Sami swoi

Sami swoi

Istnienie szalikowców najbardziej służy samym klubom piłkarskim

Dlaczego na polskich stadionach wciąż rządzą szalikowcy? Radosław Majchrzak, prezes Lecha Poznań, grał kiedyś w piłkę w tym klubie, a jego zastępca Radosław Sołtys w przeszłości był szalikowcem Kolejorza. Piotr Dziurowicz, szef GKS Katowice, właściwie wychował się na stadionie przy ulicy Bukowej. Od dzieciństwa Legii Warszawa kibicuje jej prezes Piotr Zygo. Prof. Janusz Filipiak, właściciel Cracovii, podburza kibiców przeciw sędziom, którzy prowadzą mecze z udziałem drużyny Pasów. Jan Raniecki, posiadacz kontrolnego pakietu akcji stołecznej Polonii, wydaje magazyn "Polonia Ole!", który wręcz zionie nienawiścią do innych klubów i dziennikarzy. Podobno najbardziej wulgarne felietony pisze w nim... sam Raniecki. Ryba psuje się od głowy. Skoro szefowie polskich klubów to ludzie o mentalności kiboli, nie można się dziwić, że stadiony są u nas przystanią dla bandytów.
Slogany o miłości do drużyny wystarczą, by szalikowcy byli nietykalni. Tym bardziej że tzw. ultrasi są wygodnym narzędziem dla klubu. Pomogą sprzątnąć śnieg z murawy stadionu, przypilnują porządku na meczu, ale też zamienią się w bojówkę, która będzie bić piłkarzy posądzanych o sprzedaż meczu czy straszyć zawodników. Może też zastraszyć piłkarzy przyjezdnej drużyny albo sędziów.

Łże pojednanie
W ostatniej kolejce Ligi Mistrzów zamieszki na trybunach zmusiły sędziego do przerwania spotkania Inter Mediolan - AC Milan. To najlepszy dowód, że ze stadionową zarazą nie umieją sobie poradzić nawet największe światowe firmy futbolowe. Ostatnie zamieszki na polskich boiskach były jednak wyjątkowe, bo zdarzyły się zaledwie kilka dni po śmierci Jana Pawła II i dwa dni po mszach pojednania.
W mszach pojednania uczestniczyli zwolennicy Wisły i Cracovii w Krakowie, Polonii i Legii w Warszawie, Korony Kielce i KSZO Ostrowiec Świętokrzyski. Wkrótce pobili się kibole Korony i KSZO, Cracovii i Legii oraz GKS i Polonii.

Prezesi ultrasi
To nie przypadek, że zadymy najczęściej wybuchają na stadionach klubów, których prezesi emocjonalnie angażują się w mecze swych drużyn. Massimo Morati, właściciel Interu Mediolan, to wręcz fanatyk, zaślepiony miłością do klubu. Podobnie jest w AS Roma - ultrasem jest tam szef klubu Francesco Sensi. Obaj prezesi uwielbiają snuć na łamach prasy teorie o intrygach, przez które punktów pozbawiają ich sędziowie. Rezultat ich poczynań jest przygnębiający - zamieszki podczas ostatnich derbów Mediolanu czy wypadek na ubiegłorocznym meczu Ligi Mistrzów, gdy sędzia Anders Frisk został trafiony monetą rzuconą przez kibica rzymskiego klubu.
A jak jest w Polsce? "Ciężko utrzymać porządek na stadionie, jeśli arbiter źle sędziuje" - grzmiał w telewizji prezes Cracovii po niedawnym meczu ligowym z Legią Warszawa. Po chwili kibole Pasów z nożami i łańcuchami w rękach ruszyli na zwolenników stołecznego klubu. Janusz Filipak, który utrzymuje świetne kontakty z chuliganami Cracovii, nie widzi jednak niczego złego w swoim zachowaniu. - Moja wypowiedź miała uspokoić kibiców, chciałem dać upust zbiorowym emocjom - tłumaczy w rozmowie z "Wprost", wyraźnie rozżalony zarzutami o podgrzewaniu atmosfery.
Podejście prezesa Cracovii jest symptomatyczne dla całej grupy szefów klubów - większość z nich nie podchodzi do kupionych przez siebie klubów jak do normalnego biznesu. Morati nie kupuje piłkarzy, którzy pasują do koncepcji trenera, lecz tych, których lubi oglądać na boisku. Stąd drużyna, w której grali czy grają Ronaldo, Christian Vieri, Adriano, Francesco Toldo bądź Veron, nie jest w stanie zdobyć żadnego tytułu. Janusz Filipiak wprawdzie swój klub buduje bardzo umiejętnie, ale - tak samo jak Morati - nie umie oddzielić zaślepienia futbolem od biznesu. - Jestem kibicem mojego klubu, za swój bilet na stadion zapłaciłem już ponad 15 mln zł - podkreśla Filipiak. A kibice Cracovii mają opinię najgorszych w Polsce.

