Najpierw funkcjonowała w sferze medialnych spekulacji, potem została oficjalnie potwierdzona przez premiera. Informacja o tym, że Maciej Berek, który jeszcze kilka dni temu pełnił funkcję ministra ds. wdrażania polityki rządu, będzie kandydatem na sędziego Trybunału Konstytucyjnego, stała się faktem. Na premiera spadła lawina krytyki, z czego sam zdawał sobie sprawę, mówiąc, że „bierze na siebie odpowiedzialność za to, że niektórzy mogą czuć się rozczarowani”.
Z rządu do Trybunału Konstytucyjnego. Wrze ws. kandydatury Macieja Berka
Krytyczne głosy popłynęły ze środowiska prawniczego, ponieważ w dobie podkreślania konieczności odpolitycznienia Trybunału Konstytucyjnego, kandydatura Macieja Berka stoi w sprzeczności z narracją, która była dotychczas głoszona przez rządzących. Do tej sprawy w najnowszym odcinku podcastu „Rozmowa Wprost” odnosi się prof. Ryszard Piotrowski, konstytucjonalista z Uniwersytetu Warszawskiego.
– Sędzia Trybunału to osoba, co do której nie powinno być żadnych wątpliwości dotyczących bezstronności. A ponieważ Trybunał może zajmować się zagadnieniami, które są związane z działalnością rządu, a w szczególności z całą prawną sferą działalności rządu, z aktami normatywnymi, to mogą powstać okoliczności, w których strony będą domagały się wyłączenia sędziego z orzekania w tego rodzaju sprawach – mówi nasz rozmówca.
Ekspert zwraca także uwagę, że znaczący w tym kontekście jest odbiór kandydatury Macieja Berka – pomijając kwestię kwalifikacji – przez opinię publiczną, która „będzie mogła mieć wątpliwości co do tego, czy bliski współpracownik premiera powinien być sędzią Trybunału”. – Są okoliczności, które wiążą się z przełamaniem granicy między rządem a Trybunałem – zaznacza prof. Piotrowski.
Polityczne transfery do TK to nie nowość. „Użyteczne narzędzie do realizacji celów”
Warto przypomnieć, że polityczne transfery do Trybunału Konstytucyjnego nie są niczym nowym, a jednym z najgłośniejszych był przypadek Krystyny Pawłowicz, która sejmowe ławy zamieniła na TK. – W przeszłości były przypadki, w których wiceministrowie zasiadali w Trybunale Konstytucyjnym. Jeden z wiceministrów sprawiedliwości był nawet prezesem Trybunału i to bardzo dobrym prezesem. (…) Ale to było w czasach, w których Trybunał nie był przedmiotem tak zaciętej rywalizacji między politykami, jak to ma miejsce obecnie – ocenia prof. Piotrowski.
Można zauważyć konkretną zależność: politykom, kiedy zasiadają w opozycyjnych ławach, łatwo jest bić na alarm i podkreślać, jak ważna jest neutralność TK, a gdy zmienia się perspektywa i zaczynają rządzić, wydaje się, że ten postulat przestaje mieć dla nich znaczenie. – To prawda. Niestety, jakiś czas temu, powiedzmy prawie kilkanaście lat temu, politycy zauważyli, że TK może być bardzo użytecznym narzędziem do realizacji celów politycznych – mówi konstytucjonalista.
– Niestety – narzędziem. Trybunał nie powinien być stronniczy – podkreśla ekspert.
– Zdarzało się, że TK odwracał bieg ustawodawstwa i orzekał po myśli opozycji. Jak politycy zobaczyli, że tak może się dziać, to zwłaszcza w obliczu zbliżających się wyborów, prawdopodobnie przegranych, tak było w 2015 r., rzucili się na Trybunał. Nie tylko postanowili wybrać trzech sędziów, co do wybrania których mieli prawo, ponieważ ich kadencje kończyły się w okresie, kiedy trwała kadencja Sejmu, ale wybrali jeszcze dwóch sędziów na zapas. (…) I potem, jak już przegrali wybory, to wtedy nowa większość przepędziła tych wszystkich sędziów – analizuje nasz rozmówca, opisując polityczne przeciąganie liny w sprawie Trybunału Konstytucyjnego.
