Panika we mgle

Panika we mgle

Kto po katastrofie chciał uciekać z Rosji? Czy kapitan Protasiuk wiedział, że w Smoleńsku będzie mgła? Dlaczego politycy PiS sądzili, że rząd chce ich internować? Przedstawiamy nieznane fakty związane z katastrofą smoleńską.
1. O czym rozmawiał kpt. Arkadiusz Protasiuk przed wylotem do  Smoleńska?

Jeszcze kilkanaście minut przed startem z warszawskiego Okęcia dowódca prezydenckiego tupolewa stał na płycie lotniska i rozmawiał z oficerem Biura Ochrony Rządu Piotrem Swędzikowskim. Z zeznań świadków złożonych w  prokuraturze wynika, że nie wyglądał na zdenerwowanego. Wszystko wskazuje na to, że kpt. Protasiuk wiedział o warunkach pogodowych w  Smoleńsku: Kpt. Protasiuk czekał na prezydenta przy trapie.

– Arek, zapraszam wieczorem na imprezę. Mam dziś urodziny – zagadnął go  Swędzikowski.

– Wszystkiego najlepszego! Dzięki za zaproszenie, jeśli wrócimy o  czasie, to chętnie wpadnę.

– Spójrz na niebo – borowiec zadarł głowę do  góry. – Jakie ładne, niebieskie.

– Oby w Smoleńsku też takie było, bo  prognozy są nieciekawe – odpowiedział Protasiuk.

Chwilę później z  Protasiukiem rozmawiał jeszcze dowódca Sił Powietrznych gen. Andrzej Błasik. Zarejestrowały to kamery przemysłowe na lotnisku. Po tej wymianie zdań Protasiuk wszedł do samolotu. Prezydent pojawił się na  lotnisku o 7.20. Silniki samolotu już pracowały. Kiedy Lech Kaczyński wchodził na pokład, meldunek o gotowości do startu złożył mu gen. Błasik. Zrobił to wbrew procedurom, które mówią, że to zadanie dowódcy statku.

Dlaczego więc zrobił to Błasik? Nie wiadomo. Niewykluczone,że między Protasiukiem a Błasikiem kilka minut wcześniej doszło do  sprzeczki dotyczącej pogody panującej w Smoleńsku. Kapitan przecież wiedział, że „prognozy są nieciekawe".

2. Jak Donald Tusk dowiedział się o katastrofie?

Informację o katastrofie przekazał mu minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski. Pierwsza wersja mówiła, że samolot się rozbił, ale  nie było wybuchu. Była 8.48, czyli siedem minut po zderzeniu prezydenckiego tupolewa z ziemią. Donald Tusk nie odbierał. Sikorski wysłał mu więc SMS. Nie mając pewności, co dokładnie się stało, napisał tylko, że „tutka" rozbiła się podczas lądowania, ale nie wiadomo, co z  pasażerami. Tusk nie zdążył tego odczytać – akurat szedł pod prysznic. O  8.55 wszystkie wątpliwości rozwiał Jerzy Bahr. Kiedy Sikorski się z nim połączył, ambasador był już przy wraku. Przekaz był szokujący: tego nikt nie mógł przeżyć. Minister kazał swojemu borowcowi por. Wojciechowi Biskotowi natychmiast łączyć go z ochroną Tuska.

– Witam, minister musi pilnie skontaktować się z premierem – Biskot zadzwonił do centrum BOR. Telefon odebrał Jarosław Urbaniak.

– Minister dostał informację, że coś się stało z prezydenckim samolotem. Awaria albo nawet się rozbił. Łącz z  premierem – odpowiedział Biskot.

Telefon odebrała Małgorzata Tusk. – Dzień dobry, Radku. Donald bierze prysznic. Coś mu przekazać czy zadzwonisz później? – spytała.

– Małgosiu, kilka minut temu napisałem Donaldowi SMS – łamiącym się głosem odpowiedział Sikorski.

– Nieważne, samolot z prezydentem się rozbił… Przekaż Donaldowi, że to, co tam napisałem, to już nieaktualne. Wygląda na to, że nikt nie przeżył.

