Wschód

Wschód

Nowa książka Andrzeja Stasiuka
Minionego lata Dżery kupił wyposażenie sklepu z pegeeru. Wszystko: lady, półki, jakieś gablotki i starodawną wagę z szalkami i wskazówką wędrującą za szkiełkiem.

Ładowaliśmy ten komunistyczny zabytek na  klepisko stuletniej łemkowskiej chałupy. Lady i półki trzeba było przeciąć. Tak były wielkie. Przez pięćdziesiąt lat stały w jednym miejscu i nikt ich nie ruszał. W osiemdziesiątym trzecim w rusińską Wielkanoc zobaczyłem je po raz pierwszy, po raz pierwszy stanąłem w  kolejce i potem stawałem już do końca, cały czas w tym znajomym zapachu. Co to było? Słodycze, cynamon, marmolada, cukier waniliowy, wędzonka, wietrzejące butelki po piwie, papierosowy dym, ciała ludzi stojących w  kolejce? Wszystko razem.
Towar przyjeżdżał we wtorki i piątki. Trzeba było przyjść znacznie wcześniej i stanąć w długiej kolejce, żeby cokolwiek dostać. Ekonomia niedoboru. Sklep należał do pegeeru i  właściwie obsługiwał tylko pracowników. Sprzedawcą był szef gospodarstwa. Większość pegeerowców nie używała na co dzień gotówki. Szef miał gruby zeszyt, w którym zapisywał imienne listy zakupów i potem odliczał przy wypłacie. Niektórzy chyba w ogóle nie oglądali pieniędzy. Po prostu pracowali i dostawali za to jedzenie, mydło, piwo. Było coś feudalnego w kolejce potulnych kobiet. Stały w milczeniu albo coś cicho mówiły. Dwie, trzy, cztery godziny. Czasu było wtedy pod dostatkiem. Towar przywoził beżowy żuk. Widać go było z dwóch kilometrów. Pojawiał się obok dawnej cerkwi i ciągnąc za sobą tuman kurzu, zaczynał zjeżdżać w dół, znikał na dwie minuty i potem pojawiał się na ostatniej półkilometrowej prostej.

Tkwiłem na końcu babskiego ogonka i czułem się jak przybłęda w tym kolektywistycznym i zarazem patriarchalnym świecie. Szef stał za ladą w granatowym kitlu i białym kaszkiecie. Wskazywał palcem to na tę, to na tamtą klientkę i przywoływał. Kolejka nie miała żadnego znaczenia. Kupowały te wskazane. Nigdy nie udało mi się rozwikłać struktury tych wyborów. Może szef nagradzał w ten sposób najlepsze pracownice? Może te, które miały najdalej do domu? A może po  prostu okazywał swoją absolutną władzę, którą w istocie nad tym ludem posiadał. Byli jego własnością. Nie mieli dokąd pójść. Tycowa miała dziewiątkę dzieci. Po chleb przychodziła z workiem, w cajgowych spodniach i bluzie, prosto od owiec albo koni. Wynosiła ten wór przez próg zgarbiona, jakby niosła ziemniaki. Czworaki stały na wzniesieniu, miała pod górę z tym tobołem. Ludzie mówili, że dodatku rodzinnego bierze więcej niż pensji. Żwirowa droga biegła środkiem osady i prócz żuka dwa razy w tygodniu przejeżdżał nią jeszcze leśniczy swoim uazem, co jakiś czas ciężarówki z drewnem i patrole straży granicznej. Nikt nie  miał samochodu. Autobus zatrzymywał się sześć kilometrów dalej. Naprawdę nie było dokąd odejść z dziewiątką dzieci. Zresztą nikt nie czekał. Stałem na końcu babskiego ogonka i czułem się jak przybłęda.

