Człowiek Roku 2006 - Zbigniew Ziobro

Człowiek Roku 2006 - Zbigniew Ziobro

Prokurator Polski
Jego działania sprawiły, że kończy się w Polsce klimat dla korupcji, kończy się polityczny kapitalizm. Dzięki temu, że Zbigniew Ziobro ma pełne wsparcie prezydenta, premiera i całego Prawa i Sprawiedliwości, następuje wzrost zaufania do wymiaru sprawiedliwości, umacnia się wizerunek Polski jako państwa prawa. To Zbigniew Ziobro wywarł największy wpływ na polską rzeczywistość w 2006 r. Dlatego kolegium redakcyjne tygodnika "Wprost" przyznało mu tytuł Człowiek Roku 2006

W początkach urzędowania Zbigniew Ziobro, minister sprawiedliwości, stanowczo odmawiał ochrony oficerów Biura Ochrony Rządu. Kiedy jednak trzy miesiące temu funkcjonariusze organów ścigania podsłuchali, że bandyci szukają "cyngla na ministra", nie dało się dłużej odmawiać. Wtedy premier Jarosław Kaczyński wręcz przymusił ministra do oddania się pod opiekę BOR. Ziobro nie chce mówić o prowokacjach wobec siebie ze strony mafii, choć takie się zdarzały. Niektóre były nawet bardzo przemyślne. Nie chce o nich mówić, żeby nie zachęcać innych.
Ziobro, wystawiony na prowokacje i obserwację swoich wrogów, jak ognia unika sytuacji, które mogłyby na niego rzucić cień podejrzenia. Z tego właśnie powodu praktycznie nie bywa na przyjęciach, w modnych restauracjach, a większość czasu spędza w ministerstwie. Jego współpracownicy mówią, że jest twardzielem o twarzy dziecka, co często myli jego wrogów. Paradoksów jest w życiu i zachowaniu ministra zresztą wiele. Uchodzi za sztywniaka, a potrafi robić dowcipy wprawiające współpracowników w osłupienie. Kilkakrotnie udawało mu się na przykład nabierać ich, gdy z marsową miną informował, że właśnie został aresztowany znany poseł, minister, a nawet były premier.
Zbigniew Ziobro to osoba ciesząca się dziś największym społecznym zaufaniem spośród członków rządu (65 proc. w badaniu Pentora dla "Wprost"). Premiera Jarosława Kaczyńskiego wyprzedza o 25 punktów procentowych. W ostatnich wyborach parlamentarnych uzyskał 120 188 głosów (najlepszy wynik w Polsce).

Polski Eliot Ness
Do ulubionych filmów Zbigniewa Ziobry należą "Nietykalni" Briana de Palmy. Film opowiada o grupie specjalnej agenta Eliota Nessa, utworzonej po to, by wsadzić do więzienia Ala Capone. Zespół, który Ziobro stworzył w resorcie sprawiedliwości, bardzo przypomina oddział specjalny Nessa. Nawet role zostały podzielone podobnie jak w ekipie Nessa i trochę podobnie jak w filmie de Palmy - wiceminister Andrzej Kryże odpowiada na przykład postaci granej przez Seana ConneryŐego. Ci, którzy wypominają Ziobrze jego młody wiek, powinni pamiętać, że gdy Ness postawił Ala Capone przed sądem, miał zaledwie 28 lat.
Zbigniew Ziobro wcielał się w rolę Eliota Nessa już w dzieciństwie. To wtedy w telewizji nadawano serial o amerykańskim agencie specjalnym. I jak Ness był zawadiaką. Trzykrotnie miał złamany nos - raz po pojedynku z kolegą, drugi raz po ciosie, który otrzymał podczas meczu hokejowego, po raz trzeci - po szaleńczej jeździe rowerem.
Gdy już skończył studia prawnicze, przez krótki czas spotykał się z przestępcami "pod przykryciem". Ziobro pracował wtedy jako oficer operacyjny w Głównym Inspektoracie Celnym. Chodził po cywilnemu z pistoletem na szelkach niczym agenci Nessa. Wtedy miał jeszcze za miękkie serce do walki z patologiami, bo słysząc o różnych życiowych przypadkach przestępców, nawet im współczuł. Teraz wie, że sprawiedliwość musi być surowa. W tym przypomina innego bohatera swej młodości - szefa nowojorskiej policji z czasów, gdy burmistrzem tego miasta był Rudolph Giuliani - Williama Brattona

