Maratończyk

Maratończyk

Ta myśl pojawia się zawsze. Czasem na 20., czasem na 30., czasem na 37. kilometrze. Jakim idiotą trzeba być, żeby miesiącami skazywać się na wyrzeczenia i cierpienia tylko po to, żeby teraz móc pocierpieć jeszcze bardziej, tak do absolutnego kresu wytrzymałości.
Maratończycy nazywają ten moment „zderzeniem ze ścianą". To chwila, kiedy nogi nie chcą biec, płuca chcą krzyczeć, a głowa krzyczy. Albo inaczej, syczy – stań, skończ to, zejdź z trasy, nic się nie stanie, boli cię, okrutnie cię boli, zobacz, wszyscy cię wyprzedzają, każdy krok boli, a to jeszcze tyle kilometrów.

Daj spokój, nic się nie stanie. To  jest mocny głos. Więcej, on brzmi jak głos rozsądku. Bo rozsądek rzeczywiście kazałby zejść z trasy. Serce wali jak młot. Człowiek czuje, że to już jest zamach na własny organizm.

Fizjologicznie da się to dość łatwo opisać. Biegniemy, biegniemy i nagle, to zawsze dzieje się nagle, czujemy, że siły wyparowały. To moment, gdy nastąpiło odwodnienie organizmu albo wyczerpały się w nim zapasy węglowodanów. Jesteśmy jak samochód jadący na rezerwie. Gorzej – z prawie pustym bakiem. Właściwie na oparach. Silnik zaraz eksploduje albo się zatrze. I to jest właśnie ta chwila, kiedy maraton naprawdę się zaczyna. Kiedy nie wystarcza wysiłek. Kiedy trzeba siebie stłamsić, złamać. Zagryźć zęby. Ruszyć naprzód. To jest dokładnie ten moment, gdy człowiek przestaje być biegaczem i staje się maratończykiem.

W tym roku ostatni, czwarty (a w sumie mój piąty) maraton chciałem początkowo przebiec w  listopadzie w Nowym Jorku. Ale w czerwcu tuż przed maratonem w  Sztokholmie odkryłem z kolegą Tomkiem Smokowskim z Canal+, że 31 października odbędzie się w Atenach maraton dla upamiętnienia historycznego biegu sprzed 2500 lat, gdy Grek Filipides pokonał trasę z  Maratonu do Aten. Nowy Jork poczeka – zdecydowaliśmy. W tym roku to  musiały być Ateny.

Skąd ci to przyszło do głowy?

To pytanie pada najczęściej. Nie pytanie: „Jak to jest przebiec maraton?" albo „Co człowiek czuje na mecie?”. Ale najprostsze i  najbardziej logiczne pytanie: „Skąd ten pomysł?”.

Lekką atletykę uprawiałem w ogólniaku, szczerze mówiąc wyłącznie dlatego, że mój trener był też moim nauczycielem od fizyki. Na głowie miałem już matematykę, wojny na dwa fronty bym nie wytrzymał. Wysiłek fizyczny zamiast fizyki albo – dokładniej – za ulgową fizykę to była rozsądna transakcja. Trener spojrzał na mnie i postawił sprawę jasno: do długich dystansów się nie  nadajesz, na 100 nie zdążysz się nawet rozpędzić. 200 i 400 będzie w sam raz, na 400 wyplujesz płuca, ale satysfakcję będziesz miał ogromną –  powiedział. Co do płuc się nie mylił. Biegałem więc, choć biegać nie  lubiłem. Trwało to kilka lat i skończyło się razem ze szkołą. – Już nigdy nie będę biegał – powiedziałem sobie z ulgą. Przez ćwierć wieku nic nie wskazywało na to, że danego sobie słowa nie dotrzymam.

Co się stało? Najpierw był film z wakacji. I smutna konstatacja: Jezu, jak ja wyglądam. Jak hipopotam na etapie rozmyślań o hipopotamowym OFE. I  zacząłem biegać, żeby zrzucić kilka z jakichś 20 kg nadwagi. Taką miałem motywację. Żadnej innej. Za pierwszym razem przebiegłem całe 2 kilometry i stanąłem. Definitywnie. Ani kroku więcej przebiec nie mogłem. Wracałem na piechotę.

