Złodzieje pojednania

Złodzieje pojednania

Jan Paweł II jest wykorzystywany jako alibi dla tych, którzy pojednanie utożsamiają z amnezją

Pragniemy wyrazić oburzenie prośbą Pańskiego pracownika, który w imieniu redakcji >>Wprost<< zwrócił się (...) do fundacji Porozumienie bez Barier o odpowiedź na pytania, które w naszym odczuciu są przejawem braku taktu w dniach narodowej żałoby". Tak Teresa Gajewska, członek zarządu fundacji Jolanty Kwaśniewskiej, zareagowała na pismo naszego redakcyjnego kolegi. W mailu do dziennikarza "Wprost" dodała: "Nasza fundacja wspólnie ze wszystkimi Polakami i ludźmi na całym świecie uczestniczy w żałobie. Sądziliśmy, że również tygodnik >>Wprost<< uszanuje ten trudny dla nas wszystkich czas...". O jakie bezeceństwa pytał dziennikarz? Co niestosownego zrobił? Zadał trzy proste pytania dotyczące jednej osoby i dwóch firm. Przypomnijmy, że dzień wolny od pracy na znak żałoby po papieżu większość firm i instytucji miała tylko w dniu pogrzebu. Sprawa niby drobna, a jednak niezwykle poglądowa. Można się obawiać, że stanowi ona zapowiedź tego, jak będzie wykorzystywana śmierć Jana Pawła II.

Pochwała niegodziwości
Józef Oleksy, czołowy moralizator III RP, przywódca SLD, zdążył wezwać, aby w imię pamięci po papieżu uspokoić debatę polityczną. Uznany przez sąd za kłamcę lustracyjnego już całą dekadę zajmuje się piętnowaniem "zapiekłej nienawiści zawziętych zawistników...". Owa zajadłość polega na wykazywaniu publicznych kłamstw, tropieniu korupcji i na proteście przeciw łamaniu standardów etycznych. "Uspokojenie" lansowane przez lidera SLD można rozumieć wyłącznie jako wyciszenie dyskusji politycznej, która dla jego partii (i jego samego) może być zgubna. Prowadzi bowiem do ujawnienia mechanizmów działania postkomunistów, w których szeroko rozumiana korupcja była jednym z dominujących czynników.
Słyszymy wokoło narastający chór wzywający do narodowego pojednania, wyzwolenia pozytywnej energii i wyciszenia sporów. Wydawałoby się, że to apele ze wszech miar słuszne. Czy jednak narodowe pojednanie ma wyrastać z kolejnego aktu amnezji, który pozwoli niegodziwcom cieszyć się owocami swoich niegodziwości? Czy pozytywną energię mamy czerpać z przymknięcia oczu na zło? Czy wyciszenie sporów ma polegać na odmowie nazywania nieprawości i zamknięcia debaty nad naprawą naszego kraju? Byłaby to tylko karykatura pojednania, której konsekwencje byłyby katastrofalne. Niestety, można dojść do wniosku, że taki właśnie fałszywy model zaczyna dominować w publicznych wypowiedziach.

Hołd występku dla cnoty
Reakcja na śmierć Jana Pawła II jest w Polsce (i nie tylko) budująca. Pokazuje występującą zwłaszcza wśród młodych potrzebę prawdziwego autorytetu i duchowych wartości. Jan Paweł II był postacią wielką i wyróżniałby się w każdych czasach. Jego bezkompromisowe przywoływanie zasad religii i fundamentów życia duchowego było jednak szczególnie uderzające na tle rozchwiania wszelkich wartości i reguł. Papież był konserwatywny, "nie nadążał za nowoczesnością" i nie stosował się do ducha czasów. Okazuje się jednak, że to właśnie dzięki temu on sam tworzył owego ducha czasów i będzie oddziaływał na pokolenia.
W naszym kraju jego osobisty przykład jest szczególnie znaczący wobec zaniku autorytetów w życiu publicznym i kreowaniu jako takich osób, które zupełnie nie zasługują na odgrywanie tej roli.
Wymiar pontyfikatu Jana Pawła II i wstrząs wywołany jego śmiercią spowodowały, że wielka liczba postaci publicznych poczuła się zobowiązana do złożenia hołdu zmarłemu. Trzeba to uznać za fakt niezwykle pozytywny. Jeśli nawet wielokrotnie czołobitności te były wyrazem hipokryzji, był to hołd, jaki występek składa cnocie. Dowodziły triumfu ducha nad "liczbą dywizji". Zastanowienia wymaga jednak przekaz, jaki towarzyszył gestom pośmiertnego szacunku. Częstokroć wyglądał on tak, jakby duch czasu próbował się zemścić na niepokornym zmarłym, usiłując anulować, czy zredukować jego przesłanie.
Słuchając wypowiedzi przywódców ONZ czy niektórych krajów UE (choćby kanclerza Schroedera), można było odnieść wrażenie, że żegnamy jakiegoś pacyfistycznego działacza. Wiele wystąpień sugerowało, że misją Jana Pawła II było wyłącznie kajanie się za grzechy Kościoła i pojednanie z innymi religiami. Taka interpretacja wielokrotnie miała charakter instrumentalizacji przesłania Jana Pawła II.
W Polsce z papieskiej nauki akcentowane są publicznie głównie imperatywy pojednania, wybaczenia i spokoju społecznego. Z pewnością są one w niej obecne. Można mieć jednak wątpliwości, czy sposób, w jaki są przedstawiane, oddaje to, o co chodziło polskiemu papieżowi.

