Podatek od głupoty

Podatek od głupoty

100-200 tysięcy miejsc pracy likwidują co roku urzędnicy skarbowi
Zbijcie ich wszystkich, Bóg rozpozna swoich" - te słowa przypisywane są papieskiemu legatowi Arnoldowi Amaury'emu, który w 1209 r. nakazał wyciąć w pień heretyków (katarów) w langwedockim Béziers. Podobnie działa w Polsce aparat skarbowy i prokuratorzy: urzędnicy nie trudzą się tropieniem oszustów wśród obywateli, lecz wszystkich z góry uznają za winnych. O ileż prościej przerzucić na podatnika obowiązek udowodnienia, że nie jest wielbłądem! Zadanie oddzielenia przestępców od przestrzegających prawa obywateli spada na sądy. - Administracja w Polsce zwalcza przedsiębiorców - uważa Janusz Palikot (51. na liście 100 najbogatszych Polaków "Wprost"). Założona przez niego firma Ambra (producent win) dwa razy wyprowadzała się z Woli Dużej koło Biłgoraja do Warszawy, uciekając przed nękającym ją oddziałem lubelskiego UKS w Zamościu. Palikot w końcu sprzedał spółkę (zachował 10 proc. akcji). Sami urzędnicy podatkowi likwidują rocznie 100-200 tys. miejsc pracy - szacuje Stowarzyszenie Osób Poszkodowanych przez Organy Administracji Państwowej oraz ZUS.
Do zorganizowanego przez "Wprost", TVN i Radio Zet pogotowia biznesu zwrócili się przedsiębiorcy, którzy są wręcz miażdżeni w trybach biurokracji. Zwykła sprawa skarbowa może się przekształcić w zmagania całej machiny państwa (od Wojskowej Komendy Uzupełnień po Ministerstwo Finansów) z obywatelem, bo funkcjonariusze - raz postawiwszy zarzuty - idą w zaparte i użyją wszelkich środków nacisku.

Odszkodowanie podatników za urzędników
Skutki działań administracji najlepiej pokazuje historia wrocławskiej spółki JTT Computer, do niedawna jednego z największych producentów komputerów w Polsce (pod koniec lat 90. zatrudniała 400 osób i miała 400 mln zł przychodów rocznie). Po pięciu latach walki z aparatem skarbowym i prokuraturą JTT de facto nie istnieje: została pusta kasa, 35 pracowników i zrujnowana reputacja właścicieli. Co zyskał skarb państwa? Przegrał z kretesem sprawy przed NSA i sądami powszechnymi, zrujnował firmę, która co roku odprowadzała do budżetu 70 mln zł tylko podatku VAT, musi zwrócić 10,5 mln zł niesłusznie pobranego podatku oraz 12,5 mln zł odsetek. Może jeszcze zapłacić 100 mln zł odszkodowania, którego będzie się domagać JTT. Jeśli firma wygra w sądzie cywilnym, wszyscy podatnicy wyłożą na tę sprawę z własnych kieszeni łącznie 112,5 mln zł, a utracone przez budżet wpływy podatkowe idą w setki milionów złotych!
Bezsens urzędniczych działań widoczny jest w drobnych nawet sprawach. Ewie Kołton II US w Częstochowie "zabezpieczył" na poczet zaległych podatków spółki jej męża (mimo rozdzielności majątkowej małżonków) wartą kilkadziesiąt tysięcy złotych mazdę. Urzędnicy przez 2,5 roku trzymali auto na parkingu "pod chmurką", po czym - zniszczone - zlicytowali za 4,5 tys. zł.

