Kogo wypędzić

Kogo wypędzić

Niemców nikt znikąd nie wypędzał
Mariusz Muszyński
Profesor na Wydziale Prawa UKSW, specjalista z zakresu prawa międzynarodowego i europejskiego
Krzysztof Rak
Historyk filozofii, ekspert w dziedzinie polityki zagranicznej, publicysta TVP

Niemcy oczekują od Polski historycznej kapitulacji. Na początku lutego 2008 r. przyjeżdżają do Warszawy przedstawiciele rządu federalnego, którzy chcą przekonać polskie władze do współpracy przy budowie „widocznego znaku wypędzeń". I to w formie propozycji nie do odrzucenia. Jak zapowiedział Karl-Georg Wellmann, odpowiedzialny w CDU za kontakty z Polską, jeśli Warszawa odmówi, Niemcy wybudują go samodzielnie.Niemieccy przesiedleni
W historii Republiki Federalnej Niemiec żadnemu tematowi nie poświęcono tyle czasu, pieniędzy i politycznej energii, ile sprawie powojennych wysiedleń. By je opisać, doktryna i praktyka prawna RFN używają słowa „wypędzenia" (Vertreibung). W Poczdamie w 1945 r. te wydarzenia nazwano przesiedleniami ludności niemieckiej. Ta, na pierwszy rzut oka drobna różnica semantyczna z prawnego punktu widzenia to przepaść. Wypędzenia ludności są bowiem działaniem sprzecznym z prawem międzynarodowym, tworzącym odpowiedzialność „wypędzającego".
W rzeczywistości Niemców nikt z nikąd nie wypędzał. Proces ich planowanych przesiedleń zaczął się już na początku wojny. Pierwszy etap miał swe źródło w koncepcjach Adolfa Hitlera (idea jednolitych etnicznie Wielkich Niemiec). Podstawę prawną stanowiły m.in. traktaty zawarte przez Niemcy z ówczesnym sojusznikiem, państwem sowieckim, które (zgodnie z paktem Ribbentrop – Mołotow) zaanektowało nie tylko wschodnią część Polski, ale i kraje nadbałtyckie. Na terytorium okupowanej Polski zaczęli napływać niemieccy repatrianci z Łotwy, Estonii, Rumunii itp., którzy w myśl niemieckiego prawa mają dziś status wypędzonych. Wśród nich i rodzice obecnego prezydenta Niemiec Hörsta Koehlera, który urodził się na Zamojszczyźnie. Z kolei z Niemiec, prócz urzędników okupacyjnej administracji, przybywali do Polski także osadnicy chętni do przejęcia polskich gospodarstw rolnych, sklepów czy fabryk.

Polscy wypędzeni
Zjawisko wypędzenia istniało już od początku wojny. Tyle że dotyczyło Polaków, a nie Niemców. Musieli oni przecież zrobić miejsce dla napływającej ze wschodu i zachodu fali obywateli Rzeszy. Tajne plany czystek etnicznych były przygotowane jeszcze przed wrześniem 1939 r. Obszar II Rzeczypospolitej, który po podbiciu zaanektowała III Rzesza (część Śląska, Wielkopolski, Pomorza), zamieszkiwało ponad 10 mln osób, z czego 600 tys. stanowili Żydzi, a drugie 600 tys. Niemcy. Stworzenie czystego rasowo państwa niemieckiego wymagało więc wypędzenia 9 mln Polaków, co planowano wykonać w ciągu 5-10 lat.
Pierwsze wypędzenia dotknęły polskich mieszkańców Gdyni już we wrześniu 1939 r. Z domów wyrzucono ponad 50 tys. osób. Na ich miejsce sprowadzono urzędników i żołnierzy. Notabene, dzięki tej akcji „wypędzoną" jest też Erika Steinbach, urodzona w Rumii córka żołnierza okupacyjnej armii. Z informacji IPN wynika również, że ponad 700 tys. osób wysiedlono w 1940 r. z terenów Wielkopolski, a około 900 tys. z obszaru Żywiecczyzny. Prawie 200 tys. osób wyrzucono z domów z terenów położonych w widłach Wisły i Sanu, gdzie budowano poligon wojskowy dla Wehrmachtu. Tragiczny proces wypędzeń (powiązany z germanizacją polskich dzieci) obejmował też Zamojszczyznę – w 1943 r. dotknął tam ponad 100 tys. osób. Rok później około 600 tys. osób wypędzono z Warszawy po powstaniu warszawskim, a miasto zrównano z ziemią. Nie sposób policzyć też wypędzonych w związku z akcjami pacyfikacyjnymi, operacjami frontowymi itp. Według prof. Piotra Madajczyka, którego prace w dość powściągliwy sposób oceniają skalę wypędzeń Polaków, w okresie II wojny światowej wyrzucono z domów ponad 1,65 mln osób (przy tym dane nie obejmują całego terytorium II RP). Istnieją także badania określające liczbę tych wypędzeń na ponad 2 mln osób.