3. Czy po katastrofie na cmentarzu w Katyniu zapanowała panika?

Tak. Do jednego z posłów PiS Edwarda Siarki zadzwonił znajomy z Polski. Zapytał, czy żyje, bo w telewizji na pasku informacyjnym właśnie widzi jego nazwisko obok nazwisk innych parlamentarzystów, którzy zginęli w  katastrofie. Siarka dostał histerii. Lamentował i bił się po głowie tak, że aż koledzy musieli go zasłonić kurtką. Żeby w telewizji nie było widać. Na cmentarzu szybko pojawiły się głosy, że przyczyną katastrofy był zamach. Plotka wzięła się z nieporozumienia.

– Proszę państwa –  dowódca Garnizonu Warszawskiego płk Andrzej Śmietana zwrócił się do osób stojących w pobliżu. Słuchało go kilkoro posłów i przedstawicieli Federacji Rodzin Katyńskich.

– Dostałem z Warszawy rozkaz skrócenia programu obchodów i przeprowadzenia jak najszybszego powrotu do Polski. Szybko doklejono do tego sensacyjną interpretację.

Ludzie szeptali między sobą: – Skoro wojsko ma nas ewakuować, to znaczy, że to był zamach. To, kto za nim stał, nasuwało się samo. Wiceszef Kancelarii Prezydenta Jacek Sasin szedł jak zahipnotyzowany. Z zamyślenia wyrwał go  nieznajomy starszy mężczyzna – dopadł go w bramie memoriału. Pewnie był z Rodzin Katyńskich, bo na ramieniu miał biało-czerwoną opaskę.

– Panie ministrze, panie ministrze – dyszał.

– To prawda, że Ruscy zestrzelili prezydenta?

4. Dlaczego Antoni Macierewicz i Arkadiusz Mularczyk chcieli jak najszybciej wyjechać z Rosji?

Kiedy informacja o katastrofie dotarła na cmentarz, Antoni Macierewicz szybko przejął nieformalne przywództwo wśród polityków PiS. Nie czekając na oficjalną decyzję o skróceniu programu uroczystości, postanowił jak najszybciej zebrać wszystkich parlamentarzystów i na własną rękę chciał organizować powrót do Warszawy. Spodziewał się dymisji rządu i  nadzwyczajnego posiedzenia Sejmu.

– Panie pośle, natychmiast wracamy do  kraju – po żołniersku zwrócił się do posła Tadeusza Woźniaka, który zorganizował wjazd parlamentarzystów PiS na katyńskie uroczystości.

– No ale, panie pośle, panie ministrze – mówił Woźniak.

– Przyjechaliśmy pociągiem specjalnym i musimy nim wrócić. Przecież nie odczepimy naszego wagonu i nie pojedziemy sami. Tak się nie da…

– Nie wiem, panie pośle. Natychmiast wracamy do kraju – Macierewicz kładł nacisk na słowo „natychmiast".

– Musimy tam być jak najszybciej. Jesteśmy w Polsce potrzebni. Nie da się wykluczyć, że i Macierewiczowi udzieliła się psychoza panująca na cmentarzu. Psychoza, którą wywołało jedno krótkie słowo krążące wśród tłumu: „zamach". W pociągu, którym uczestnicy uroczystości wracali do Warszawy, emocje buzowały. Antoni Macierewicz i  Jan Pospieszalski siedzieli w jednym przedziale.

– Zachowanie FSB przed uroczystościami nie daje mi spokoju. Po co oni nas tak pilnowali? –  rzucił ktoś.

– Słuchaj, może bali się, że a nuż komuś przyjdzie do głowy zajrzeć na lotnisko przed rozpoczęciem obchodów. Przy założeniu, że to  był zamach, to wszystko układałoby się w logiczną całość – dodał inny z  posłów.

Jednym z głównych tematów dyskusji były możliwości techniczne, jakimi dysponują rosyjskie służby specjalne. Jedna z najbardziej sensacyjnych teorii dotyczyła niewykrywalnego pola magnetycznego. Samolot po wejściu w nie miał się rozlecieć. Politycy długo zastanawiali się też, co zastaną po przekroczeniu granicy.

– Polska, do której wracamy, nie będzie już tym samym krajem – tę wypowiedzianą przez któregoś z posłów opinię podzielała większość pasażerów.

5. Co ludzie wracający z Katynia mieli robić na Dworcu Zachodnim?

Padł pomysł zorganizowania tam mszy. Jego autorem był Jan Pospieszalski, później współautor filmu „Solidarni 2010". Pociąg właśnie dojeżdżał do  Warszawy.

