Salonowiec warszawski

Salonowiec warszawski

Sybaryta, kobieciarz, konfabulator: zmarły 30 lat temu Stanisław Dygat nie schodziłby dziś z czołówek tabloidów
Tomasz Zbigniew Zapert
Wspórpracownik działu Kultura i Styl

 Miłość. Co znaczy ten dziwny wyraz, którego pełno w ludzkiej mowie i ludzkim piśmie? Miłość jest pożądaniem duszy". Tak mawiał Stanisław Dygat, autor „Jeziora Bodeńskiego”, „Pożegnań”, „Disneylandu”, czołowy przedstawiciel peerelowskiej bohemy znany ze słabości do kobiet. Zmarł 30 lat temu – 29 stycznia 1978 r. Gdyby żył, byłby królem kolorowych pism. Francuski tancerz
Jego perypetie, bon moty, a także plotki o nim, jego małżeństwie z Kaliną Jędrusik i romansach obojga stanowiły sensację towarzyską stolicy. Chimeryczny malkontent, wieczny hipochondryk popadający często ze skrajności w skrajność, plotkarz, mitoman, konfabulator, hedonista, sybaryta – takim go zapamiętano.
Był potomkiem francuskiego oficera, który osiadł nad Wisłą po odwrocie armii napoleońskiej spod Moskwy. Ojciec – Antoni – wzięty architekt międzywojnia, studia architektoniczne ukończył w Paryżu i zamierzał wrócić do ojczyzny przodków, ale przeszkodził mu w tym amor. Zakochawszy się w studentce Sorbony Jadwidze Kurowskiej, podążył za nią do Warszawy i wnet doprowadził ją do ołtarza. Wkrótce przyszedł na świat Stanisław, przyszły pisarz. Został zarejestrowany jako Francuz. Władał francuskim, podziwiał literaturę, degustował wina, ale kogut, symbol Francji, najbardziej odpowiadał mu – jak żartował – z rożna. Kiedy osiągnął pełnoletność, wcale nie wystąpił o polskie obywatelstwo. Do 1945 r. wiódł w Polsce żywot obcokrajowca. Zanim jednak u schyłku międzywojnia zaczął współtworzyć cyganerię, z niemałymi kłopotami przebrnął przez szkołę. Niesubordynowany Dygat został na drugi rok w szóstej klasie, a kiedy i to nie pomogło, przeniesiono go do słynącego z wojskowego drylu liceum pijarów, gdzie również „zimował". Maturę uzyskał dopiero jako 21-latek.
W prestiżowej Szkole Ziemi Mazowieckiej ławkę dzielił z późniejszym satyrykiem Januszem Minkiewiczem. Dzielił z nim też zamiłowania – przede wszystkim do wagarów, potem też do sportu i kobiet. Ostatecznie każdy z nich ożenił się z narzeczoną tego drugiego. Na studia Dygat poszedł – jak podkreślał – dla przyzwoitości. Najpierw, śladem ojca, architektoniczne, potem handlowe, a w końcu przeniósł się na filozofię. Tyle że nad wykłady prof. Tatarkiewicza przedkładał dansingi (w Kakadu, u Braci Front), gdzie brylował jako znakomity tancerz. Salami wykładowymi były dla Dygata kawiarnie (m.in. Sztuka i Moda czy Zodiak), zaś wykładowcami ich bywalcy: Karpiński, Gombrowicz, Dołęga-Mostowicz, Goetel. On sam przypominał eleganckiego utracjusza. Za otrzymywane regularnie od ojca „stypendium" Apolinary Siuda, krawiec przedwojennej elity dyplomatycznej, szył mu dwurzędowe garnitury, szewc Kielman obstalowywał pantofle, a modysta Cieszkowski oferował modne fasony kapeluszy.