Wszystkie wiejskie sklepy tamtego czasu pachniały podobnie. W sześćdziesiątym ósmym, dziewiątym do sklepu w całkiem innej wsi też wchodziło się po  schodkach. Był wieczór, razem z zapachem z wąskiego wnętrza wydobywało się światło. Złociste i pomieszane z wonią wanilii i oranżady. Nic więcej nie pamiętam: po stromych schodkach, w lewo, ciasne pomieszczenie i koniec. Tylko zapach i światło. Przed sklepem murawa i resztki ceglanych słupów, pozostałość zabudowań dawnego folwarku. To się unosiło w powietrzu, w rozmowach: folwark, dwór, dworskie, na dworskim… Była w  tym i obcość, i coś groźnego. Samo słowo „dwór" było dudniące, niskie i  głuche. Prawie jak „grób". Wieś żyła wspomnieniem pańszczyzny, nie  zdając sobie nawet z tego sprawy. Ten „dwór” był jak wieża strażnicza, pograniczny fort wystawiony na postrach. Ludzie wciąż chodzili pracować „na dworskie”, chociaż władza ludowa podarowała im te jałowe spłachetki na własność w czterdziestym piątym czy szóstym. Przez wieś prowadziła piaszczysta droga. Nie pamiętam, by kiedykolwiek przejechał nią samochód. Kury zostawiały po sobie wygrzebane i wygrzane dołki. Gdzieniegdzie można było znaleźć wyschnięte na wiór krowie gówna. Ale  samochody nie przejeżdżały. Po prostu ich nie było w sześćdziesiątym siódmym. Komunikacja dojeżdżała tylko pod sklep i zawracała. To były ciężarówki Star albo Lublin z brezentowymi budami. O świcie zabierały robotników do warszawskich fabryk, a po południu odwoziły. Ruszały z  ulicy Wileńskiej. Siedziało się na deskach przerzuconych w poprzek paki. Wchodziło po drabince ze stalowych prętów. To chyba nic nie kosztowało. Trzydzieści kilometrów. Trzeba się było kurczowo trzymać, żeby nie  zlecieć. Wokół siedzieli sami mężczyźni. Kiedy oglądam stare kroniki, rozpoznaję ich. Kaszkiety, rozpięte pod szyją koszule, bure, kanciaste garnitury. Filmy są czarno- -białe, więc i pamięć staje się monochromatyczna. Twarze lśnią od szarego potu i dym z papierosów też jest szary. Czasami, mimo że byłem dzieckiem, pozwalali mi usiąść przy tylnej burcie. Patrzyłem, jak miasto oddala się i maleje. Jechaliśmy chyba Świerczewskiego, potem Generalską. Drewnica, Marki, Pustelnik, Struga. Miasto zanikało. Zamieniało się w miasteczko. Parterowiało. Przypadało do ziemi, żeby w końcu zamienić się w wieś ciągnącą się aż po  krawędź mapy. Tak sobie to wyobrażałem: na wschód od Warszawy były już tylko wsie albo miasta, które były jedynie zwielokrotnionymi wsiami. Domy miały jedno albo dwa piętra, ale były to raczej wiejskie chałupy ustawione jedna na drugiej. Nie przypominały kamienic. Były z drewna. Pomalowane na brązowo. Jak podłoga w domu dziadków, jak podłoga w domu wujostwa. Drewno, olejna farba i lekki skrzyp. Zawsze wchodziło się do  czegoś starego i przesiąkniętego zapachem. Pachniała ciemność i pachniał półmrok, i dopiero gdy zapaliło się światło, zapach trochę zamierał, bo  zjawiały się kształty. Ale te wnętrza nigdy nie oddzielały się od reszty świata tak jak domy w prawdziwych miastach.

Wychodziłem do szkoły o wpół do ósmej i nie miałem pojęcia, że na świecie jest komunizm. Szło się ścieżką przez akacjowy zagajnik. Potem trzeba było wspiąć się na kolejowy nasyp i  pokonać tory. Nie wiedziałem nawet, że jest socjalizm. W domu nie mówiło się o takich rzeczach, ponieważ to, w czym wszyscy braliśmy udział, było po prostu życiem i niczym więcej.

Często nocą przechodziłem wskroś pegeeru. Nigdy jednak nie miałem wizji ani nie czułem potrzeby, by coś sobie wyobrażać. Wszystko wydawało się wtedy takie oczywiste. Kolektywne pożarło indywidualne. Pożarło i teraz postękując, leżało w mroku i trawiło. Pożarło cerkwie, domy, zostawiło trochę kamieni. Te wielkie stodoły i stajnie, które mijałem w  ciemnościach, zrobiono ze świątyń i z chat. Tam, gdzie ładowaliśmy z  Dżerym kontuary i półki ze sklepu, leżały już belki, które kupił od  upadłego kołchozu parę lat wcześniej. Na niektórych wycięte były daty, trójramienne krzyże i symbole solarne. No i teraz leżały w stuletniej chałupie ocalone przed historią, najpierw przed nadejściem komunizmu, potem kapitalizmu. W każdym razie nie miałem wizji minionego, gdy nocą przechodziłem przez kołchoz. Wszystko było wyraziste jak teraźniejszość. Przyszli na nagą ziemię, na niczyje, i wybudowali swoje, które zaraz potem okazało się niczyje jeszcze bardziej. W osiemdziesiątym trzecim, w  osiemdziesiątym czwartym byli dla mnie egzotycznym plemieniem, nowym, znanym jedynie z opowieści ludem. Godzinami siedziałem pod sklepem i  popijałem piwo marcowe z browaru w Grybowie. Patrzyłem na nich i  słuchałem. Krzątali się pomiędzy stajniami, owczarniami, piętrowym magazynem z czerwonej cegły w śląskim guście, kuźnią, domami i sklepem niczym po wielkim obejściu rodzinnego domu. Tak to naprawdę wyglądało. Faceci w drelichach przysiadali na ławce, popijali marcowe i rozmawiali o maszynach, o hektarach do skoszenia, o zdarzeniach z przeszłości, w  których wszyscy mieli wspólny udział i które ich łączyły niemal tak, jak łączy pokrewieństwo. Po prostu byli nową rodziną. Plemieniem na  kolektywistycznej wyspie. Byli wcieleniem komunizmu, ba, byli samym komunizmem. Zebrani w jednym miejscu o jednym czasie zostali wyznaczeni do eksperymentu. Którejś zimowej nocy szedłem wśród ciemnych stajni i  stodół. Był mróz, wiał wiatr ze wschodu. Na pochyłym placu przy drodze stały cztery ciągniki. Ich silniki pracowały na wolnych obrotach. Pyr-pyr, pyr-pyr, pyr-pyr… Miały zbyt słabe akumulatory, żeby rano zapalić, więc po prostu w ogóle ich nie gasili. Minąłem magazyn z  czerwonej cegły, wielką stodołę złożoną ze starych chat, zacząłem wspinać się na przełęcz i już wiedziałem, że ten eksperyment jest większy niż to całe gadanie o równości, sprawiedliwym podziale dóbr, o  tym, że każdemu według potrzeb, że odebrać bogatym i dać biednym, i żeby grabić zagrabione. Tu chodziło o coś więcej, chodziło o kompletne unieważnienie materii, o jej przezwyciężenie, żeby już nigdy nie  odzyskała swojego znaczenia i żeby raz na zawsze mieć z nią spokój. Dlatego ta próba była większa niż historia i bardzo bliska geologii.