Widmo wyborów napędza walkę o TK? Konstytucjonalista: To jest całe nieszczęście
Zdaniem prof. Piotrowskiego sytuacja – w obliczu zbliżających się wyborów parlamentarnych, które zostaną przeprowadzone w 2027 r. – może się powtórzyć. – Znowu pojawia się to widmo: „Co będzie, jeśli przegramy? Jeśli przegramy, to musimy mieć zabezpieczenie w postaci przyjaznego Trybunału, który będzie orzekał, jak wypada. Musimy znaleźć takich ludzi, którzy nie zawiodą i nie powiedzą: jesteśmy sędziami Trybunału i nic nas nie obchodzi, że zgłosiła nas ta czy inna koalicja, bo stoimy na straży konstytucji. Musimy znaleźć takich, którzy będą stali na straży interesu politycznego”. I to jest całe nieszczęście, ponieważ uruchamia taki trybunał, jakiego nie powinno być, czyli trybunał polityczny – analizuje nasz rozmówca.
– Ta sytuacja tworzy zjawisko blokady wewnątrzustrojowej na zasadzie: złapał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma. My wam wybierzemy sędziów Trybunału na zapas, a my wam przepędzimy tych sędziów. I co? Teraz my wybierzemy sędziów Trybunału, a my nie odbierzemy od nich ślubowania. I co? Tutaj pojawia się efekt rozszerzającej się zarazy. Upolitycznienie Trybunału prowadzi do instrumentalnego traktowania prawa przez inne komponenty systemu ustrojowego – podsumowuje wątek ekspert.
Rząd Tuska wbrew własnemu postulatowi? „To był dobry pomysł”
W 2024 r. rząd przedstawił pakiet rozwiązań, które miały zreformować TK. Zaproponowane przepisy zakładały, że jeżeli konkretna osoba pełniła funkcję w rządzie, parlamencie lub europarlamencie albo była w partii politycznej, o miejsce w Trybunale będzie mogła starać się dopiero po czterech latach od zakończenia pełnienia wspomnianych funkcji. Ostatecznie te rozwiązania nie weszły w życie.
– To był dobry pomysł. Może nie jest wolny od wad, dlatego że zawsze można znaleźć ludzi, którzy chociaż nie byli w rządzie, to kochają konkretny rząd całym sercem, bo mają inne powody dla tej miłości. A są tacy ludzie, którzy bez miłości do rządu nie mogą żyć i mają w tym swój interes. To sprawia, że może znajdzie się taki kandydat, który wprawdzie cztery lata w rządzie nie był, ale chętnie będzie w Trybunale – analizuje prof. Ryszard Piotrowski.
Jak uzdrowić sytuację w TK? Ekspert o „bardzo prostej” metodzie
Konstytucjonalista twierdzi, że recepta na rozwiązanie sytuacji w TK jest „bardzo prosta”. I to mimo piętrzących się wzajemnych oskarżeń, które formułują politycy z różnych stron sceny politycznej, obarczając się wzajemnie tym, kto bardziej TK zniszczył i mimo wysypu nowych pojęć – od neosędziów po dublerów – określających różnych sędziów w zależności od tego, kiedy i w jakich okolicznościach zaczęli pracę.
– Po prostu trzeba uznać, że konstytucja obowiązuje, ponieważ konstytucja nie przewiduje żadnego pata w Trybunale, nie przewiduje tego, że jacyś sędziowie są dublerami. Ona po prostu mówi o sędziach. Jeżeli prezydent od kogoś odebrał ślubowanie albo kogoś uczynił prezesem zgodnie z procedurą, to on jest tym sędzią i tym prezesem. Jego kadencja trwa. W związku z tym, że nie ma ustawy, która przewidywałaby kategorię sędziów Trybunału nieuprawnionych do orzekania i że nie ma ustawy, która mówiłaby o dublerach i dublerstwie, to tego pojęcia po prostu nie ma. Ono, owszem, jest narzucone przez orzecznictwo europejskie, ale my jesteśmy suwerennym państwem – podkreśla prof. Piotrowski.
Spór o ślubowanie w Sejmie. Bez Karola Nawrockiego
Wielka awantura przetoczyła się też w sprawie czworga sędziów, którzy złożyli ślubowanie w Sejmie, a podczas uroczystości nie był obecny prezydent. Prezes TK Bogdan Święczkowski wciąż nie dopuszcza tej grupy do objęcia stanowisk, argumentując to faktem, że złożenie przez nich ślubowań – ze względu na absencję głowy państwa – jest wadliwe.
