Kto zabił Dębskiego

Kto zabił Dębskiego

Zabójca ministra Jacka Dębskiego najpewniej żyje i przebywa na wolności
To nie Tadeusz Maziuk zastrzelił Jacka Dębskiego, byłego ministra sportu. Na Maziuka wskazywali prokuratorzy i badający sprawę policjanci. W dodatku Maziuk nie popełnił samobójstwa w celi warszawskiego aresztu śledczego, choć tak wynika z oficjalnych ustaleń. Są nowe informacje wskazujące na to, że do Dębskiego strzelał inny mężczyzna. Są również poszlaki potwierdzające, że Maziuka powieszono – ustalił „Wprost". Całą sprawę komplikuje to, że Dębski był tajnym współpracownikiem Urzędu Ochrony Państwa. A w tle tej tajemniczej historii pojawia się znany łódzki biznesmen. Co naprawdę się stało nad Wisłą
Jacka Dębskiego, ministra sportu w rządzie Jerzego Buzka (odwołano go lutym 2000 r.), zastrzelono 12 kwietnia 2001 r. przed restauracją Casa Nostra na warszawskiej Pradze. Śledczy ustalili, że zabójcą Dębskiego był Tadeusz Maziuk ps. Sasza, bandyta pracujący dla Jeremiasza Barańskiego (ps. Baranina), rezydenta mafii pruszkowskiej w Austrii. Polscy i austriaccy śledczy ustalili, że to Barański miał być zleceniodawcą zabójstwa Dębskiego. Powodem egzekucji miał być fakt, że były minister sportu domagał się od niego zwrotu kilkuset tysięcy dolarów. 26 czerwca 2002 r. Sasza – według oficjalnej wersji – powiesił się w celi warszawskiego aresztu przy Rakowieckiej, używając więziennej pościeli. Wcześniej rozmawiał z prokuratorami i chciał zeznawać. Rok później, 7 maja 2003 r., w celi wiedeńskiego aresztu na pasku od spodni powiesił się Baranina. Za zabójstwo Dębskiego została skazana tylko Halina G., dziewczyna, która wyprowadziła go z restauracji i podprowadziła do zabójcy.
„Wprost" dotarł do świadków, którzy twierdzą, że obok Maziuka w zasadzce na byłego ministra sportu wziął udział jeszcze jeden mężczyzna. I właśnie on, a nie Maziuk, zastrzelił Dębskiego. Znaleźliśmy również inny, niż ustalili śledczy, motyw, którym mogli się kierować zleceniodawcy. Nasi rozmówcy twierdzą, że Dębski tuż przed śmiercią chciał za 70 tys. USD sprzedać dokumenty kompromitujące łódzkiego biznesmena, który był pośrednikiem Baraniny w kontaktach z politykami.

Biznesmen zleceniodawcą
Zamordowanego ministra Jacka Dębskiego nazwano „załatwiaczem". Utrzymywał się dzięki szerokim znajomościom w świecie tajnych służb, polityki i w półświatku. „Nazywam się Jacek Dębski. Co mogę dla ciebie załatwić?" – w taki sposób się przedstawiał. W trakcie dziennikarskiego śledztwa odkryliśmy, że Dębski był tajnym współpracownikiem Urzędu Ochrony Państwa (współpracował z nim przynajmniej od 1992 r.). Rzuca to nowe światło na sprawę zabójstwa, gdyż Barański – w przeszłości informator Służby Bezpieczeństwa – od początku lat 90. był tajnym współpracownikiem nieistniejących już Wojskowych Służb Informacyjnych. Wspólnie z oficerami tych służb organizował przemyt papierosów, alkoholu i narkotyków. W zamian otrzymał od nich parasol ochronny. Oficerowie WSI, z którymi dzielił się zyskiem, pomagali mu uniknąć kary za popełniane przestępstwa. Zdaniem naszych informatorów, o współpracy Baraniny z WSI dużo mówi aneks do tzw. raportu Macierewicza. Ma z niego wynikać, że blisko współpracował m.in. z pułkownikiem J.K., oficerem WSI, który zarządzał nielegalnymi interesami służb w sektorze paliwowym.
Kluczem do rozwiązania zagadki jest znany biznesmen z Łodzi, również związany ze środowiskiem WSI i ważnymi wówczas politykami, głównie lewicy. Z akt operacyjnych policji i CBŚ wynika, że od połowy lat 90. reprezentował on interesy Baraniny w województwie łódzkim. Doprowadził również na granicę bankructwa dwie znane firmy. W grudniu 2000 r. Dębski zgłosił się do jednego z właścicieli tych firm i zaoferował mu sprzedaż (za 200 tys. USD) dokumentów kompromitujących łodzianina (miały dowodzić, że korumpował on polityków). Dodatkową poszlaką jest fakt, że opisywany przez nas człowiek z Łodzi zaproponował przedsiębiorcy, do którego zgłosił się Jacek Dębski, ugodę sądową, z której wycofał się po zabójstwie Dębskiego.
Sam Dębski ostatecznie zgodził się sprzedać kompromitujące dokumenty za 70 tys. USD. Do transakcji miało dojść właśnie 12 kwietnia 2001 r. Nie doszło, bo wcześniej Dębski został postrzelony i kilka godzin później zmarł.