Nagrody Darwina
"Chciałem po prostu hodować i sprzedawać rośliny" - tłumaczy bohater opowiadania Rafała Kosika "Obywatel, który się zawiesił". Przytłoczony biurokracją, zamyka firmę, spłacając wszystkie zobowiązania, ale fiskus wciąż nie daje mu spokoju: domaga się dopłaty 318,53 zł z tytułu VAT. Wszystko kończy się oblężeniem domu zdesperowanego podatnika, który urządza funkcjonariuszom wszelkich możliwych służb krwawą jatkę. Niestety, rzeczywistość dogania u nas fikcję literacką. Urzędnicy w Polsce mogliby przyznawać własne Nagrody Darwina za najgłupszą "śmierć" podatnika, którą sami spowodowali.
- Mamy hiperinflację prawodawstwa. W dżungli przepisów urzędnik czy prokurator mający odpowiednią władzę i złą wolę może buszować do woli i uprzykrzyć życie każdemu - przyznaje prof. Marian Filar, specjalista w dziedzinie prawa karnego z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Podatnicy niekiedy boją się nawet upominać o swoje prawa! - Eksperci podatkowi radzą dziś klientom nie występować w ogóle o zwrot VAT, bo to oznacza pewną kontrolę skarbową. Nawet jeśli urzędnicy nie znajdą błędów w dokumentach, sparaliżują działanie firmy, a pieniądze zwrócą i tak dopiero po kilku miesiącach - mówi Palikot. Klaudiuszowi Balcerzakowi (do niedawna na liście 100 najbogatszych Polaków "Wprost"), byłemu właścicielowi zakładów przetwórstwa mięsa we Wróblowie koło Sławy (Lubuskie), US w Nowej Soli w 1999 r. cofnął przyznaną wcześniej ulgę inwestycyjną i zażądał zwrotu około 2 mln zł (decyzję podtrzymała Izba Skarbowa w Zielonej Górze), uzasadniając to zmianą formy spółki - z cywilnej na z ograniczoną odpowiedzialnością. Przepisy umożliwiające takie postępowanie urzędu wymierzono w oszustów, którzy korzystali z ulgi, a następnie - nie dokonawszy inwestycji - przekształcali firmę i się z niej wycofywali. Balcerzak dzięki uldze zwiększył natomiast zatrudnienie w zakładzie z 200 do 1000 pracowników, a produkcję - trzykrotnie. Poza prawną formą spółki nic się nie zmieniło: ani udziałowcy, ani majątek, ani charakter działalności. Przepisy takich sytuacji nie rozstrzygały, dlatego urzędnicy mieli pełne prawo przynajmniej umorzyć lubuskiemu biznesmenowi naliczoną zaległość. - US w Nowej Soli uznał jednak, że nie stanie mi się krzywda, jeśli zapłacę - mówi Balcerzak. By zdobyć pieniądze na spłatę zobowiązań podatkowych, sprzedał firmę niemieckiemu koncernowi Stockmeyer. W podobnych sprawach zapadały później korzystne dla podatników wyroki NSA i Sądu Najwyższego. Wkrótce przedsiębiorca wniesie kasację do SN.

Noty za styl
Szkalujemy urzędników skarbowych, przedstawiamy manichejską wizję świata, mamy zbyt wygórowane oczekiwania wobec osób zarabiających 1300 zł brutto - to opinie samych urzędników o naszej akcji. Rada Sekcji Krajowej NSZZ "S" Pracowników Skarbowych przypomina nam, że w głośnej sprawie Romana Kluski inspektorzy opierali się na linii orzecznictwa, które NSA zmienił dopiero niedawno. Tyle że w opisywanych przez nas wypadkach naprawdę nie chodzi o spory interpretacyjne, ale o towarzyszące temu celowe, złośliwe działania urzędników, zmierzające do zniszczenia lub upokorzenia przedsiębiorcy. Dość wspomnieć sprawę Andrzeja Modrzejewskiego, byłego prezesa PKN Orlen, aresztowanego w lutym 2002 r. na środku ulicy przez uzbrojonych funkcjonariuszy UOP ("przypadkiem" dzień przed posiedzeniem rady nadzorczej spółki, mającej zadecydować o jego odwołaniu bądź pozostawieniu na stanowisku). Jak dowiedział się "Wprost", menedżer znalazł w swych aktach notatkę pracownika UOP, z której wynikało, że szykuje się do ucieczki za granicę i dlatego należy go natychmiast zatrzymać. Sęk w tym, że dzień przed zatrzymaniem właśnie wrócił z dwutygodniowego wyjazdu służbowego do USA. Sąd stwierdził zresztą bezzasadność tego zatrzymania.
Od 2003 r. działa nadzwyczajna podkomisja sejmowej Komisji Gospodarki - jej członkowie zajmują się już kilkudziesięcioma sprawami bezprawnie szykanowanych przedsiębiorców. - Nękamy ograny władzy interpelacjami, patrzymy urzędnikom na ręce. Przynajmniej tyle możemy dla nich zrobić - tłumaczy Artur Zawisza, poseł PiS i członek Komisji Gospodarki. Problem w tym, że ręce najczęściej opadają.