Wrocławianin tymczasowy
Przynależność narodowa odcisnęła piętno na biografii Dygata podczas II wojny światowej. Jako obywatel Francji nie mógł wstąpić do polskiej armii, do francuskiej zaś nie chciał. Aresztowany przez Niemców jesienią 1939 r. spędził kilka dni w siedzibie gestapo w alei Szucha, gdzie traktowano go z rewerencjami, a potem został przewieziony – razem z innymi cudzoziemcami – do obozu internowania w Konstancji. Gdy w grudniu 1940 r. Niemcy rozwiązali obóz, wrócił do Warszawy i opisał swoje wojenne losy w debiutanckiej powieści „Jezioro Bodeńskie".
W okupacyjnej Warszawie pisarz nie zrezygnował ze swych przyzwyczajeń. Wciąż bywał w knajpach i nie palił się, jak wielu innych ludzi pióra, do wspomagania czynem polskiego podziemia niepodległościowego. Po wojnie zamieszkał we Wrocławiu. Władza ludowa zachęcała literatów do osiedlania się na tak zwanych ziemiach odzyskanych. Mieli legitymizować „nienaruszalne prawo Polski do tej piastowskiej krainy". W Szczecinie zamieszkali Gałczyński, Andrzejewski, Woroszylski i Wirpsza, zaś w stolicy Dolnego Śląska Dygat, dzielący poniemiecką willę z małżonką oraz rodziną Wojciecha Żukrowskiego. Na spotkaniach autorskich Dygat złorzeczył kapitalistom. Deklarował: „Cały mój trud pisarski oddam na wspieranie waszej walki z przeciwnościami stojącymi na drodze realizowania socjalizmu”. Na szczęście słowa nie dotrzymał, a w 1956 r. oddał czerwoną legitymację. Osiem lat później podpisał „List 34”. Indagowany przez partyjnego aparatczyka, dlaczego tak postąpił, odrzekł: „Bo wychowałem się na westernach”.

Miłośnik trójkątów
Na początku 1953 r. Dygat wrócił do rodzinnej Warszawy, gdzie mieszkała jego siostra Danuta (z niedawno poślubionym, młodym, ale już głośnym kompozytorem Witoldem Lutosławskim). Tymczasem małżeństwo pisarza z Władysławą Nawrocką zaczęło się psuć. Dygat poznał bowiem inną aktorkę, młodszą od siebie o 17 lat Kalinę Jędrusik. Często powtarzał, jakie to okropne, że aby się ożenić, trzeba najpierw się rozwieść. Byli z sobą przez ćwierć wieku, ale nie przestrzegali szóstego przykazania. Nierzadko za obopólną zgodą tworzyli miłosne trójkąty. „Wracam ci ja wieczorem do domu. Dzwonię – cisza, otwieram drzwi kluczem, ciemno, zapalam światło i widzę porozrzucane ciuchy Kaliny, na palcach podchodzę pod drzwi jej sypialni, cichutko przekręcam klamkę, wkładam głowę pomiędzy drzwi a futrynę i… z wrażenia omal nie mdleję – wyobraź sobie – Kalina spała sama" – opowiadał.
W salonie Dygatów bywała cała kulturalna śmietanka – aktorki: Krzyżewska, Czyżewska, Karel, Wrzesińska,Cembrzyńska; reżyserzy: Kutz, Gruza, Skolimowski, Markuszewski; aktorzy: Cybulski, Kobiela, Pawlikowski, Holoubek, Łapicki; sportowcy: Pawłowski, Woyda, Drogosz, Krzyszkowiak, Badeński, Maniak, Skonecki; muzycy: Lutosławski, Baird, Serocki, Kazanecki, Kurylewicz, Trzaskowski; pisarze: Breza, Słonimski, Stryjkowski, Rudnicki, Ścibor-Rylski, Konwicki. Tego ostatniego Dygat przez rok ignorował, ponieważ nie spodobał mu się własny portret naszkicowany przez przyjaciela w „Kalendarzu i klepsydrze".
Nie śmierdział groszem, regularnie brał zaliczki, a gdy mu ich w końcu odmawiano, przysyłał do wydawców nieletnią córkę, która prosiła o pieniądze dla tatusia. Na początku lat 50. pisał dla chleba obyczajową powieść zamieszczaną w odcinkach na łamach wrocławskiej „Gazety Robotniczej". Dziesięć lat później – pod pseudonimem Anna Tarczyńska – publikował w „Przekroju” powieść „Ze zwierzeń młodej aktorki”. Była to sensacja towarzyska, bo utwór przedstawiał warszawskie środowisko artystyczne. W postaciach można się było doszukać podobieństwa m.in. do Leopolda Tyrmanda czy Krzysztofa Komedy. Trudniej było rozszyfrować panie, choć z fabuły wynikało, że bohaterkami są studentki i absolwentki stołecznej PWST, robiące karierę przez łóżko. Także jego. W tej kwestii korzystał ponoć z pomocy żony.
29 stycznia 1978 r., kilka tygodni po kolaudacji filmu „Palace Hotel", adaptacji jego powieści „Dworzec w Monachium”, poczuł duszności. Zdążył zatelefonować do Lutosławskich, prosząc o pomoc. Kiedy ci przyjechali, już nie żył. 
Okładka tygodnika WPROST: 5/2008
Więcej możesz przeczytać w 5/2008 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Spis treści tygodnika Wprost nr 5/2008 (1310)


ZKDP - Nakład kontrolowany