W 2006 pierwszy raz pojechałem do Rosji, bo chciałem zobaczyć kraj, w  którego cieniu upłynęło mi dzieciństwo i młodość. Chciałem również zobaczyć duchową ojczyznę mojego pegeeru. Wysiadłem na lotnisku w  Irkucku po trzynastu godzinach podróży. Lot z Moskwy miał trwać pięć godzin, ale z jakichś niewiadomych przyczyn wylądowaliśmy o poranku w  Bracku i kazali nam wychodzić. Szary deszcz padał na szary beton. Podjechał lotniskowy autobus: oszklona kabina z siedzeniami na podwoziu ziła. W oddali stał ciemnozielony las. Cement, stara blacha i wojskowa zieleń mokrych drzew w świetle świtu. Od pierwszych chwil tam, w Bracku, poczułem, że dostałem to, czego oczekiwałem, nie podejrzewając nawet, że  istnieje. Pas startowy lśnił jak martwa ryba. Potem, gdy wyszedłem przed szklany budynek terminalu, zobaczyłem, że nic wokół nie ma. Znaczy się, była jakaś szeroka szosa, jakieś budynki, plac z parkującymi autami, ale  niezbyt to wszystko istniało. Ludzie przyjeżdżali autobusami, wysiadali z aut, przybywali gdzieś z głębi, z wnętrza tej niewidzialnej reszty. Miasto leżało na południu, nad wielkim zbiornikiem wodnym. Angarę przegrodzono zaporą i woda zalała tajgę. Widzę to teraz na mapie, bo  wtedy nie ruszyłem się na krok z lotniska. Prostokąt papieru jest zielony, a gdzieś mniej więcej pośrodku jest ten zalew. Jak kleks jasnobłękitnego atramentu. Wyżej, w górze mapy, nie ma już właściwie nic poza zielenią. Czarne okruszki oznaczają oddielnyje strojenia, pojedyncze budynki. Sto kilometrów i dom, pięćdziesiąt i następny, i tak przez dwa tysiące aż do wybrzeża Oceanu Lodowatego. Ale tam, na  lotnisku, nie miałem o tym jeszcze pojęcia. Przyglądałem się Rosjanom i  spacerowałem. Musieli mnie rozpoznawać na pierwszy rzut oka. Tak jak ja bez trudu wyławiałem z tłumu paru zachodnich turystów z naszego samolotu.Przemierzali nerwowo halę i próbowali się dowiedzieć, dlaczego wylądowaliśmy tutaj, a nie w Irkucku. Rosjanie rozsiedli się na ławkach i po prostu czekali. Ja spacerowałem, ponieważ nie mogłem oderwać oczu od Bracka, od betonu, od Rosjan. Od brudnego szkła hali, od jakichś drewnianych szafek, zielonych drzwi z dykty i posadzek z lastryko. Pokonałem sześć tysięcy kilometrów i trzydzieści parę lat. Lotnisko w  Bracku było jak dworzec Warszawa Stadion, z którego odjeżdżały autobusy w stronę Węgrowa, Sokołowa i Siemiatycz. I ludzie też byli podobni. Ale  jednocześnie czułem, że spaceruję po krawędzi zamieszkanych ziem, że  dalej jest już tylko geografia. W ciasnym kiosku lali wrzątek do  plastikowych kubków i wrzucali torebki herbaty. Nie dało się tego utrzymać, nie było gdzie postawić. Przy trzech stolikach w ciemnym rogu drzemali ludzie.