Konspirator bez konspiracji
Zbigniew Ziobro urodził się Krakowie. Dzieciństwo i młodość spędził jednak w Krynicy, gdzie jego ojciec był lekarzem. Po synu krynickiego doktora spodziewano się, że będzie medykiem. Dlatego z zaskoczeniem przyjęto w rodzinie, że wybiera się na studia prawnicze. Być może było w tym trochę buntu wobec ojca, który jako członek krynickiej elity należał do PZPR. Zbigniew Ziobro poglądów ojca nie podzielał. Jako jedyny w klasie odmówił zapisania się do Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. Z czasem z ojcem zaczął się rozumieć lepiej. Jego niedawna śmierć była dla syna wielkim wstrząsem.
Po ojcu Zbigniew Ziobro odziedziczył kocicę przybłędę, którą zabrał z sobą do Warszawy. Ma zresztą z tego powodu wyrzuty sumienia, bo kot całe dnie spędza samotnie. W Krynicy, gdzie jego mama mieszka do dziś, ma jeszcze jednego zwierzaka - psa pasterskiego.
Zbigniewa Ziobrę ukształtował nie ojciec, lecz dziadek ze strony matki, Ryszard Kornicki. Ten oficer Armii Krajowej, antykomunista, przesiedział 10 lat w stalinowskim więzieniu we Wronkach. Gdy wprowadzono stan wojenny, wnuk nie poszedł jednak w ślady dziadka i nie zaangażował się w konspirację. Miał wtedy 17 lat. Gdyby mieszkał w Krakowie, zapewne działałby w podziemiu, a przynajmniej z nim współpracował.
Działalność polityczną zaczął - jak wtedy wielu młodych ludzi - rozklejając plakaty Komitetu Obywatelskiego przed czerwcowymi wyborami w 1989 r. W sporze między obozami Mazowieckiego i Wałęsy stanął po stronie tego pierwszego. Od popierających Mazowieckiego partii - ROAD i Unii Demokratycznej - trzymał się jednak z daleka. Wybrał Forum Prawicy Demokratycznej Aleksandra Halla. Kiedy FPD zostało wchłonięte przez UD, porzucił partyjną działalność.
Wbrew pozorom Ziobro lubi ryzyko. Wiele ryzykował, gdy jako student grał na giełdzie. Gdy inwestował tam pieniądze z kredytów, balansował na granicy plajty. Ale ryzykował, bo dzięki giełdzie w krótkim czasie zarobił na mieszkanie. Ale pieniądze stały się dla niego przyczyną kłopotów. Ktoś się zorientował, że młody prawnik jest zamożny, i zaczął go szantażować. Ziobro zgłosił się do organów ścigania, ale te były bezradne. Zabawił się wtedy w prywatnego detektywa i na własną rękę ustalił, kto mu groził. Gdy zebrał materiał dowodowy, zaniósł go prokuratorowi. Na tej podstawie sprawca stanął przed sądem.

