Miały myśleć, że wojna to gra, a ewakuacja to wycieczka. „Boję się, że niektórych nigdy nie zobaczę”

Miały myśleć, że wojna to gra, a ewakuacja to wycieczka. „Boję się, że niektórych nigdy nie zobaczę”

Galina z dziećmi, z którymi uciekła z Ukrainy
Galina z dziećmi, z którymi uciekła z Ukrainy / Źródło: WPROST.pl / Piotr Barejka
W domu dziecka drżały szyby, gdy przelatywały wojskowe samoloty. Syreny wyły kilka razy dziennie, dlatego dzieci spędziły w piwnicach dwa dni. Najmniejsze miały myśleć, że to tylko gra. Ale dzisiaj nawet one pytają o wojnę. O to, kim trzeba być, żeby zabić drugiego człowieka. O to, kiedy wrócą do domu. – Boję się, że niektórych już nigdy nie zobaczę – mówi Alina. Lat szesnaście.

– Dzieciom powiedzieliśmy, że to taka gra. Jeżeli syreny wyją, to trzeba szybko uciekać – wyjaśnia Galina.

Gra w domu dziecka, w którym pracowała Galina, zaczęła się pierwszego dnia wojny. Syrena zawyła, gdy dzieci wyszły na spacer. Dzień później syreny wyły kolejne cztery razy. I wtedy rosyjskie bomby spadły na lotnisko niedaleko. Szyby w oknach drżały, gdy przelatywały wojskowe samoloty. Dlatego opiekunowie spędzili z dziećmi dwie noce w piwnicy.

– Nikt nie myślał o sobie, wszyscy myśleliśmy o dzieciach. Wiedzieliśmy, że musimy wjechać bezpieczne miejsce, bo nie wiadomo, ile to potrwa – mówi Galina.

Ewakuacja też nie była ewakuacją, tylko wyjazdem na wycieczkę. Taką, na którą musieli spakować się w godzinę. Wtedy tylko starsze dzieci wiedziały, o co chodzi.

– Przyjechaliśmy z tym, co udało nam się wziąć. Mieliśmy zimowe kurtki, same ciepłe ubrania – opowiada Galina. – Myśleliśmy wtedy, że jedziemy na kilka dni. Że to wszystko szybko się skończy.

Po drugiej stronie granicy na Galinę i dziesiątki dzieci z domów dziecka w całej Ukrainie czekali już Polacy. Każdego dnia przyjeżdżało po sto, dwieście, nawet siedemset osób. Najmłodsze dziecko miało siedem dni, raz na granicy trzeba było przewinąć osiemdziesiąt niemowlaków. Dzieci miały zwykle po jednym plecaku, czasami tylko foliową torbę. Galina przyjechała z Kowla, ale były też dzieci spod Kijowa, z Charkowa. Dzisiaj mogą nie mieć dokąd wracać.

Artykuł został opublikowany w 18/2022 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0

Ponadto w magazynie