Wencel gordyjski - Bal przebierańców

Wencel gordyjski - Bal przebierańców

Kumple Baracka Obamy zaczynają dzień od modlitwy „Boże, przeklnij Amerykę”

Przed miesiącem gościłem w Watykanie na światowej premierze „Świadectwa". Film okazał się typowym materiałem edukacyjnym. Właściwie nie wiadomo, dlaczego zaproszono na niego ludzi dorosłych, a nie młodzież szkolną. Ciekawie zrobiło się dopiero podczas bankietu, zorganizowanego po projekcji w rzymskim Palazzo Taverna. Jeden rzut oka wystarczył, by z tłumu kardynałów i polityków wyłuskać żółto-czerwoną szatę, w jakiej zwykli chodzić kibice Jagiellonii Białystok i buddyjscy mnisi. Po bliższych oględzinach udało się stwierdzić, że właścicielem sukmany jest autentyczny, łysy jak kolano przybysz z Tybetu. Czyżby na imprezie pojawił się sam Dalajlama? Biorąc pod uwagę okoliczności, nie można było tego wykluczyć.

Kiedy pół godziny później wyszedłem z bankietu, żeby odetchnąć tytoniowym dymem, Dalajlama właśnie opuszczał dziedziniec. Otoczony postawnymi mężczyznami w garniturach mijał bramę strzeżoną przez zgrabne hostessy. Nagle zatrzymał się, podszedł do jednej z nich
i powiedział po angielsku: – Jesteś bardzo ładną dziewczyną. Hostessa się uśmiechnęła, a ja osłupiałem. Oto na moich oczach nieśmiertelna istota, której przysługuje prawo wyboru kolejnego wcielenia, prawiła komplementy najzwyczajniejszej w świecie śmiertelniczce. Zaintrygowany wybiegłem przez bramę i ruszyłem śladem Dalajlamy oraz jego świty. Nie minęło pięć minut, gdy oświecona istota zatrzymała się przy restauracyjnym ogródku. A następnie zaśmiała się rubasznie i zawołała do faceta jedzącego pizzę: – Wyglądasz całkiem jak Chuck Norris!

Nie zmyślam. Wszystko to zdarzyło się naprawdę i do dzisiaj spędza mi sen z powiek. Wprawdzie po powrocie do domu okazało się, że facet w tybetańskim stroju nie mógł być Dalajlamą, bo ten przebywał wówczas gdzie indziej, ale czy gość jedzący pizzę z całą pewnością nie był Chuckiem Norrisem? Za to już głowy nie dam. Żyjemy przecież w globalnej wiosce, gdzie każdy czuje się u siebie. Ikony popkultury są jednocześnie jej konsumentami. Nic dziwnego, że często można je zobaczyć w takich miejscach i w takich rolach, w jakich teoretycznie nie powinny występować.

Dalajlama na rzymskiej ulicy to widok egzotyczny, ale prawdopodobny. Trudniej zrozumieć nieoczekiwane zmiany miejsc, które dokonują się w świecie polityki. Na przykład co robi chłopak Carli Bruni w fotelu prezydenta Francji? Albo chłopak Władimira Putina w fotelu prezydenta Rosji? Czy bezpośrednio po ataku terrorystów islamskich na USA ktoś mógł przewidzieć, że prezydentem tego kraju zostanie Barack Hussein Obama, który urodził się jako muzułmanin, a w latach swojego pobytu w Indonezji regularnie modlił się w meczecie? Na miejscu Amerykanów zastanowiłbym się, czy zdrajca Allaha w Białym Domu nie stanie się przypadkiem doskonałym uzasadnieniem kolejnych ataków terrorystycznych. Chyba że wcześniej wróci do wiary ojców i dogada się z Osamą bin Ladenem jak muzułmanin z muzułmaninem.

Wątpliwości mnożą się jak króliki. Czy jest normalne, że najbardziej antykomunistycznym krajem na świecie będzie rządził polityk, którego kampanię do Senatu w 1995 r. finansowała partia komunistyczna? Nie mówiąc już o tym, że wśród jego kumpli roi się od marksistów, socjalistów i teologów wyzwolenia, którzy zaczynają dzień od modlitwy „Boże, przeklnij Amerykę". Przyjaciółmi Obamy są nawet członkowie organizacji Weather Underground, którzy w 1972 r. próbowali wysadzić w powietrze Pentagon. O nowym prezydencie USA można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że jest właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. A jednak potrafił tak poprowadzić kampanię wyborczą, by spodobać się większości wyborców.

Dawniej biografie polityków, ich przynależność partyjna i funkcje w państwie tworzyły spójną strukturę. Dziś życie publiczne przypomina puzzle, których elementy zostały na siłę powciskane w nieodpowiednie miejsca. Pojęcia „prawica" i „lewica” stały się umowne. Republikanie przemawiają jak demokraci, liberałowie jak socjaliści, chadecy jak feministki – i na odwrót. Czasami aż żal patrzeć, jak się poci Jarosław Gowin, próbując dopasować swoje poglądy do oficjalnego stanowiska PO.

Oczywiście byłoby znakomicie, gdybyśmy wspólnymi siłami poukładali te puzzle na nowo – z sensem. Ale najpierw Chuck Norris musiałby je rozwalić. Niestety, po powrocie z Rzymu facet jest w kiepskiej formie. Podobno włóczy się po całym Hollywood i opowiada, że rozmawiał z Dalajlamą.

Okładka tygodnika WPROST: 46/2008
Więcej możesz przeczytać w 46/2008 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Czytaj także