Kolektywne pożarło indywidualne. Pożarło i postękując, leżało i trawiło. Pożarło cerkwie, domy, zostawiło trochę kamieni. Wielkie stodoły i  stajnie, które mijałem w ciemnościach, zrobiono ze świątyń i z chat. Tam, gdzie ładowaliśmy z Dżerym kontuary i półki ze sklepu, leżały belki, które kupił od upadłego kołchozu. Na niektórych wycięte były daty, trójramienne krzyże i symbole solarne

Jest połowa grudnia i nareszcie pada śnieg. W zimie wszystko cichnie. Minione staje się wyraziste. Zapach węglowego dymu i odgłos łopat w ciszy poranka czterdzieści lat temu na Pradze. Wtedy też robiło się cicho, gdy spadał śnieg. I ten metaliczny dźwięk na chodnikach. Albo głuchy hurgot szufli ze sklejki. Nie było plastikowego kolorowego sprzętu. Zielonych, czerwonych, niebieskich i żółtych szufli okutych aluminium. Tylko bura od wilgoci sklejka i poczerniały metal. Monochromatyczna materia. Białe,  geometryczne płaszczyzny dachów i szary dym w nieruchomym powietrzu wędrujący prosto do nieba.

Moja matka zobaczyła Rosjan w czterdziestym czwartym. Byli marynarzami. Cumowali swoje kanonierki w rozlewiskach Bugu. Rzeka często zmieniała bieg. Zielona woda stała w martwych odnogach, a potem cofała się i  pozostawały bagna. Kanonierki, kutry i pontony cumowały zapewne w  głównym nurcie niedaleko dworskich zabudowań. Marynarze mieli pasiaste koszulki. Tak jak ci z Aurory, Potiomkina i Kronsztadu. Ale nie  przynieśli rewolucyjnego wrzenia. Dziadek prowadził z nimi handel. Zanosił wódkę albo samogon i przynosił wojskowe konserwy i cukier. W  lesie poniewierały się niemieckie trupy. Ludzie pogardzali Rosjanami. Może nie marynarzami, ale wynędzniałą piechotą, która gotowała kury razem z piórami. Dziesiątki razy słyszałem tę opowieść: kury z piórami, na rękach po trzy zegarki, karabiny na sznurkach. Tak wspominała nadejście rewolucji moja matka. Tak wspominali wszyscy. W miastach i  wsiach. W mowie i w piśmie. Pragnienie tych kur i zegarków nadciągało gdzieś z głębi Eurazji, z tundry i ze stepów. To nie był żaden Marks naprawiający świat, tylko jakiś skundlony Temudżyn w pogoni za drobiem i  czasomierzami. We wsiach z drewna, wśród zagonów piachu czaił się strach przed dzikim, niepoliczonym i zachłannym, które nadciągnie, zagrabi i  puści z dymem te piachy, strzechy i drewniaki niewiele lepsze od  mongolskich jurt. Ale to nie mogło przyjść z miast, spomiędzy murowanych domów, sklepów, kościołów, tylko gdzieś z końca przestrzeni, z miejsc, gdzie ludzie zaczynają porastać sierścią i nocami wyją do czerwonego księżyca. To musiało wyruszyć stamtąd i najpierw kłusowało przez stepy na czterech łapach, by potem, w miarę jak przybliżały się nasze cywilizowane siedziby, stopniowo się prostować i w końcu stanąć na  nogach, by mieć wolne ręce do łapania kur i zakładania zegarków. Wieczorami we wsiach skręcali knoty lamp i nasłuchiwali dudnienia artylerii na wschodzie. Ziemia drżała, jakby nadciągały wszystkie konie Azji i jej wielbłądy. W końcu gasili światła i przykładali ucho do  podłóg. Mądrzejsi kopali schowki na kury i zegarki. Niektórzy myśleli, czyby odejść z Niemcami. Ale odgłos ze wschodu podobny był do pomruku Janowej bestii i wszyscy wiedzieli, że Niemiec w tych lśniących cholewach na całej ziemi nie znajdzie schronienia.

Ale potem, gdy już byłem na świecie, nigdy nie słyszałem, żeby w domu rozmawiało się o komunizmie albo o Rosjanach. Panowała geopolityczna cisza. Nie było o czym dyskutować. I matka, i ojciec opuścili swoje wsie w ramach wielkiej wędrówki wyklętych ludów. Zostali wywiedzeni z domu niewoli. Z krainy piachu, głodu i gnoju. Z terytorium wzgardy. Ze wschodu na zachód. Matka trzydzieści kilometrów, ojciec sto dwadzieścia. Ponieważ życie było gdzie indziej. Ze wschodu na zachód. Z  chamskiej wsi do pańskiego miasta. Żeby zapomnieć o niewolniczym dziedzictwie i żeby nosić buty. Do stolicy, którą patriotyczny zryw zamienił w szkielet i trzeba go było od nowa wypełnić ludzkim mięsem. Powstańcy, Hitler i komunizm pozwoliły im zdobyć metropolię. Nie doszli jednak do centrum. Zatrzymali się na przedmieściach tak jak większość plebejskiej konkwisty. Ale o tym się nie mówiło. Sprawiedliwość dziejowego szabru.