Ruchoma nieruchomość
Transakcji dokonał pan tylko po to, by uniknąć płacenia podatku - oznajmili zdumionemu Markowi Sadkowskiemu, prezesowi zakładów mięsnych Byd-Meat, urzędnicy UKS. Firma wniosła ponad 6 ha atrakcyjnego gruntu do spółki-córki Kujawy. W 2000 r. sprzedała go za 22 mln zł, a następnie zwróciła się do I Urzędu Skarbowego w Bydgoszczy z prośbą o informację, jaki podatek powinna zapłacić. Urząd odpisał, że wystarczy opłata od różnicy między wyceną gruntu dokonaną przez rzeczoznawcę a kwotą uzyskaną ze sprzedaży - w sumie 400 tys. zł.
W listopadzie 2002 r. w firmie pojawili się kontrolerzy UKS. Wydali nakaz zapłaty podatku od całej wartości nieruchomości - wraz z odsetkami 12 mln zł. W grudniu 2002 r. urząd skarbowy zajął konta bankowe firmy, wszedł na hipotekę wszystkich należących do niej nieruchomości. Te z kolei były zabezpieczeniem 7,2 mln zł kredytu obrotowego. Bank nakazał zwrot pieniędzy. W efekcie przychody spółki spadły o połowę (jeszcze w 2002 r. miała 100 mln zł przychodu), a pracę straciło 250 osób. Obecnie Byd-Meat przeprowadza postępowanie układowe z wierzycielami. W maju 2003 r. Sadkowski odwołał się od decyzji urzędu skarbowego do izby skarbowej. Do dzisiaj nie uzyskał odpowiedzi, chociaż izba ma na jej udzielenie 30 dni.

Droga do piekła
Z Marka Łazarskiego lokalne władze w Tarnowie próbowały zrobić złodzieja, oszusta i malwersanta. W 1995 r. jego firma Marcus wygrała przetarg na użytkowanie kopalni żwirowej w gminie Zakliczyn. Warunkiem zwycięstwa było wybudowanie na koszt spółki drogi do żwirowiska: powstała w dwa miesiące kosztem 340 tys. zł. Ówczesne władze postanowiły wtedy pozbyć się Łazarskiego: chciały w doinwestowanej kopalni same zarabiać na sprzedaży żwiru. Najpierw miesiącami odmawiały mu przyznania koncesji na wydobycie. Kiedy w czerwcu 1996 r. wymusił ją na urzędnikach, do firmy przyszła kontrola Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Środowiska. - Funkcjonariusze stwierdzili, że po powodzi muszę na własny koszt usunąć szkody na należącym do skarbu państwa terenie - mówi Łazarski. Zapłacił za to 3,3 mln zł. Kiedy to nie wystarczyło, w 2000 r. dyrektor Regionalnego Zarządu Gospodarki Wodnej w Krakowie Tadeusz Litewka złożył donos do policji i prokuratury, że prace zostały źle wykonane. Tymczasem jego inspektorzy poświadczyli w dokumentach, że umocnienia są prawidłowe. Prokuratura oskarżyła Łazarskiego również o kradzież wartego 300 tys. zł żwiru z kopalni, a zgodnie z umową, po dostarczeniu 1500 m3 żwiru gminie, przedsiębiorca mógł swobodnie dysponować resztą. Łazarski przekonał się także, jak mściwi potrafią być urzędnicy. W październiku 2003 r. Wiesław Woda (wcześniej wojewoda tarnowski), obecnie poseł PSL, złożył w Sejmie interpelację, oskarżając prokuraturę o opieszałość w sprawie przedsiębiorcy.