Ale potem było lepiej: z trzech tygodni biegania zrobiło się pięć, z trzech zrzuconych kilogramów – pięć. I już myślałem, że na pięciu tygodniach się skończy, ale wpadła mi do ręki „Gazeta Wyborcza". A w niej czytam rozmowy z dziennikarkami, które biegają od kilku miesięcy i właśnie zaczęły ostatni etap przygotowań do maratonu w  Poznaniu, na początku października 2008 r. Zaczęły biegać kilka miesięcy temu i za chwilę maraton? Przebiegły wszystkie! Więc można! To dlaczego nie ja? Wtedy zacząłem się przygotowywać do maratonu. Cel ustawiłem ostrożnie: Maraton Warszawski, wrzesień 2009 r., za 11 miesięcy.

Japoński pisarz Haruki Murakami, który sam biega maratony, napisał książkę pod pozornie bezsensownym tytułem „O czym mówię, kiedy mówię o  bieganiu". Trzeba zacząć od tego, że biegnąc, człowiek myśli. O  bieganiu, ale nie tylko. Biegając w czasie tych dwóch lat średnio po 5-8 godzin tygodniowo,miałem sporo czasu na myślenie. I na szukanie odpowiedzi na zasadnicze pytanie: „Właściwie dlaczego biegam maratony?”.

Bo jestem masochistą? Bo chcę zafundować sobie test wytrzymałości? Bo  tak się objawia kryzys wieku średniego? Bo chcę coś sobie/ komuś udowodnić? Żadna z odpowiedzi nie wydawała mi się sensowna, nawet jeśli w każdej było coś z prawdy. W końcu na pytanie: „Dlaczego biegam maratony?", zacząłem sobie odpowiadać tak, jak pewien himalaista odpowiedział na pytanie, dlaczego zdobywa kolejne ośmiotysięczniki. „Bo są”. Biegam więc maratony, bo są. Choć ta odpowiedź wydawała mi się tylko grą słów i wyrazem bezradności w poszukiwaniu odpowiedzi prawdziwej.

Odliczanie

Sierpień, listopad, styczeń, marzec, maj, sierpień, wrzesień –  przygotowanie do maratonu to nauka samodyscypliny. Raz upał, raz deszcz, raz mróz, raz ślisko, śnieg, błoto, mżawka – bez znaczenia, trzeba ruszyć się z domu, wyjść, zrobić swoje. Mięśnie mają dobrą, ale krótką pamięć. Odpuścisz dzień, dwa, trzy i zaczynasz znowu tak, jakbyś nie  biegał tydzień albo dwa. Czujesz to. Jest ciężej. Boli bardziej.

Szczególnie w zimie walczy człowiek z tym wrednym diabłem, który podpowiada: dziś nie, jeden dzień nic nie zmieni, zimno, daj spokój, nie  dziś, nie musisz, nie musisz… Ten głos trzeba zagłuszyć. Odpuścisz raz, dwa, siedem razy i tyjesz. Wyobraź sobie: jeden kilogram to jak jedna kilogramowa paczka cukru. Pięć kilogramów – pięć paczek. Biec maraton z  plecakiem, w którym jest pięć takich paczek? O nie, to idę biegać teraz.

Ale trening to też nauka samotności. Trzeba się do niej przyzwyczaić. Najlepiej ją polubić. Samotność maratończyka jest inna niż samotność oglądacza telewizji. Czujesz każdą sekundę odmierzaną przez kroki i  puls.