Dwie prawdy
W odróżnieniu od losu Polaków powojenne wysiedlenia Niemców nie były wypędzeniami. Stanowiły znany ówczesnej praktyce międzynarodowej proces likwidacji skutków wojny. Próby przedstawiania ich jako zbrodni na narodzie niemieckim są konsekwencją reinterpretacji historii, która zaczyna się już podczas dyskusji o liczbie przesiedleńców. Dane niemieckie, w szczególności dane Fundacji Wypędzonych, instytucji poszukującej naukowej podbudowy dla propagowania doktryny wypędzeń, mówią o milionach ofiar „polskiego bezprawia". Już jednak według prof. Alfonsa Klafkowskiego, poznańskiego uczonego, na podstawie decyzji poczdamskich w rzeczywistości bezpośrednio po wojnie wysiedlono z Polski niecałe 1,5 mln osób. A więc było ich około 500 tys. mniej niż Polaków wyrzuconych z domów w związku z wojną i działaniami aparatu kolonizacyjnego III Rzeszy. Dopiero w latach 1950-1989 wyjechało dalsze 800 tys. osób. Skąd się więc biorą niemieckie liczby? Są wynikiem manipulacji. Obejmują nie tylko wysiedleńców poczdamskich, ale również repatriantów niemieckich ze Wschodu czy masy uciekinierów przed armią sowiecką jeszcze z zimy 1944-1945.
Niemcy nie chcą także pamiętać o różnicy w traktowaniu wysiedlanych. Chociaż w procesie powojennych przesiedleń zdarzały się wypadki łamania prawa, o czym dowiadujemy się z badań historycznych, to jednak Niemcy byli wysiedlani na podstawie porozumień z okupacyjnymi władzami, w zorganizowanych transportach docierających do poszczególnych stref okupacyjnych, i przekazywani niemieckim władzom lokalnym. Polaków natomiast, pozbawianych majątku, kierowano najpierw do tzw. obozów przejściowych, które warunkami życia przypominały obozy koncentracyjne. Stamtąd, począwszy od 1941 r., wysyłano ich na przymusowe roboty do Niemiec.

Anatomia kłamstwa
Dziś miejsce polskich ofiar wypędzeń w dyskursie publicznym i świadomości narodowej Polaków zajmują niemieccy przesiedleńcy. To przykład skuteczności polityki historycznej RFN. Obejmuje ona naukę i kulturę, historię i prawo. Prawnicy podważają powojenne przesiedlenia i wywłaszczenia Niemców przez zwycięskie kraje, historycy zamazują różnicę między katami i ofiarami, a dziennikarze i filmowcy upowszechniają nową historię.
Politykę historyczną uprawiają też liczne instytucje niemieckie funkcjonujące w Polsce od początku lat 90. XX wieku, począwszy od partyjnych fundacji, a na delegaturach instytutów naukowych skończywszy. Dysponują one olbrzymimi środkami finansowymi na prowadzenie badań naukowych zgodnych z kierunkiem polityki niemieckiego państwa, a ich pracownicy wpływają na polską opinię publiczną, występując w polskich mediach jako „niezależni eksperci".
Dlatego przybywających w lutym przedstawicieli rządu niemieckiego powinniśmy odesłać z kwitkiem. A na nim zapisać jasne przesłanie, że Warszawa w żaden sposób nie będzie legitymizować doktryny wypędzenia. Opinia publiczna musi też dostać jednoznaczny sygnał, że jeśli znajdą się jacyś polscy historycy jurgieltnicy, którzy autoryzują ten niemiecki projekt, godząc się na współpracę, to zrobią to na swój (a właściwie niemiecki) rachunek. Rząd RP powinien też wreszcie jasno zażądać od Berlina odrzucenia doktryny wypędzeń, ponieważ właśnie ona jest głównym zagrożeniem dla naszych dobrosąsiedzkich stosunków. Nie przypadkiem początkiem kryzysu w relacjach Warszawy i Berlina była słynna rezolucja Bundestagu z 1998 r., która uznawała „wypędzenia Niemców" za sprzeczne z prawem międzynarodowym. Ta doktryna do dziś jest uzasadnieniem pojawiających się niemieckich roszczeń majątkowych wobec Polski.
Kierunek dyskusji na temat „widocznego znaku" pokazuje, że Polska przegrywa z Niemcami toczącą się dziś walkę o pamięć. To skutek eliminacji polityki historycznej z katalogu narzędzi polskiej polityki zagranicznej w latach 1990-2005. Niestety, również dziś zamiast działać, dalej dywagujemy, czy w ogóle państwo powinno się zajmować tego rodzaju problemami. Taka bierność jest naiwnością w momencie, gdy nie tylko Berlin, ale i Moskwa prowadzą wobec nas agresywną politykę historyczną. I nie chodzi wcale o to, by tworzyć własną wersję historii, ale o to, by rosyjskie i niemieckie kłamstwa nazywać po imieniu.