Budzę się rano i słyszę stukot ptasich dziobów. Wisząca na werandzie słonina zamarzła na kość. Bogatki, modre i mniszki próbują uszczknąć skamieniały tłuszcz. Powietrze jest zeszklone i nieruchome. Drewniana konstrukcja domu przenosi najcichsze dźwięki. Szarobłękitne światło poranka wypełnia pokój. To ten blask co w dzieciństwie, gdy była niedziela albo ferie i zostawało się dłużej w łóżku, sam na sam z  wyobrażeniami na temat przyszłych światów. W łóżku było sennie i ciepło, ale wystarczyło wysunąć dłoń, by poczuć jasny, błękitny chłód.

Parę dni temu zakopałem się w zaspach nad pegeerem. W tym miejscu droga wspina się zakosami i potem kilometr biegnie płaskim odcinkiem przez przełęcz. Dwadzieścia lat temu co tydzień wędrowałem tędy z plecakiem do sklepu, by stanąć w tej dziwnej, ni to feudalnej, ni to społecznie sprawiedliwej kolejce. W grudniu, w styczniu wracałem o zmierzchu. Zatrzymywałem się na przełęczy i patrzyłem w dół. W stajniach zapalały się światła i  zaczynał wieczorny obrządek. Piął się dym z kominów. Niebo na zachodzie płonęło jak złote lustro. Osada unosiła się niczym arka wśród bezmiarów mroku. Słychać było szczekanie psów. Z uchylonych drzwi stajni unosiła się para. Owce leżały w półmroku i przeżuwały. Ludzie pachnieli tak samo jak zwierzęta i tak samo rodzili potomstwo. Po sto pięćdziesiąt złotych za dziecko. W domach obok stajni, w tym samym zapachu. Za ścianą zaczynała się ciemność i ciągnęła kilometrami. Ale tu było ciepło i  pachniało gnojem i sianem jak w Betlejem. Ponieważ mieli się rodzić niczym nowi bogowie i zaludniać ziemię aż po najdalsze krańce.

Stawałem na przełęczy, zrzucałem plecak, patrzyłem i czułem kołysanie ciemnych wód. Oni tam karmili i poili bydlęta, potem siebie i układali się do  wczesnego snu, spokojni, że „uczyniono z nimi przymierze, gdy wchodzili do korabia z synami swymi, żonami i żonami synów". Tak było w  osiemdziesiątym szóstym. W sklepie zawsze była słonina, pasztetowa, marmolada w pięciokilowych puszkach, makaron, ryż, cukier, herbata, a w  dniach dostawy jeszcze chleb i piwo marcowe. Nigdy niczego nie  brakowało. Tak mieli obiecane. Tycowa wynosiła na plecach worek bochenków. Przechodziła przez drogę, wspinała na wzniesienie i wchodziła do domu. Kroiła kromki, smarowała, stawiała talerz i wołała dzieci. Wychodziły z półmroku i otaczały stół. Pod ścianami stało kilka sprzętów. W rogu żelazna kuchnia. Płonął w niej ogień i było ciepło.

Z Ułan-Ude do Czyty było pięćset pięćdziesiąt siedem kilometrów. Jechaliśmy w dzień elektryczką bez przedziałów. Siedem albo osiem godzin. Co jakiś czas stawaliśmy w miejscach, gdzie bezkresna zielona powłoka pękała na chwilę i wyrastały spod niej ziemiste zabudowania. Nagie drewno, eternit, płoty. Albo coś w rodzaju miasteczek. To  przypominało trochę wschodnią Polskę, dalekie Podlasie, ale rozcieńczone tym bezkresem. Stamtąd przychodzili ludzie i wsiadali. Byli dziwnie ubrani. Zwłaszcza chłopaki. Pstrokato i od Sasa do Lasa. Na tle swoich stron wyglądali jak egzotyczne ptaki. Ale to był pewnie lumpeks albo chińszczyzna. Wszystko jakieś niedobrane, niedopasowane, jakby znalezione. Z napisami, naszywkami i hasłami wszechświatowego wirtualu. Wsiadali, stawali w przejściu między wagonami, bo zaraz mieli wysiadać. Za pięćdziesiąt, za sto kilometrów. Znałem ich twarze. Zapamiętałem z  radzieckich filmów widzianych w dzieciństwie. Wcale się nie zmienili. Tyle że teraz byli kolorowi, a wtedy czarno-biali. Wtedy w kanciastych marynarkach i kaszkietach, a teraz niczym aniołowie postnowoczesnej ikonosfery. Szli przez opłotki i kartofliska, pod niebem Syberii w  dresiarskich szarawarach i kapotach ostemplowanych emblematami globalnej wspólnoty. Przez piachy po kostki w kitajskich reebokach. Stare drewno, piach i potem od razu ten postświat podróbek. Nic pomiędzy. Może pomiędzy rzeczywiście nic nie było. Ziała pustka po komunizmie, próżnia, i dlatego ta chińszczyzna, ten śmietnik, ten cud nowego egalitaryzmu puchł i się rozprężał, nie napotykając oporu. Sam miałem w kieszeni okulary słoneczne firmy Okey. Kupiłem je w Irkucku od Chińczyka za sto rubli, czyli trochę więcej niż dziesięć złotych. Nie mogłem oderwać oczu od tych chłopców w przejściu. Wyglądali tak, jakby ubierali się po  ciemku. Żółte z fioletowym. Różowe z niebieskim. Za duże. Cudze.