Urodzony prokurator
Sukces prywatnego dochodzenia w sprawie szantażu sprawił, że Ziobro zdecydował się na aplikację prokuratorską. Gdy ją robił w Gliwicach, wstrząsnęła nim sprawa kobiety, której zwłoki znaleziono w śmietniku. Kobieta była znana prokuraturze - przychodziła do opiekuna jego aplikacji, błagając o pomoc. Została brutalnie zgwałcona przez konkubenta. Sąd jednak potraktował go łagodnie, zamykając tylko na rok w więzieniu. Po wyjściu mężczyzna groził kobiecie śmiercią. Zbigniew Ziobro jest przekonany, że gdyby go izolowano na 10 lat, kobieta by żyła. Podobnie jest przekonany, że sprawcy innego gwałtu powinni siedzieć w więzieniu wiele lat. - W biały dzień wciągnęli dziewczynę na budowę i gwałcili ją, używając do tego m.in butelki. Potem skatowaną wrzucili do kontenera na śmieci, grożąc, że ją zabiją. Odpowiadali z wolnej stopy - opowiada Ziobro. I właśnie wtedy postanowił, że doprowadzi do zaostrzenia kar za gwałt.
Sprawa dziewczyny znalezionej na śmietniku stała się impulsem do założenia stowarzyszenia Katon. Jego członkowie skupili się na obronie praw ofiar przestępstw oraz surowym karaniu bandytów. W Katonie Ziobro zajmował się kolejnymi ofiarami gwałtów. Usiłował pomóc dziewczynie, która w pociągu padła ofiarą brutalnego gwałtu zbiorowego. - Zamknęli nastolatkę w przedziale i brutalnie gwałcili. Kiedy pojechałem do niej do domu, spotkałem się tylko z jej matką, bo wpadała w panikę, widząc mężczyznę - mówi Ziobro.
O młodym prawniku z Krakowa zrobiło się głośno, kiedy odkrył, że w piśmie żony Jerzego Urbana - "Zły" - ukazują się makabryczne zdjęcia, które wykonywali policjanci na miejscu zbrodni. Ustalił, że materiały ze śledztw wynosiła policjantka, żona dziennikarza tygodnika "Nie". W rezultacie "Złego" zamknięto.

Człowiek Wassermanna
Do polityki Ziobrę wprowadzał Zbigniew Wassermann. To obecny koordynator służb specjalnych sprawił, że młodym prawnikiem zainteresował się Jarosław Kaczyński, a następnie Lech Kaczyński. Zaczynał jako doradca Lecha Kaczyńskiego. Szybko awansował na wiceministra w resorcie sprawiedliwości w rządzie Jerzego Buzka. Wielką popularność przyniosła mu praca w komisji śledczej ds. Rywina. Wraz z Janem Rokitą stworzyli duet śledczy, który przyćmił pozostałych członków komisji. Jego pytania doprowadziły do wybuchu Leszka Millera, który nazwał Ziobrę "zerem". Jednak w rezultacie to Ziobro okazał się zwycięzcą. Lewica, która wówczas rządziła, nie mogła się nadziwić, kiedy Sejm przyjął raport w najdalej idącej wersji zaproponowanej właśnie przez Ziobrę. "Zero" triumfowało.
Po wyborach w 2005 r. właściwie nie było takiej konstelacji politycznej, w której urząd ministra sprawiedliwości mógłby przypaść komuś innemu niż Ziobrze. Jako pierwszemu szefowi resortu udało mu się ograniczyć zjawisko, które nazywa trzęsieniem ziemi o szesnastej. Kiedy zegar wybija tę godzinę, ministerstwo trzęsie się od huku zamykanych drzwi. Przez lata urzędnicy tę godzinę uważali za święte i nienaruszalne prawo. Minister Ziobro nie wydał żadnego rozporządzenia wydłużającego dzień pracy, jednak to, że kierownictwo resortu samo pracuje znacznie dłużej, wpłynęło mobilizująco na urzędników.
Gdy zanegował geniusz polskich prawników, tak zwane autorytety manifestacyjnie rezygnowały ze współpracy z nim. Nazywano go "zwolennikiem stalinowskich metod", "prawniczym dyletantem", "człowiekiem opętanym karaniem". Argumentował, że jeśli mamy tak wybitnych prawników, dlaczego napisane przez nich kodeksy są tak wadliwe.