– Kochani – Pospieszalski nawoływał, krocząc przez cały wagon – jak wysiądziemy na Dworcu Zachodnim, możemy zorganizować polową mszę świętą. Pomódlmy się za zmarłych w tej tragicznej katastrofie. Mam kamerę, będziemy mogli uwiecznić te wyjątkowe chwile.

– Co to za pomysł? Msza na dworcu? – skrzywił się ktoś z Rodzin Katyńskich.

– Może chodzi o  to, żebyśmy się nie rozeszli – zgadywał ktoś inny.

– Nie będzie żadnej mszy na dworcu, jest dość kościołów. Jak redaktor Pospieszalski chce mieć mszę polową, to niech ją sobie sam odprawia – uciął tę dyskusję jeden z księży.

6. Kto doradził Jarosławowi Kaczyńskiemu jak najszybsze zabranie zwłok prezydenta z Rosji?

Antoni Macierewicz. W dniu katastrofy był w stałym kontakcie telefonicznym z prezesem PiS. Przez chwilę rozważał nawet odprawienie parlamentarzystów do Warszawy, a sam chciał zostać w Smoleńsku i czekać na przyjazd prezesa. U Polonii załatwił nawet samochód, którym miał odebrać Kaczyńskiego z lotniska. Prezes PiS kazał mu jednak wracać do  Warszawy. Pociąg specjalny wyruszył ze Smoleńska o godzinie 14 czasu polskiego. Dochodziła północ. Macierewicz wyszedł na korytarz zadzwonić.

– Rozmawiałem z prezesem Kaczyńskim – oświadczył po powrocie do  przedziału.

– Jest w Smoleńsku. Musi jak najszybciej odebrać Rosjanom zwłoki prezydenta. Jarosław Kaczyński nie może wrócić do Polski bez ciała.

7. Kto wpadł na pomysł, że rząd chciał wprowadzić stan wojenny i  internować polityków PiS?

Na Dworcu Zachodnim na polityków PiS czekał minister infrastruktury Cezary Grabarczyk. Chyba wyszedł na powitanie, ale ludzie – zamiast do  niego podchodzić – po prostu go omijali. Z kolei urząd miasta podstawił dla wracających z Katynia cztery przegubowe solarisy.

– Gdzie jest nasz autokar? – parlamentarzyści PiS dopytywali czekających na dworcu policjantów.

– Na drugim parkingu. To spory kawałek stąd. Podwieziemy was – funkcjonariusz wskazał na stojący przed dworcową halą sznur policyjnych fordów transitów.

– Nie trzeba – obruszył się poseł Marek Suski.

– Podstawcie nasz autokar tutaj. Poczekamy, to nie stan wojenny. Nie musicie nas od razu internować.

8. Kiedy ruszyła polityczna giełda kandydatów na prezydenta?

Trzy godziny po katastrofie. „Jarosław Kaczyński na prezydenta!" –  jeszcze przed południem w sobotę były poseł tej partii Artur Zawisza napisał do eurodeputowanego Jacka Kurskiego. Odpowiedź przyszła równie szybko: „Nie. Gilo albo Zizu". Czyli Zyta Gilowska lub Zbigniew Ziobro.

Do Jarosława Kaczyńskiego te rozważania dotarły dzień później: 11  kwietnia. W biurze PiS przy Nowogrodzkiej pojawił się prof. Andrzej Zybertowicz, były doradca tragicznie zmarłego prezydenta. – Panie prezesie, proszę przyjąć najgłębsze wyrazy współczucia. Przyniosłem panu list podpisany przez prawie wszystkich doradców śp. Lecha Kaczyńskiego. To apel o to, by znalazł pan w sobie siłę i stanął do wyborów prezydenckich. Tylko pan może dokończyć to tragicznie przerwane dzieło –  Zybertowicz położył na stole zaklejoną kopertę.

– Panie profesorze –  westchnął bezradnie prezes PiS. – Czy pan wie, jaki to wielki ból stracić brata bliźniaka?

– Nigdy nie byłem w takiej sytuacji, więc mogę tylko próbować sobie wyobrazić, jakie to straszne uczucie… –  odpowiedział zakłopotany Zybertowicz.

– Tak, ból jest niebywały –  Kaczyński zaczął przejmująco opowiadać o tym, co czuje. Na koniec niespodziewanie wrócił jednak do wyborów prezydenckich.