Fragment najnowszej książki Andrzeja Stasiuka, która ukaże się w  przyszłym roku
Okładka tygodnika WPROST: 52/2010
Więcej możesz przeczytać w 52/2010 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Spis treści tygodnika Wprost nr 52/2010 (1455)

  • Między Smoleńskiem a Big Brotherem 19 gru 2010, 12:00 Co w mijającym roku zrobiło największe wrażenie na zmysłach? Wzrok? Pewnie obraz wraku ze Smoleńska. Dźwięk – chyba wuwuzele w RPA. Dotyk – iPad. Węch – zapach ropy z wycieku BP w Zatoce Meksykańskiej. Smak? Pewnie smak najpopularniejszej u nas potrawy... 6
  • Łamanie opłatkiem i łamanie kołem 19 gru 2010, 12:00 Joachim Brudziński, jeden z frontmanów pis, ogłosił, że Donald Tusk „jest dziadowskim premierem i dlatego dzisiaj państwo polskie jest zarządzane po dziadowsku". Skąd u Brudzińskiego ta fascynacja „Dziadami"?... 10
  • Małaszyński, Rewiński i „brokeback mountain” 19 gru 2010, 12:00 Wszyscy wytykają Paulinie Papierskiej, zwyciężczyni „Tap Madl", że nie zna angielskiego. Chęć zorganizowania superintensywnego kursu dla laureatki wyraził producent Rinke Rooyens. Oj tam, oj tam – dziewczyna ma po prostu... 12
  • Tajemnice betlejemskiej nocy 19 gru 2010, 12:00 Czy Maria rzeczywiście była dziewicą? Czy Gwiazda Betlejemska to była kometa? Czego przestraszył się Herod? Ilu było mędrców – trzech, a może sześciu? I kiedy przyszli do Betlejem? 16
  • Moje najdziwniejsze święta 19 gru 2010, 12:00 Moje najdziwniejsze święta Manuela Gretkowska, Beata Pawlikowska, Artur Barciś, Władysław Bartoszewski, Paweł Althamer, Michał Ogórek, Krzysztof Krawczyk, Andrzej Żuławski, Stefan Chwin i Jan Nowicki opowiadają o swoich strasznych, dziwnych, egzotycznych, zabawnych, pamiętnych... 20
  • Szczęście już mieliśmy 19 gru 2010, 12:00 Właśnie odchodzi w przeszłość pewna epoka w polskiej polityce. Epoka niewiarygodnego wręcz fartu. Zła wiadomość jest taka, że ten fart się kończy. 26
  • Oświadczenie 19 gru 2010, 12:00 Agencja Wydawniczo-Reklamowa „Wprost" Spółka z o.o. w Warszawie, wydawca tygodnika „Wprost", oświadcza, że opublikowane w tygodniku „Wprost" w grudniu 2007 r. nr 51/52 w artykule „Taśmy Krauzego"... 33
  • Dobroczyńcy i złoczyńcy 19 gru 2010, 12:00 Jak zabijać na scenie, rozpaść się w życiu, posklejać się na podłodze i po 55 latach zobaczyć hipopotama na wolności – opowiada Anna Dymna. 34
  • Dom drży 19 gru 2010, 12:00 Wigilia u Henryki Krzywonos to małe wesele. Gdy zbiorą się wszystkie dzieci, ich żony i mężowie, wnuki, to do stołu zasiada 31 osób. A i dodatkowe miejsce jest zajęte przez niespodziewanego przybysza. 40
  • Byłeś wspaniały 19 gru 2010, 12:00 Staram się być dzielna, ale czasem się tej swojej dzielności dziwię. I zaczynam się wtedy zastanawiać, dlaczego nie płaczę od rana do wieczora. Może ze mną coś jest nie tak? Z Ewą Komorowską, wdową po wiceministrze obrony Stanisławie Komorowskim, który zginął w katastrofie... 44
  • Nowy alfabet Kisiela 19 gru 2010, 12:00 Kisiel. Czyli Tomasz Staliński. Czyli Jerzy Mrugacz. Czyli Julia Hołyńska. Kompozytor, prozaik, a przede wszystkim felietonista. Takim go znaliśmy. A jaki był prywatnie Stefan Kisielewski? Specjalnie dla Wprost „alfabet o Kisielu” przygotował jego syn Jerzy. 50
  • Przez śmierć do życia 19 gru 2010, 12:00 Popchnąć Kościół w przepaść, w którą sam zmierza. Paradoksalnie to dla niego jedyny ratunek – ocenia Tadeusz Bartoś. Bo polski Kościół zasługuje na jeszcze poważniejszą krytykę niż niedawny głośny list ojca Ludwika Wiśniewskiego. 56
  • Dusza jest w mózgu 19 gru 2010, 12:00 Lekarzowi nigdy nie wolno zwątpić. Wybitny neurochirurg Tomasz Trojanowski wie o tym dobrze, bo leczył pacjentów, którym nikt inny nie dawał już szans. 64