Trening to także przyzwyczajanie nóg i głowy do dystansu. Wyobraź sobie 42 kilometry. Wiele godzin biegu. Trzeba przyzwyczaić głowę do  tego dystansu, by sama myśl o nim nie masakrowała. Średnio biegam w  tygodniu 50-60 kilometrów. W tygodniach bliżej startu – 85-95 kilometrów. Pięć razy w tygodniu 12, 15, 17, 25 albo 30 kilometrów. Trzydzieści to dla mnie bardziej trening głowy niż nóg. Bo jak przebiegam 20, to 12 wydaje się zabawą, a jak biegam 30, to 42 przestaje być abstrakcją. Swego rodzaju ulga przychodzi tydzień z okładem przed maratonem. Trzeba biegać mniej i jeść inaczej. Już tylko węglowodany: pasta, pizza, lasagne, pizza, pasta. I pić, ciągle pić. Organizm potrzebuje zapasu węglowodanów i wody. Jeśli zapas jest odpowiedni, a  organizm jest właściwie wytrenowany, końcówka maratonu, nawet jeśli jest męczarnią, nie jest męczarnią potworną. I potem cierpimy krócej –  dwa-trzy, a nie cztery czy pięć dni.

31 października, Ateny, 4.00. Pobudka. Nie było tego spania dużo. Ale nie miałem, tak jak przed pierwszym maratonem w Warszawie, kilku półsennych nocy z atakami gorączki, które mijały o świcie. Wszystko, co miało być zrobione w ciągu kilku miesięcy, zostało zrobione.

Teraz już tylko rutyna, to, co zawsze przed biegiem. Do koszulki przypinamy agrafkami numer startowy (dzięki temu znajdziemy potem w internecie swoje zdjęcia). W bucie – na  sznurówkach – instalujemy elektronicznego czipa. Dzięki niemu będziemy sklasyfikowani, a komputer pokaże nasze międzyczasy (na 5., 10. i  kolejnych „okrągłych" kilometrach). Teraz dwie aspiryny. Dzięki nim mniej boli i rozszerzają się naczynia krwionośne, sercu łatwiej jest pompować krew. Po „probówce” tauryny i guarany – organizm musi być pobudzony. Szklanka rozpuszczonej glukozy – ekstra dawka węglowodanów. Maść dla dzieci Alantan, którą dokładnie trzeba wysmarować miejsca, gdzie może dojść do otarć. Raz, przed maratonem w Paryżu, o tym zapomniałem i potem tydzień nie mogłem chodzić. Jeszcze plastry na  sutki. Bez nich po godzinie czy dwóch koszulka może spłynąć krwią. I  buty. Każdy zasznurowany na dwa supły. Nie mogą się rozwiązać, bo to strata czasu i wypadnięcie rytmu. Śniadanie: żadnej kawy, bo to odwodnienie, żadnego bekonu, leży na żołądku. Herbata – tak, banan –  tak, jogurt – tak.

4.30. Jedziemy taksówką na plac Omonia. Tam przesiadka do autokarów. Ruszamy do Maratonu. Najpierw jakieś 10 kilometrów jedziemy pod górę, dobrze, w czasie biegu tu będzie z górki. Potem jakieś 16 ostro w dół – tu będzie pod górkę. Znam tę trasę. Sprawdzałem ją w komputerze, jak zawsze. Konfiguracja terenu, liczba i  wysokość wzniesień, pogoda, szczególnie temperatura i wiatr. To pomaga zaplanować bieg.

Jesteśmy w Maratonie. 5.30. Zimno. Do startu 3,5 godziny.

Start

Toi toi to przed startem instytucja najważniejsza. Nie chcesz stać tuż po starcie, zrób, co musisz, już teraz. Dwanaście tysięcy ludzi. W  Atenach to rekord. W Warszawie startują średnio 4 tys. Na tle Nowego Jorku, Londynu, Paryża czy Berlina to taki sobie tłumek. W każdym z tych miast rok w rok biegnie w maratonie około 40 tys. osób. I wszyscy uważają się za szczęściarzy. W wypadku Londynu czy Nowego Jorku zgłasza się ponad 100 tys. ludzi i niezbędne jest losowanie. Niektórzy czekają latami.