Mistrz public relations
Nie ma właściwie tygodnia, by opinia publiczna nie dowiadywała się o kolejnych pomysłach ministra sprawiedliwości lub kolejnych śledztwach. Sądy 24-godzinne, dozór elektroniczny skazanych, nagrywanie rozpraw, dyscyplinowanie uczestników postępowań karnych, więzienia weekendowe, wydłużenie okresu przedawnienia, przyspieszenie procedury cywilnej, rozbicie korporacji prawniczych, tańsze notariaty, konkurencja na rynku komorników, wprowadzenie instytucji lekarza sądowego, zmiana kodeksu wykroczeń, przepadek samochodu pijanego kierowcy - to tylko niektóre pomysły ministra. Do tego dochodzą spektakularne postępowania: doprowadzenie do aresztowania i wszczęcie procedury ekstradycyjnej wobec Edwarda Mazura, podejrzanego o zlecenie zabójstwa gen. Marka Papały (w tym celu Ziobro pojechał do USA, gdzie spotkał się z prokuratorem generalnym), czy błyskawiczne rozpoczęcie śledztwa w sprawie seks-afery w Samoobronie.
Zbigniew Ziobro jest skuteczny m.in. dlatego, że stworzył zespół zaufanych współpracowników. Janusza Kaczmarka, prokuratora krajowego i zastępcę prokuratora generalnego, nazywa się wręcz "cieniem Ziobry", a kiedy trzeba - "ustami ministra". To on nadzoruje najważniejsze postępowania prokuratorskie w Polsce. W 2001 r. pełnił funkcję zastępcy prokuratora generalnego, którym był wówczas Lech Kaczyński. Z kolei wiceminister Andrzej Kryże jest nazywany "jednoosobowym think tankiem" Zbigniewa Ziobry. Pracował z nim nad nowelizacją kodeksu karnego przewidującą zaostrzenie kar za najpoważniejsze przestępstwa. Jako sędzia zasłynął w połowie lat 90., wydając wyrok w sprawie przywódcy "Pruszkowa", a także prowadząc głośną sprawę FOZZ. Natomiast Jerzy Engelking, zastępca prokuratora generalnego, jest określany mianem "egzekutora Ziobry". Był m.in. oskarżycielem w sprawie serii napadów na banki. Oskarżał powiązanego z politykami SLD biznesmena Krzysztofa P. i współpracującego z nim katowickiego sędziego.
Przeciwnicy ministra twierdzą, że dobrze to uprawia on tylko public relations. Bo owszem, są zatrzymania ogłaszane na konferencjach prasowych, na przykład w aferze futbolowej, ale potem po cichu większość z zatrzymanych wychodzi. Zarzuca się Ziobrze, że w pracy sądów nie widać żadnej różnicy, a postępowania nadal są przewlekłe. Że toleruje skandaliczne wieloletnie areszty tymczasowe, jak w wypadku byłego posła AWS Marka Kolasińskiego. Że zdarzają mu się takie wpadki, jak bezzasadne zatrzymanie w obecności kamer Emila Wąsacza, ministra skarbu w rządzie Jerzego Buzka.
W rządzie Ziobro nie jest powszechnie lubiany. Nie przepadają za nim wicepremier Ludwik Dorn czy Zbigniew Wassermann. Każdy z nich też chciałby być polskim Eliotem Nessem - kosztem Ziobry. Na razie zwycięża Ziobro, także uznaniem opinii publicznej. Przeciwnicy mówią jednak, że jeśli urósł-by za bardzo, znajdzie się sposób, żeby ściągnąć go na ziemię.

Fot: Z. Furman, M. Stelmach
Okładka tygodnika WPROST: 1/2007
Więcej możesz przeczytać w 1/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 1
  • dobre :) IP
    Buhahahahahahahahaha!!!!