– Mówi pan, że  list z apelem o mój start podpisali prawie wszyscy doradcy. No dobrze, a  kto nie podpisał?

– Bugaj i Żukowski – odpowiedział zaskoczony pytaniem Zybertowicz.

9. Co mówili smoleńscy kontrolerzy kilka minut po katastrofie?

Jak-40 z dziennikarzami na pokładzie wylądował na lotnisku Siewierny 40  minut przed katastrofą. Członkowie jego załogi: por. Artur Wosztyl, por. Rafał Kowaleczko i chor. Remigiusz Muś, czekali na lądowanie prezydenckiego tupolewa. Kiedy usłyszeli nienaturalny ryk silnika oraz trzy wybuchy, huk i trzask łamiących się drzew, byli przerażeni. Próbowali się dowiedzieć od Rosjan, co się stało. W pierwszej kolejności połączyli się z wieżą na Siewiernym.

– Co z Tu-154? – spytał przez radio Muś.

– Płocho – odpowiedział drżącym głosem ktoś z wieży.

– Co płocho? Co się z nim stało? – Wyjdź na płytę.

Po chwili cała trójka była na  zewnątrz. W ich stronę szedł mężczyzna w rosyjskim mundurze. Niski i  masywny, około pięćdziesiątki. Zaraz po nim z wieży wyszedł drugi człowiek – pobiegł w kierunku wozów strażackich i karetek. – Gdzie jest tupolew? – spytał pierwszego Rosjanina Wosztyl.

– Odleciał.

– Jak odleciał? Przecież nic nie było słychać. Mężczyzna ledwo zapalił papierosa. Drżały mu ręce i mamrotał coś pod nosem.

– Już po mnie, już po mnie, to koniec…

10. Dlaczego pomagający w identyfikacji ciał Polacy udawali przed Rosjanami, że nie rozpoznają ciała prezydenta?

Rosjanie prowadzący akcję ratowniczą nie umieli odczytać polskich dokumentów porozrzucanych wśród szczątków samolotu. Z oczywistych przyczyn nie byli w stanie rozpoznać nawet dobrze zachowanych zwłok. Dlatego poprosili o pomoc sześciu polskich ochotników – pracowników ambasady i oficerów BOR. Polakom najbardziej zależało na odnalezieniu ciała prezydenta. Około 15.30 strażacy wydobyli wreszcie ciało, które mjr. Andrzejowi Rychlikowi z BOR oraz radcy ambasady Stanisławowi Łątkiewiczowi przypominało Lecha Kaczyńskiego. Można było dostrzec kolor włosów.

– Moglibyście przykryć ciało? To chyba nasz prezydent – poprosił Rosjan mjr Rychlik.

„Prezident Polszy Kaczynskij" – napisali na kartce Rosjanie, przyczepiając ją do mocno zdezelowanych noszy, na których położono ciało głowy państwa. Tymczasem Łątkiewicz dowiedział się, że do  Smoleńska leci Jarosław Kaczyński, który osobiście chce zidentyfikować brata. Choć byli pewni, że odnaleźli zwłoki prezydenta, postanowili zastosować wobec Rosjan blef. – Mówmy im, że nie jesteśmy pewni, czy to  on. Inaczej zabiorą jego ciało, zanim przyjedzie Jarosław – ustalono. Wkrótce okazało się, że Rosjanie rzeczywiście chcą przenieść zwłoki Lecha Kaczyńskiego.

– To wasz prezydent. Powinniśmy go stąd zabrać, oddać wojskowe honory i położyć w lepszym miejscu, ze specjalną ochroną – zaproponował jeden z rosyjskich śledczych.

– Lepiej niech tu zostanie do czasu przyjazdu brata. My nie mamy pewności, czy dobrze go  rozpoznaliśmy – zaprotestował konsul Łątkiewicz.

Na wszelki wypadek funkcjonariusze BOR stanęli blisko noszy. Gdy ktoś ze strażaków podchodził, protestowali.

– Eto nasz prezydent. Nie nada – krzyczeli zdecydowanie.