Benedykt Wietrzykowski
prezes Stowarzyszenia Wysiedlonych Gdynian

Miał prawie dwa lata, gdy wybuchła II wojna światowa. Z rodzicami i straszą siostrą mieszkał w willowej dzielnicy Gdyni, przy ul. Słupeckiej. Tam również jego rodzina miała sklep spożywczy. 15 października 1939 r. o piątej rano niemieccy żołnierze kazali spakować im najbardziej potrzebne rzeczy i opuścić dom, a klucze zostawić w drzwiach. W ich dzielnicy mieli zamieszkać niemieccy
oficerowie. Wietrzykowski z siostrą i matką trafił do transportu wysiedleńców. Po wielogodzinnej podróży dojechali do miejscowości Krobia w Wielkopolsce. Ojciec się ukrywał. Matka pracowała u niemieckiego gospodarza. Dziećmi opiekowała się starsza pani, u której wynajęła pokój. – Miałem aryjskie rysy, byłem blondynem, musiałem się ukrywać przed niemieckimi urzędnikami, którzy organizowali łapanki na dzieci przeznaczane do germanizacji – wspomina Wietrzykowski. Po wojnie jego rodzina wróciła do Gdyni i odzyskała sklep. Był kompletnie zdewastowany. W piwnicy, w której żołnierze zorganizowali schron, znaleźli trupy wojskowych. Wietrzykowscy odremontowali budynek i powtórnie otworzyli sklep, ale wkrótce odebrała im go komunistyczna władza.

Włodzimierz Nowak
prezes Związku Wysiedlonych Gniazdo

Gdyby nie wybuchła wojna, mieszkałby z rodzicami przy
ul. Wszystkich Świętych w Poznaniu. Ojciec był urzędnikiem państwowym, matka pielęgniarką w prywatnej klinice. W lutym 1940 r. o świcie zostali wypędzeni ze swojego mieszkania i przewiezieni do obozu przesiedleńczego przy ul. Głównej. Po dwóch tygodniach wywieziono ich do Generalnej Guberni, do wsi Biadoliny w okolicach Tarnowa, gdzie mieli pomagać rolnikom. Matka Włodzimierza Nowaka, biegle znająca niemiecki, została tłumaczką okolicznych chłopów i ich łączniczką z niemieckimi urzędami. – Urodziłem się już na wysiedleniu, w 1944 r. – mówi Włodzimierz Nowak. Do Poznania rodzina wróciła dopiero po wojnie. Udało im się odzyskać mieszkanie przy ul. Wszystkich Świętych. – Niestety, lokal został splądrowany. Rodzice wszystko musieli zaczynać od początku – wspomina Nowak. Teraz jako prezes Związku Wysiedlonych Gniazdo walczy o odszkodowanie od państwa niemieckiego za krzywdy poniesione w czasie wojny i utracony majątek. Chce, by w Poznaniu powstała fundacja, która zajmie się pomocą osobom, które straciły cały swój dobytek.