Perwersja pojednania
Fundamentem pojednania powinny być wspólne wartości i uznanie wspólnego dobra. Polskie życie publiczne znajduje się na antypodach tego modelu. Ostatnie cztery lata rządów partii postkomunistycznej to festiwal korupcji, łamania norm prawnych i standardów etycznych. To także dalszy etap zawłaszczania państwa przez dominującą elitę i próba przekształcania demokratycznych mechanizmów w fasadę. Można uznać, niestety, że proces ten został uruchomiony już w momencie tworzenia III RP, a w każdym razie, że jego zalążki były w nim obecne. Odmowa rozliczenia komunistycznego zła, a więc zawieszenie norm etycznych, które zostały uznane za zbędny balast, oderwanie od nich ekonomii i prawa, prowadziły do zepsucia całego państwa i jego instytucji. Seria afer, które dziś wychodzą dzięki załamaniu się dominującego w III RP układu, jest tego przejawem.
Czy pojednanie ma polegać na zaniechaniu procesu oczyszczania polskiej stajni Augiasza i pozostawieniu w polityce osób do cna skompromitowanych? Nie dziwi, że w tym kierunku podążają ci, dla których przywrócenie ładu moralnego w polskim życiu publicznym oznaczałoby odejście z niego. Problemem jest to, że ciągle stanowią oni wpływową grupę i odwołują się do idei niezwykle żywych we współczesnej kulturze - idei z gruntu obcych nauczaniu Jana Pawła II.

Wybaczenie jako fast food
O wybaczaniu słyszymy ostatnio na okrągło. Wszyscy mamy sobie wszystko wybaczać. Mamy robić to natychmiastowo i bezwarunkowo. Wybaczanie staje się głównym daniem psychologicznego fast foodu. Następuje nie tylko banalizacja, ale zasadnicze wypaczenie tej idei. Wpisuje się ono w dominujący dziś model życia ułatwionego.
Instrumentalnie traktowana i zdeformowana kategoria wybaczenia legła u podstaw III RP. To wtedy odmowę rozliczenia zła PRL i jej sprawców motywowano koniecznością przebaczenia. Uzasadniano nią pozostawienie dawnej nomenklaturze przywilejów majątkowych i politycznych. Co jednak najbardziej uderzające, reguła wybaczenia miała prowadzić do odmowy nazwania komunistycznych występków i wskazania za nią odpowiedzialnych. W ten sposób jej rzecznicy, szafując retoryką chrześcijaństwa, fałszowali jego przesłanie. Wybaczenie, które zgodnie z chrześcijańskimi zasadami poprzedza wyznanie winy i skrucha, w ich interpretacji miało być równoznaczne z odmową nazwania zła, a więc jego relatywizacją.
Akt wybaczenia w chrześcijańskim przesłaniu jest trudnym procesem duchowego doskonalenia. Rozpoznanie zła, winy i własnej ułomności ma prowadzić do ich przezwyciężania i przeciwstawienia się grzesznej naturze człowieka. W modelu życia ułatwionego szybkie i łatwe wybaczanie ma prowadzić do uwolnienia się od ciężaru winy. Bezproblemowe wybaczenie komuś jest równoznaczne z łatwym wybaczeniem sobie. Jeśli tak lekko można anulować winę, to znaczy, że nie ma ona znaczenia. Obumiera kategoria odpowiedzialności. Ludzka egzystencja staje się "nieznośnie lekka". Jan Paweł II w encyklikach "Dominum et vivificantem" i "Veritatis splendor" wskazywał tymczasem jako grzech główny odrzucenie poczucia winy, poczucia, które było dla niego "łaską Boską".