11. Dlaczego pracownicy smoleńskiego lotniska padli po katastrofie na  kolana?

Pierwszym dziennikarzem, który dowiedział się o katastrofie, był Wiktor Bater z Polsat News. Druga była Lidia Kelly, urodzona w Polsce amerykańska dziennikarka, pracująca w Moskwie jako korespondentka Reutersa. Oni też jako pierwsi podali informację o wypadku tupolewa. Do  Smoleńska przyjechali z katyńskiego cmentarza.

Drogę pokonali bardzo szybko, licznik w ich samochodzie wskazywał 200 km na godzinę. Podeszli jakieś 400 m od lotniska. Przy radiolatarni zobaczyli dwóch spanikowanych mężczyzn. Rosjanie przedstawili się jako obsługa lotniska, ale nie chcieli podać nazwisk. Po dłuższych namowach zaczęli nerwowo opowiadać.

– Samolot zaczepił skrzydłem o drzewo. Rozbił się w drobny mak.

– Ostrzegaliście, żeby nie lądowali? – Kilka razy. Myśleliśmy, że  odlecieli, aż nagle poczuliśmy, jak coś ścina nam antenę. Gdyby lecieli kilka metrów niżej… Z wrażenia aż padliśmy na kolana. Poczuliśmy się, jakby Bóg darował nam nowe życie. Nie wchodźcie na lotnisko, tam jest katastrofa. Wszystko obstawione, mogą nawet strzelać – ostrzegli dziennikarzy.

W tekście wykorzystaliśmy obszerne fragmenty naszej książki „Smoleńsk. Zapis śmierci", która 22 kwietnia ukaże się nakładem wydawnictwa The Facto.

Okładka tygodnika WPROST: 11/2011
Więcej możesz przeczytać w 11/2011 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 6
  • pustelnik znad Tamizy IP
    Przykro mi, ze Polacy sa tak prymitywni, mysle o tych, ktorzy pisza tak ublizajace komentarze pod adresem mediow piszacych i mowiacych o katastrofie smolenskiej. Gdyby choc troche znali historie Polski i stosunki z Rosja sowiecka i szukali w zyciu Prawdy, takze w osobistym, mowili by innym jezykiem, stawali po stronie tych, ktorzy probuja szukac i nie dawac sie oszukiwac przez rzad Pana Tuska i jego koterie. Na pewno im to na reke, ktora maczala palce w niejednym wiekszym lub mniejszym swinstwie, czy nawet zbrodni. Dlatego o katastrofie pod Smolenskiem nalezy nie tylko mowic i domagac sie prawdy, ale wolac o prawde we wszystkich instytucjach swiata tak dlugo, az sprawiedliwosci stanie sie zadosc, a winni zostana ukarani. Bo to byla zbrodnia, nie samobojczy wypadek.
    Gdyby Pan Mazowiecki tak lojalnie nie zastosowal grubej kreski wobec komuchow i samego siebie, mielibysmy dzisiaj inne oblicze Polski, nie byloby komu spiskowac, wichrzyc i kreowac katastrofe pod Smolenskiem.
    Polak z urodzenia
    • benek IP
      @obserwator---Nic z tych rzeczy.Powyżej uszu to katastrofy mają ci co się z niej ucieszyli.O katastrofie będzie głośno kilka lat i to tym głośniej im więcej szczegółów pozna polska prokuratura. To będzie frapującą historia bo dziś wiele pikantnych szczegółów jest ukrywane. Wmawiano że pilot kłócił się na lotnisku z generałem a okazało się to nieprawdą. Wiele mylnych tropów się nagłaśnia aby zmylić lub spowolnić śledztwo.Wiemy komu na tym zależy
      • fado IP
        Artykuł godny \"Komsomolskiej Prawdy\" albo co najwyżej \"GW\".
        Im bliżej 1 rocznicy - tym więcej takich haniebnych tekstów.
        To budzi tylko obrzydzenie, ale czego się spodziewać
        po tych dziennikarzynach...
        Manipulujcie dalej... ale moim zdaniem III RP i tak się już nie da obronić.
        • leonidas@amorki.pl IP
          Mam wrażenie że jakiś drugi samolot się rozbił,czy to ten z przed prawie roku?
          • OBSERVATOR IP
            PANIE redaktorze tego tematu ludzie maja
            powyzej dziurek w nosie.CZY WY nie macie naprawde
            o czym pisac? TO bylo masowe samobojstwo tak
            wszystkie madre umysly mowia tylko nie POLACY.
            MEDIA tylko wlewaja benzyne do ognia.

            Czytaj także