Janina Bułhak
ze Związku Wysiedlonych Ziemi Łódzkiej

Miała 12 lat, kiedy w nocy 14 stycznia 1940 r. niemieccy żołnierze otoczyli łódzkie osiedle imienia Montwiłła Mireckiego, na którym mieszkała razem z matką i pięcioletnim bratem. Pozwolono im zabrać tylko najbardziej potrzebne rzeczy. – Tamtej nocy wysiedlono całe czterotysięczne osiedle – opowiada Janina Bułhak. Kobiety i dzieci wywieziono ciężarówkami do obozu przesiedleńczego przy ul. Łąkowej. Mężczyźni dotarli tam pieszo. W obozie w 30-stopniowym mrozie, śpiąc na podłodze i niedojadając, Bułhakowie spędzili sześć tygodni. Potem specjalnym transportem wywieziono ich do Piotrkowa, skąd pieszo doszli do wsi Czarnocin, gdzie mieszkała ich rodzina. Kilkunastoletnia Janina ciężko pracowała tam w polu. Uciekając przed przymusowymi wywózkami na roboty, trafiła do częstochowskiej fabryki wiecznych piór. Pracowała po 10 godzin dziennie. Po kilku miesiącach wróciła do Tomaszowa Mazowieckiego i w miejscowym magistracie objęła posadę pomocnicy biurowej. Po wyzwoleniu Łodzi Bułhakowie wrócili do rodzinnego miasta. Ich dawne mieszkanie zostało całkowicie ogołocone ze sprzętów, dlatego przydzielono im inne, pozostawione przez przedwojennego prezydenta Łodzi.

18 lat temu wspólnie z innymi wysiedlonymi Janina Bułhak założyła Związek Wysiedlonych. Jako rekompensatę za pobyt w obozie przesiedleńczym otrzymała ok. 2,5 tys. zł z Fundacji Polsko-Niemieckie pojednanie. Po wielu latach przyznano jej status kombatanta.

Okładka tygodnika WPROST: 5/2008
Więcej możesz przeczytać w 5/2008 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 13
  • Zbig IP
    Piękne były wystąpienia w TVP3 w sobotę 02.02.08. Prof. Mariusz Muszyńskiego, red. St. Janeckiego i innych gdy mówili o faktach dotyczących wysiedleń Polaków przez Niemców. To jest skandal, że niektórzy polscy profesorowie - historycy są sprzedajni za granty i serwilistyczni wobec Niemców. Czy możecie podać nazwiska tych profesorów, którzy odmówili wzięcia udziału w audycji w TVP3? Chcę znac ich nazwiska! Trzeba ich potępiać jawnie! Panowie! Zróbcie coś aby te fakty dotarły do szerokiego ogółu społeczeństwa. Nie zrobi tego TVN, Gazeta Wyborcza, Polityka ani inne serwilistyczne wobec Niemców publikatory związane z salonem. Wywołajcie ogólnonarodową dyskusję, a Wprost niech się stanie stanowcze i agresywne wobec tych, którzy chcą zmieniać prawdę historyczną.
    • Marek Orzyłowski mo@pie.edu.pl IP
      Obronić prawdę historyczną!
      Jest sprawą oczywistą, że za niemieckie pieniądze nikt nie będzie tworzył ośrodka, świadczącego niekorzystnie o Niemcach. Nawet jeśli na początek będzie w nim, dla porządku, także o krzywnach innych narodów, wyrządzonych przez Niemców to powoli, systematycznie będą te sprawy marginalizowane.
      Daltego też nie ma sensu właczać się w tę inicjatywę. Trzeba dla obrony prawdy historycznej zająć się samemu.
      POSTULUJĘ: Należy w miejscu, w którym rozpoczła się II wojna światowa, czyli w Gdańsku, utworzyć CENTRUM PRAWDY O II WOJNIE ŚWIATOWEJ, które byłoby uzupełnieniem informacji szerzonych przez centrum berlińskie. Jeśłi tego nie zrobimy, to młodzi europejczyzcy będą niebawem pamiętali tylko to, że w czasie II wojny światowej na terenie Polski wymordowano miliony Żydów, a w wyniku tej wojny miliony Niemców zostało wypędzonych ze swoich domów.
      Jeśli sami nie zajmiemy się szerzeniem prawdy historycznej to z czasem bedziemy właśnie my pomawiani o wywołanie tej wojny, ludobójstwo i inne zbrodnie przeciw ludzkości.
      • Gon szwaba IP
        Ostatki. Folksdojcze przebieraja sie w baranie skory.
        • Slowianin IP
          Barbarzynstwo atakuje.
          • Pomorze IP
            Postawic pomnik niemieckiego bandyty.

            Spis treści tygodnika Wprost nr 5/2008 (1310)


            ZKDP - Nakład kontrolowany