Moralna kontrrewolucja
Model życia ułatwionego powoduje, że zmieniają się role w spektaklu wybaczenia. Niedawno pewien dziennikarz specjalnej troski III RP poświęcił swój program gromieniu bohatera opozycji antykomunistycznej za to, że ten nie podał ręki donoszącemu na niego kapusiowi. Wicenaczelny "Tygodnika Powszechnego" uznał za "obrzydliwy donos" podpisane przez grupę działaczy dawnej opozycji oświadczenie, że wyjątkowo zasłużonym agentem okazał się ich dawny kolega, a obecnie uznany autorytet dziennikarski. Przykłady można mnożyć.
W wymiarze politycznym spektakl oparty na identycznej zasadzie mogliśmy oglądać (i oglądamy) w odniesieniu do próby oczyszczenia Rzeczypospolitej i przywrócenia w niej moralnego ładu. Kiedy okazało się, że działanie komisji śledczej w sprawie Orlenu stało się realnym zagrożeniem dla mętnych układów, które sięgały fundamentów III RP, jej obrońcy rozpoczęli nagonkę na komisję. Trzeba przyznać, że komisja czy też jej poszczególni członkowie również dali sporo pretekstów do uzasadnionych ataków, ale w żadnym wypadku nie powinno to prowadzić do zakwestionowania niezwykle pozytywnej roli, jaką komisja zdążyła odegrać. Z kolei w wielkiej kampanii w obronie III RP, której głównym elementem było powołanie Partii Demokratycznej, na celowniku znaleźli się ci, którzy piętnują zepsucie polskiego życia publicznego i próbują znaleźć na nie lekarstwo. Projekty antykorupcyjne, które jako normalne instytucje funkcjonują w krajach dojrzałych demokracji, w Polsce są przedstawiane jako zamach na nią. Wezwanie do koniecznego oczyszczenia naszego życia, a więc do "rewolucji moralnej", zostało uznane za hasło bolszewickie. Trudno sobie wyobrazić większe zafałszowanie znaczeń. Przecież również Jan Paweł II wzywał do duchowej i moralnej rewolucji.
Szczególną i, niestety, skuteczną metodą kompromitacji działań prowadzących do odnowy polskiego życia publicznego jest utożsamienie sprawców zła i ich przeciwników w myśl zasady: on ukradł, jemu ukradli, w każdym razie zamieszany jest w kradzież. To w ten sposób mówi się o klasie politycznej, która nie wiadomo na jakiej zasadzie w całości ma odpowiadać za grzechy SLD i jego sojuszników. Nagle okazuje się, że w związku z tym nawet premier Marek Belka wypisuje się z grona polityków i autoproklamuje specjalistą od rządzenia. To tak jakby istnieli od tego inni specjaliści niż politycy i jakby problemem była nie zła polityka, ale polityka w ogóle. Na tej samej zasadzie mówi się o uczestnikach sporów politycznych. Wprawdzie jedni z nich usiłują się przeciwstawić złu i korupcji, a inni są za nie odpowiedzialni, ale obie strony są uczestnikami "gorszących sporów". Nie gorszymy się więc aktami nieprawości, ale ich krytyką i próbą eliminacji.

Więcej umiaru!
Śmierć papieża otworzyła przed obrońcami III RP kolejną szansę. W imię pamięci po nim nawołują do "pokoju społecznego". Ta idea jest sensowna, pod warunkiem że odwołuje się do wartości, na jakich ów spokój miałby zostać ufundowany. Pokój społeczny funkcjonuje przecież w każdej bardziej represyjnej despocji. Jeśli słucha się dominujących dziś w naszym kraju wypowiedzi, można odnieść wrażenie, że marzeniem Polaków jest stan, w którym media nie zajmują się dziennikarstwem śledczym, politycy nie prowadzą debat, a satyrycy nie wyśmiewają naszych przywar. Warto się zastanowić, komu na rękę byłaby taka sytuacja.
Przytoczona na wstępie historyjka z dziennikarzem "Wprost" i fundacją Porozumienie bez Barier jest poglądowa, gdyż zarówno odsłania mechanizm manipulacji, jak i skalę hipokryzji. W wypadku fundacji Jolanty Kwaśniewskiej obie te rzeczy były obecne już od dawna. Występowanie o ujawnienie jej darczyńców, co jest normą w każdym cywilizowanym kraju, było przyjmowane jako atak na najbardziej szlachetne działania charytatywne. Nie wypadało się zająknąć, że często aktywność taka służy ukrywaniu dużo mniej szlachetnych przedsięwzięć. Zostawała wygodna dla prezydenta i jego otoczenia egzaltacja. Dziś tę egzaltację usiłuje się wzmocnić autorytetem nieżyjącego papieża. Trochę umiaru! - chciałoby się zawołać. 

Okładka tygodnika WPROST: 16/2005
Więcej możesz przeczytać w 16/2005 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Spis treści tygodnika Wprost nr 16/2005 (1168)


ZKDP - Nakład kontrolowany