Czas komisarza
Ponad 200 osób zatrudniała firma Budexpans Holding z Warszawy, kierowana przez Zbigniewa Samsona. Przychody co roku zwiększały się o jedną trzecią. W styczniu 1999 r. Budexpans podpisał umowę z firmą Wartpol na kupno działki budowlanej przy ulicy Meksykańskiej 8 w Warszawie. W zamian za ziemię Wartpol miał otrzymać 3570 m2 w wybudowanym na tym gruncie budynku mieszkalnym. Tymczasem nad atrakcyjną działką objął swoisty "patronat" ówczesny przewodniczący warszawskiego sądu upadłościowego Dariusz Czajka. Najpierw doprowadził Wartpol do upadłości (mimo negatywnej opinii biegłego sądowego Tomasza Kotrasińskiego, wydanej 17 kwietnia 2000 r.). Później Czajka jako sędzia komisarz Wartpolu złożył wniosek o upadłość Budexpansu (z powodu 6 tys. zł należności wobec Wartpolu, zasądzonej nieprawomocnym wyrokiem), a następnie jako sędzia składu orzekającego sam swój wniosek pozytywnie rozpatrzył. Warta 19 mln zł działka firmy, która padła, została sprzedana bez przetargu - według naszych nieoficjalnych informacji - za 6 mln zł izraelskiej spółce Sabe International.

Głuchy telefon
O 50 proc. zwiększały się co roku przychody hurtowni sprzętu elektronicznego Drive z Krakowa. W 2002 r. firma miała ponad 5 mln zł przychodów. Większość zysku zawdzięczała spółkom z Ukrainy, Białorusi i Rosji. Tamtejsi operatorzy telefonów komórkowych nie zajmowali się dostarczaniem aparatów, więc dealerzy importowali je z Polski. Andrzej Chwaja, prezes firmy, płacił 22 proc. podatku VAT, kupując aparaty, a następnie odbierał go z urzędu skarbowego, kiedy telefony były wywożone z Polski. Wszystko było w porządku do września 2002 r. Urząd Skarbowy Kraków Stare Miasto wstrzymał wówczas zwrot podatku VAT za kwiecień, maj, lipiec i sierpień 2002 r. Uznał na podstawie niezobowiązującego oświadczenia rosyjskiego kontrahenta Chwai, że telefony nie zostały wyeksportowane. Urzędników nie przekonały dokumenty celne poświadczające, że towar opuścił Polskę, oraz oświadczenie przedstawicieli Idei, Plusa i Ery, że telefony o tych numerach seryjnych nie działają w tych sieciach. Łącznie wstrzymano zwrot podatku w wysokości 500 tys. zł, co stanowiło trzy czwarte kapitału firmy. Sprzedaż spadła o ponad 80 proc. W marcu 2003 r. firma zawiesiła działalność. Tymczasem w sierpniu 2003 r. prokuratura umorzyła postępowanie karne przeciwko Chwai, nie dopatrując się w jego działalności przestępstwa. Kontrola UKS formalnie do dzisiaj się nie zakończyła, a więc nie ma decyzji, od której Chwaja mógłby się odwołać.
Okładka tygodnika WPROST: 4/2004
Więcej możesz przeczytać w 4/2004 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 1
  • KAZIO IP
    NIC DZIWNEGO ŻE MÓWI SIĘ IŻ GŁÓPI I BEZSENSOWNY JAK URZĘDNIK SKARBOWY

    Czytaj także