– W tej sprawie trwa spór kompetencyjny, ponieważ ci sędziowie nie ślubowali prezydentowi i nie ślubowali marszałkowi Sejmu. Oni ślubowali w Sejmie wobec prezydenta, którego nie było. W związku z tym nie złożyli żadnego ślubowania, dlatego że zawarte w ustawie o statusie sędziów Trybunału sformułowanie „wobec", jak mówi „Słownik Języka Polskiego”, wskazuje na osoby obecne przy danej czynności – mówi prof. Ryszard Piotrowski.
– Spór kompetencyjny to konstytucyjnie przewidziana konstrukcja, która polega na tym, że są dwa konstytucyjne organy państwa, które twierdzą, że mają kompetencje w jakiejś sprawie. Prezydent wszczął postępowanie przed Trybunałem, mówiąc, że jest spór kompetencyjny między nim a Sejmem. Sejm nie twierdzi, że ma kompetencje do przyjmowania ślubowania od sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Sejm przecież nie występował w roli prezydenta. Oni tam składali ślubowanie wobec prezydenta. Tylko że nieskutecznie, bo go tam nie było. Moim zdaniem sporu kompetencyjnego tu nie ma, ale jak spór kompetencyjny się rozpocznie, to zgodnie z ustawą o organizacji i trybie postępowania przed Trybunałem, trzeba zawiesić postępowania w sprawach, których dotyczy, czyli zawiesić odebranie ślubowania od tych czterech sędziów – zamyka wątek konstytucjonalista.
Sytuacja czworga sędziów TK pod lupą ETPCz. Co ze Święczkowskim?
W pierwszej połowie sierpnia Maria Ejchart poinformowała, że Europejski Trybunał Praw Człowieka oficjalnie zakomunikował rządowi RP sprawę Dziurda i inni przeciwko Polsce (skarga nr 17392/26). „Wniosek w tej sprawie złożyło czterech sędziów Trybunału Konstytucyjnego – Marcin Dziurda, Anna Korwin-Piotrowska, Maciej Taborowski i Krystian Markiewicz, którzy nadal nie zostali dopuszczeni do orzekania przez B. Świeczkowskiego” – napisała wiceminister sprawiedliwości na portalu X.
W tej fazie postępowania państwo polskie musi merytorycznie odpowiedzieć na szczegółowe pytania ETPCz, które dotyczą zablokowania sędziom możliwości orzekania i naruszenia ich niezawisłości. „Co niezwykle istotne, Trybunał wprost podnosi także kwestię niewykonania majowego zabezpieczenia (środka tymczasowego), które nakazywało powstrzymanie się od utrudniania skarżącym podjęcia obowiązków. ETPCz bada, czy brak realizacji tego nakazu nie stanowił bezprawnego utrudnienia w korzystaniu z prawa do międzynarodowej skargi” – zaznaczyła Ejchart.
Prof. Wojciech Sadurski w jednym z wywiadów powiedział, że Bogdan Święczkowski „popełnia fundamentalne ciągłe przestępstwo urzędnicze polegające na niedopuszczaniu prawidłowo wybranych sędziów i robi to w porozumieniu i we współpracy z Karolem Nawrockim”. – Jakże prezes Trybunału może przyjąć tych sędziów, skoro oni nie złożyli ślubowania wobec prezydenta? Ustawa o Trybunale mówi wyraźnie, że składają ślubowanie wobec prezydenta i stawiają się w Trybunale w celu podjęcia obowiązków. Jak nie złożyli ślubowania wobec prezydenta, to prezes nie może im przydzielać spraw, bo wtedy popełni przestępstwo urzędnicze – ocenia prof. Ryszard Piotrowski.
– Prezes nie popełnia żadnego przestępstwa urzędniczego. Popełniłby je, gdyby mimo braku zgodnego z ustawą złożenia ślubowania można było uznać, że tych sędziów przyjmiemy, a wtedy można by wszcząć stosowne postępowanie, choćby dyscyplinarne, prowadzące do pozbawienia sędziego, czyli prezesa, mandatu, dlatego że narusza ustawę – konkluduje nasz rozmówca.
Czytaj też:
O planie Tuska na TK wiedziało wąskie grono. „Nie obchodzi nas, co zrobi Nawrocki” Czytaj też:
Burza wokół kandydatury Berka do TK. „Będzie symbolicznie siedział na korytarzu”