  • ABC książąt Podhala 19 gru 2010, 12:00 Komu nazwisko Bachleda-Curuś kojarzy się tylko z piękną Alicją, powinien odwiedzić Zakopane. Tam każdy mu powie, że klan Curusiów liczy ponad sto osób. Jest tak bogaty i potężny, że trzęsie całym Podhalem. 68
  • Justyna z Kasiny 19 gru 2010, 12:00 W zimie życie w Kasinie Wielkiej zamiera. Gdy Justyna Kowalczyk startuje w zawodach, przed telewizorami zasiadają całe rodziny. Nawet wiekowe staruszki, które nigdy sportem się nie interesowały, są teraz specjalistkami od narciarstwa biegowego. 74
  • Maratończyk 19 gru 2010, 12:00 Ta myśl pojawia się zawsze. Czasem na 20., czasem na 30., czasem na 37. kilometrze. Jakim idiotą trzeba być, żeby miesiącami skazywać się na wyrzeczenia i cierpienia tylko po to, żeby teraz móc pocierpieć jeszcze bardziej, tak do absolutnego kresu wytrzymałości. 80
  • Rodzina albo ucieczka 19 gru 2010, 12:00 Udręka, koszmar, nuda – narzeka większość polskich singli i opracowuje wymyślne strategie ucieczki od rodzinnej wigilii. Takich, którzy wigilijne spotkania lubią, jest wśród nich zaledwie garstka. Ale na koniec i jedni, i drudzy grzecznie zasiadają przy suto zastawionym... 86
  • Raz do roku w Ciechocinku 19 gru 2010, 12:00 Sylwester w Ciechocinku to dansingowe klimaty, wódeczka pod bryzola, dewolaj z zestawem surówek. Gusta muzyczne są konserwatywne, więc rock’n’roll nie cieszy się popularnością. 92
  • Straszne święta 19 gru 2010, 12:00 Czas świąt jest czasem okropnym. Zwłaszcza pod względem estetycznym i etycznym. Mówi się, że to czas rodzinny, duchowy, religijny i wspólnotowy. A to przecież czas kiczu i hipokryzji. I trudno powiedzieć – co gorsze? 96
  • Prawica czy bagno 19 gru 2010, 12:00 Nasze dwie główne partie nie są ani na prawicy, ani na centroprawicy. Obie zasiadają w bagnie. 98
  • Era możliwości 19 gru 2010, 12:00 Na naszych oczach rodzi się nowy porządek świata, ale wciąż jeszcze jest czas, by uniknąć gwałtownych wstrząsów, które zwykle towarzyszą podobnym przemianom. 100
  • Pięciu najdziwniejszych 19 gru 2010, 12:00 Może w szaleństwie jest metoda. Kaddafi, Berlusconi czy Zuma to przywódcy malowniczy do przesady. Ale wciąż są przy władzy. Czy ich ekscentryczność tylko przykrywa poważniejsze cele? 106
  • Wojna futbolowa po hiszpańsku 19 gru 2010, 12:00 Miliard ludzi na świecie obejrzał niedawne starcie Barcelony z Realem Madryt na Camp Nou. To potwierdzenie kilku tez. To nie jest wyłącznie mecz. To nie są tylko derby Europy. Tu idzie o piłkę w jej najlepszym i najbardziej globalnym wydaniu. 110
  • Gdy masz na imię Oprah 19 gru 2010, 12:00 Przez lata prowadziła najpopularniejszy program telewizyjny świata, kreowała mody, gusty, książki i gwiazdy. W Nowy Rok zainauguruje własną telewizję – Oprah Winfrey Network. Ma wszystko, chce jeszcze więcej. 114
  • To nie będzie koniec świata 19 gru 2010, 12:00 Ani rozpad strefy euro, ani hiperinflacja w Ameryce nie spowodują katastrofy w światowej gospodarce. No, może upadek Unii Europejskiej – ale ten przecież szalenie trudno sobie wyobrazić. Co nam grozi w przyszłym roku w ekonomii – opowiada prof. Witold Orłowski. 118
  • Złota wojna 19 gru 2010, 12:00 Wiele je łączy: dwie firmy z Poznania, dwie największe sieci jubilerskie w kraju. A jednak W.Kruk i Apart toczą z sobą zażartą walkę. Z wielkimi pieniędzmi w tle. 122
  • Świat w 10 osobach 19 gru 2010, 12:00 Oto subiektywny ranking 10 postaci, które były ważne dla światowej gospodarki w mijającym roku. Jedni byli po jasnej, inni po ciemnej stronie mocy. A kto gdzie był, niech czytelnik sam osądzi. 126
  • Wschód 19 gru 2010, 12:00 Nowa książka Andrzeja Stasiuka 132