Użyteczni bojówkarze
Jeśli fanatyzm włoskich prezesów kończy się na bramie stadionu, to w Polsce coraz częściej przekłada się na życie prywatne osób związanych z klubami. Prezesi nie wahają się wykorzystywać ultrasów jako bojówek, które odwalają za nich brudną robotę. Tydzień temu ŁKS Łódź przegrał mecz z Zagłębiem Sosnowiec 3:4. Dzień po spotkaniu chuligani napadli jednego z zawodników i oskarżyli o sprzedanie meczu. Działacze ŁKS, wśród których rej wodzi były "szalikowiec" Jarosław Papis, nie poinformowali nawet o tym policji. Jesienią ubiegłego roku kibice Lecha Poznań wtargnęli na trening, otoczyli piłkarzy i zaczęli opowiadać, co im zrobią, jeśli ci nie będą przykładali się do meczów. - Nie widzę nic złego w takiej rozmowie. Lepiej, żeby odbyła się na stadionie niż gdzieś na parkingu. - mówi "Wprost" Radosław Majchrzak, prezes Lecha. Wiosną ubiegłego roku kibice GKS Katowice napadli na piłkarzy po jednym z przegranych meczów i kilku z nich pobili (Antoni Piechniczek, były trener reprezentacji, określił to zachowanie jako "ojcowskie klapsy"). Wcześniej kibole Polonii Warszawa pobili trenera Mirosława Jabłońskiego w klubowej szatni, a ultrasi Legii zastraszyli czołowego piłkarza klubu Tomasza Sokołowskiego.

Dwie mafie
Wykorzystywanie kiboli do zastraszania piłkarzy ma podobno służyć zmotywowaniu ich do efektywniejszej gry. Takie działania nasuwają jednak skojarzenia z metodami stosowanymi przez mafię. I nieprzypadkowo. Od dawna mówi się o tym, że podziemie jest mocno powiązane z polskim futbolem. W przeszłości Bolesław Krzyżostaniak, czołowy hochsztapler III Rzeczypospolitej, wprowadził do I ligi Olimpię Poznań. Był on bliskim przyjacielem Jacka Dębskiego, byłego ministra sportu i szarej eminencji polskiego futbolu, który został zamordowany na zlecenie słynnego mafiosa Jeremiasza Barańskiego. Z Lechem Poznań związany był siedzący obecnie w więzieniu gangster Orzech. Z kolei jednym z zagorzałych sympatyków Pogoni Szczecin był słynny bandyta Oczko.
Skoro przestępcze podziemie ma wpływ na polskie kluby, to działają w nich ludzie z tego samego kręgu. A każda mafia musi mieć swoich "żołnierzy", więc kibole idealnie się nadają do tej roli.

Okładka tygodnika WPROST: 16/2005
Więcej możesz przeczytać w 16/2005 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Spis treści tygodnika Wprost nr 16/2005 (1168)


ZKDP - Nakład kontrolowany