001 r. Misiński przygotował na zlecenie Banku Światowego system procedur, który pozwalał dokładnie oszacować koszty poszczególnych usług, tak jak to jest dokonywane w UE. - Ministerstwo Zdrowia wzięło go ode mnie i do dzisiaj nic z tym nie zrobiło - mówi Misiński.
To, że inna rzeczywistość jest na wyciągnięcie ręki, pokazują nieliczne przykłady szpitali już przejętych od państwa przez prywatne firmy. W jednym ze szpitali kupionych przez EMC Instytut Medyczny (prywatna sieć przychodni, od 2005 r. notowana na giełdzie) brakowało wind. Problem rozwiązywano, zatrudniając na pełny etat czternaście osób do noszenia chorych po schodach. Z kolei na wyżywienie pacjenta przeznaczano tam 95 gr dziennie, zatrudniając aż osiem kucharek. Panoszył się też nepotyzm, dlatego EMC zatrudnił zewnętrzną firmę rekrutacyjną do weryfikacji kadr. Dziś EMC Instytut Medyczny przynosi zyski i jest wart dwa razy więcej niż przed dwoma laty. Tak wyglądałaby polska służba zdrowia, gdyby każdy publiczny szpital przeszedł podobną weryfikację. Podobna sytuacja panowała w Ozimku pod Opolem, gdzie w połowie 2004 r. tamtejszy szpital był na krawędzi bankructwa (miał 9,5 mln zł długów, czyli dwa razy tyle, ile rocznie otrzymywał z NFZ). Samorząd mimo protestów zdecydował się zlikwidować placówkę, dzięki czemu przejął ją EMC. Zainwestowano w nowy sprzęt, wyremontowano oddział i dziś lekarze zarabiają tam po 6 tys. zł brutto miesięcznie, a placówka przynosi zyski. Jak to było możliwe? Prywatni menedżerowie zauważyli m.in., że wybudowany w latach 70. budynek jest nieracjonalnie rozplanowany: największą część stanowiły korytarze, a najmniejszą - sale. W efekcie w pokoju było nawet siedem łóżek dla chorych. Po remoncie powierzchnia przeznaczona na sale się zwiększyła, a w każdej jest nie więcej niż trzech pacjentów. Podatników nie kosztowało to ani złotówki, a prywatny właściciel zainwestowane pieniądze odbierze sobie z zysku lepiej zarządzanej placówki.

Marnotrawstwo systemowe
Nikt nie wie, jak wielkie jest marnotrawstwo w polskiej publicznej służbie zdrowia. W USA, gdzie za leczenie płacą głównie prywatne ubezpieczalnie i każdego dolara ogląda się z kilku stron, zanim zostanie wydany, szacuje się że 15 proc. pieniędzy jest marnowane. A ile pieniędzy wyrzuca się w błoto w Polsce? - Kilka lat temu postanowiliśmy sprawdzić, czy pacjenci polskich szpitali zostaliby zakwalifikowani do leczenia szpitalnego w USA. Okazało się, że aż 80 proc. z nich nie spełnia amerykańskich kryteriów i w USA większość z nich byłaby leczona ambulatoryjnie, co jest znacznie tańsze - mówi Misiński.
Co się stanie z miliardami złotych wyjętymi z naszej kieszeni? 4 mld zł wynoszą obecnie wymagalne długi państwowych szpitali i co kwartał do długu jest dopisywane kolejne kilkaset milionów. Te 4 mld zł to prawie 10 proc. rocznych wydatków z budżetu na służbę zdrowia (333 zł na każdego pracującego Polaka). Z drugiej strony, ponad połowa szpitali nie ma zadłużenia. "Zarządzający zadłużonymi szpitalami w znacznej większości nie potrafią tymi szpitalami zarządzać" - przyznał niedawno minister zdrowia prof. Zbigniew Religa.

Cicha rewolucja
Jak dowiedział się "Wprost", grupa senatorów pod przywództwem prof. Marka Rockiego z PO i prof. Zbigniewa Raua z PiS, wykorzystując senackie prawo do inicjatywy ustawodawczej, przygotowuje w porozumieniu z Centrum im. Adama Smitha projekt nowelizacji kilku ustaw. Ma to być pierwszy krok w kierunku wprowadzenia powszechnej prywatnej służby zdrowia w Polsce. - Chcemy, aby powstały prywatne ubezpieczalnie. Za pieniądze ze składki zdrowotnej kupowałyby one usługi na sprywatyzowanym rynku medycznym - tłumaczy Robert Gwiazdowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha.
III RP doprowadziła do sytuacji, w której z publicznej służby zdrowia korzystają jedynie emeryci, renciści, bezrobotni i matki na urlopach macierzyńskich. Tylko te osoby mają czas, aby trenować znany z czasów PRL sport kolejkowy. Projekt Rockiego i Raua jest rewolucją dla polskiej klasy średniej, która traktuje składkę zdrowotną jako kolejny podatek, bo w większości wypadków nie korzysta z usług publicznej służby zdrowia, nie mając na to czasu, ani zdrowia. Projekt zakłada, że oprócz obowiązkowej składki każdy będzie mógł się dodatkowo ubezpieczyć w tzw. II i III filarze, gdyby chciał korzystać ze świadczeń wyższej klasy (na przykład pojedynczej sali w szpitalu). Przypominałoby to obecny system emerytalny, w którym państwo gwarantuje emeryturę na przeciętnym poziomie, a ci, którzy chcą mieć więcej na starość - oszczędzają dodatkowo.
Największą zaletą nowego systemu byłoby to, że uruchomiłby proces konkurencji zakładów ubezpieczeniowych o nasze składki oraz szpitali i przychodni - o pieniądze ubezpieczalni, co zmniejszyłoby ceny usług i podwyższyło ich jakość. Pierwszym efektem stopniowej prywatyzacji służby zdrowia byłoby poprawienie jakości usług i spadek ich cen. To oznacza, że za te same pieniądze można by wykonać więcej zabiegów, a kolejki do nich byłyby krótsze, a niekiedy nawet nie byłoby ich wcale.
Na razie polska służba zdrowia jest w sytuacji niewiele różniącej się od tego, co było na początku jej tzw. reform. Mało kto pamięta, że w 1989 r. w czasie zmiany systemu był silny opór przeciwko uwolnieniu cen mięsa. Część polityków przekonywała wówczas, że jeżeli państwo pozwoli na niekontrolowany wolny rynek w tym obszarze, to mięso będzie tak drogie, że biednych nie będzie na nie stać. Czy czegoś nam to nie przypomina?


Ilustracja: D. Krupa
Okładka tygodnika WPROST: 17/18/2007
Więcej możesz przeczytać w 17/18/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Spis treści tygodnika Wprost nr 17/18/2007 (1270)


ZKDP - Nakład kontrolowany