Seria zbiegów okoliczności
Oficjalna wersja tego, co zdarzyło się feralnej nocy w pobliżu restauracji na warszawskiej Pradze, jest daleka od prawdy. J.F., znajomy Dębskiego, który był wówczas w restauracji, zapamiętał człowieka, który po północy strzelał do byłego ministra. – Wyglądał zupełnie inaczej niż Maziuk – mówi „Wprost" J.F. Jego wiedza okazała się niebezpieczna. Najpierw go straszono, a później próbowano zabić. Przerażony sprzedał nieruchomości w Warszawie i wyjechał z Polski.
O drugim zabójcy wspominał również przypadkowy świadek zbrodni. Zeznał on, że do Dębskiego podeszli dwaj mężczyźni. Jeden z nich strzelił, po czym obaj uciekli. Jego zeznania są zbieżne z wersją J.F. Zaskakujące, że opisywany świadek przedstawił policji swoją wersję zdarzenia 7 maja 2003 r. Tego samego dnia, wczesnym rankiem, w celi wiedeńskiego aresztu znaleziono powieszonego Jeremiasza Barańskiego.

Samobójstwo na zlecenie
Maziuk został zatrzymany w czerwcu 2002 r. przez CBŚ. Głównym dowodem, na podstawie którego postawiono mu zarzut zabójstwa, były połączenia telefoniczne między nim a Baraniną. Śledztwo wykazało, że feralnej nocy telefon Saszy logował się na nadajniki na warszawskiej Pradze, w pobliżu restauracji Casa Nostra. Sasza nie przyznał się do zarzutu zabójstwa i chciał złożyć zeznania. Nie zdążył. Śledczy twierdzili, że jego zgon nastąpił z przyczyn naturalnych. – Jeremiasz Barański od początku był przekonany, że Maziuk został zamordowany – mówi „Wprost" adwokat Baraniny dr Karl Bernhauser.
– W tej sprawie zostało przeprowadzone śledztwo. Nie wykazało ono śladów udziału osób trzecich w tej śmierci. Tadeusz M. popełnił samobójstwo – mówi Luiza Sałapa, rzecznik Centralnego Zarządu Służby Więziennej. Pierwsza sekcja zwłok wykazała, że Maziuk zmarł wskutek uduszenia. Co innego wykazała jednak ekshumacja zwłok prowadzona przy udziale austriackich policjantów i ekspertów. – Biegły wykrył uszkodzenia opłucnej. Spowodowane były działaniem siły zewnętrznej – mówi dr Bernhauser.
Areszt śledczy przy ulicy Rakowieckiej dysponuje nowoczesnym monitoringiem, jednak dziwnym trafem w noc śmierci Maziuka kamery nie zarejestrowały niczego nadzwyczajnego. Strażnicy regularnie zaglądają do cel, ale tej nocy nie zauważyli niczego niepokojącego w jego celi. Domniemany zabójca Dębskiego zawsze miał duży apetyt, jednak tego dnia nie reagował, gdy podawano mu śniadanie.
Okazuje się, że feralnej nocy w tym samym pawilonie przebywał były policjant komendy stołecznej aresztowany na podstawie pomówienia przestępcy (później został uniewinniony, gdyż słowa gangstera się nie potwierdziły). – Taki był ryk na pawilonie, że spać nie można było – opowiada „Wprost" były policjant. – Sasza krzyczał: „Co wy, kurwa, robicie, dajcie mi przeżyć, mam rodzinę".
Na ostatniej teczce akt dotyczących jednej z najbardziej bulwersujących zbrodni III Rzeczypospolitej widnieje napis czerwonym flamastrem: „Zakończono". Czas najwyższy, aby założyć nową teczkę. Prawdziwy zabójca Jacka Dębskiego najprawdopodobniej przebywa na wolności.

Tadeusz Maziuk, uznany za zabójcę Jacka Dębskiego, prawdopodobnie do niego nie strzelał. Wszystko wskazuje też na to, że nie popełnił samobójstwa, lecz został powieszony w swej celi

Okładka tygodnika WPROST: 48/2008
Więcej możesz przeczytać w 48/2008 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 3
  • Jacek Dębski IP
    Ciekawe dlaczego Leszek Szymowski w tym artykule tak abrdzo wybiela Inkę?
    • Wprost, co się z Wami dzieje? IP
      Czy to red. Szymowski z Angory? Jeśli tak, to artykuł jest tak samo wiarygodny jak Angora. Nie sądziłem, że Wprost upadnie tak nisko
      • obserwator IP
        Sucha informacja oparta wyjątkowo na przypuszczeniach jest niewiarygodna.Brak choćby odrobiny informacji na temat tych\"nowych\" informacji czy dowodów.Przecież w tej sprawie był naoczny świadek Inka.to znazcy ze ona tez kłamała.