  • Roman widmo 19 gru 2010, 12:00 Prawie cały rok spędził w areszcie, a jednocześnie święcił triumfy: na festiwalu w Berlinie, podczas gali Europejskich Nagród Filmowych. Roman Polański nie zostawia wątpliwości: co go nie zabije, to go wzmocni. 136
  • Hity na jeden dzień w roku 19 gru 2010, 12:00 Chwytliwa piosenka świąteczna to dla artysty interes życia, a często przepustka na wcześniejszą emeryturę. 140
  • Kultura 2010 19 gru 2010, 12:00 „Kapuściński non-fiction”, „The social network”, nowa płyta Kanye Westa. Jeśli tego nie czytaliście, nie widzieliście, nie słyszeliście, musicie szybko nadrobić zaległości. Bo zdaniem naszych recenzentów w kulturze w mijającym roku nie zdarzyło się nic... 144
  • Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy Artystom 19 gru 2010, 12:00 Po moim pierwszym od lat koncercie rozbrzęczały się brzęczyki mojej komórki, przypomnieli sobie o mnie różni ludzie, posypały się gratulacje. Pojawiły się też zachęty, bym zagrał koncerty w całej Polsce. Pierwsze konkretne oferty zasmuciły mnie jednak bardzo. 148
  • Luksus. Ten prawdziwy 19 gru 2010, 12:00 Ubrań i butów z najwyższej półki nie zobaczymy w kolorowych magazynach ani na pokazach mody w Paryżu czy Mediolanie. aby je kupić, trzeba się zapisać na specjalne listy oczekujących, a na wykonanie czekać nawet kilka miesięcy. 150
  • W poszukiwaniu luksusu 19 gru 2010, 12:00 Rynek nieruchomości z segmentu premium jest w Polsce wciąż bardzo mały i poza kilkoma dużymi miastami właściwie nie istnieje. 156
  • Auto do podziwiania 19 gru 2010, 12:00 Do czego służy samochód luksusowy? Przede wszystkim ma dostarczać przyjemności z jazdy, ale także podkreślać prestiż społeczny właściciela. do prozaicznego przemieszczania się z punktu A do punktu B są przeznaczone zwykłe auta. 158
  • Sześć gwiazdek za sześć zer 19 gru 2010, 12:00 Najbardziej kosmiczną propozycję urlopu dla bogaczy przygotowała firma Space Adventures, która organizuje komercyjne loty poza ziemską atmosferę (www.spaceadventures.com). Podróż trwa od siedmiu do kilkunastu dni i jest poprzedzona... 160
  • Tiffany. I wszystko jasne 19 gru 2010, 12:00 Jest symbolem luksusu i elegancji. jego wyroby noszą najsłynniejsze gwiazdy, a przyszłe panny młode marzą o pierścionku zaręczynowym ukrytym w charakterystycznym niebieskim pudełeczku. Od ponad 150 lat firma Tiffany & Co. urzeka jubilerskim kunsztem, przyciągając klientów o... 164
  • Sekundy, godziny, miliony 19 gru 2010, 12:00 Zawieszamy na nich wzrok kilkadziesiąt razy dziennie, tak często, że staje się to odruchem. Dla wielu noszony na reku zegarek jest niczym wierny kompan, który zawsze służy pomocą. zdarza się, że z ulubionym zegarkiem nie rozstajemy się latami, by potem go przekazać następnemu... 168
  • Szampan na Nowy Rok 19 gru 2010, 12:00 Dobrze schłodzony kieliszek szampana potrafi dokonać cudów. Wraz z cudowną lekkością bytu zyskujemy przekonanie, że coś wygraliśmy, że właśnie naprawdę zostaliśmy królami życia. 172
  • Wigilijna historya chwalebna o Bronisławie, co naród w przyszłość prowadził 19 gru 2010, 12:00 Rok miał się już ku końcowi i – jak to zwykle bywa – nadeszła zima. Lecz ta, co przyszła, była inna niż zwykle. Tak zajadła i straszliwa, że wszelkie ptactwo – w tej liczbie i gołębie, i sikory – na kość... 174
  • Są granice, których nie przekroczy"oj tam, oj tam" 19 gru 2010, 12:00 Znajomy profesor opowiadał scenkę wczasową. wyjeżdżą człowiek, nie bardzo wie, kim są sąsiedzi w pokojach, ale proszę, znak za znakiem coś się klaruje. Widzi u sąsiada „tygodnik powszechny", aha… potem niewinny żart... 176
  • Jak bałwan z bałwanem 19 gru 2010, 12:00 Relacja z pierwszego kongresu bałwanów polskich. 178

ZKDP - Nakład kontrolowany