Każdy przestępuje z nogi na nogę, wszyscy się denerwują. Wreszcie strzał. Ale jeszcze nie biegniemy. Najpierw ci najlepsi, z  pierwszego rzędu, potem następna grupa, chwila przerwy i kolejna. Trzeba poczekać na swoją kolej. Aha – stoper. Trzeba go włączyć, przebiegając linię startu. Każdy przyjechał tu ustanowić jakiś rekord, pobić siebie. Stoper jest potrzebny, bo czas, który widzimy na telebimach na trasie, to czas, jaki minął od startu najlepszych. My wystartowaliśmy wiele minut później. Bieg. Ciasno. Nie narzucamy tempa. Spokojnie. Maratony biega się nogami i głową. Głowa kontroluje tempo. Jak mówią maratończycy – każdy kilometr przebiegnięty w pierwszej fazie biegu minutę za szybko to każdy kilometr w drugiej fazie przebiegnięty dwie minuty za wolno.

Czwarty kilometr biegu do Aten. Skręt w lewo. Po kilometrze biegniemy wokół kurhanu. To tu 2500 lat temu pochowano 192 Ateńczyków, którzy pod  Maratonem zginęli w bitwie z Persami. To była kluczowa bitwa dla  zachodniej cywilizacji. Gdyby Grecy przegrali, nie byłoby złotego wieku Aten i fundamentu pod nowożytne dziedzictwo kulturowe. ? propos Filipidesa, historyk Herodot o jego biegu nie wspomina. Według historyków taki wojownik, owszem, istniał i biegł, ale nie w dniu bitwy z  Maratonu do Aten, lecz kilka dni wcześniej – z Aten do Sparty, z prośbą o militarną pomoc. Przebiegł 240 kilometrów, w obie strony prawie 500, i  wrócił z obietnicą pomocy. Spartanie i tak nie zdążyli jej udzielić. Herodot pisze o czymś, co było pierwszym masowym biegiem maratońskim. Według niego do Aten ruszyło z Maratonu 11 tys. uzbrojonych żołnierzy. Biegli osiem godzin i zdążyli na odsiecz miastu godzinę przed pojawieniem się na przedmieściach Persów, którzy przybyli tam okrętami; wsiedli na nie tuż po porażce pod Maratonem.

Teraz 12 tys. ludzi, tyle że bez zbroi i w najlepszych butach do biegania, pokonuje prawie dokładnie tę samą trasę. Jest ciepło, coraz cieplej. Ale do wytrzymania, choć w słońcu, a cienia tu nie uświadczysz, jest prawie 30°C. Haruki Murakami pierwszy maraton pokonał samotnie, biegł jednak z Aten do  Maratonu, a co najważniejsze – biegł w lipcu. Wprawdzie ruszył o świcie, ale i tak spalił sobie skórę na plecach, bo biegł bez koszulki. 5., 10., 20., 25. kilometr. Utrzymuję równy rytm, choć już 10 kilometrów biegniemy ostro pod górkę. Na 26. kilometrze pytam Tomka Smokowskiego, na jaki czas biegniemy. – 3.50 z grosikami, ale spokojnie, jeszcze mamy czas spuchnąć – odpowiada.

27., 28., 30. kilometr, a kryzysu wciąż nie  ma. Nie, w Atenach nie myślałem o rekordzie życiowym. To najtrudniejszy maraton w Europie. Tu się rekordów nie bije. Cel? Taki jak zawsze – nie  przekroczyć 4 godzin. Za pierwszym razem w Warszawie pobiegłem w czasie 3 godziny 52 minuty. W kwietniu w Paryżu – 4.09, klęska, czułem się fatalnie, nie wiem, jak dobrnąłem do mety. W czerwcu w Sztokholmie –  3.57. Swój rekord chciałem pobić w Berlinie pod koniec września. I  pobiłem – 3.48.

30. kilometr. Zerkam na zegarek – 2.47. Jeśli ostatnich 12 kilometrów pobiegnę w godzinę, czyli każdy kilometr w 5 minut, będzie rekord. Przyśpieszam. Nogi strasznie bolą, ale ból mechaniczny da się pokonać.

35. kilometr. Coraz ciężej. Kolejne stanowisko z wodą. 2,5 kilometra i punkt z bananami. Nie opuszczam żadnego, woda i węglowodany, wiadomo. Z daleka widzę polską flagę. Podbiegam. Grupa polskich dzieci w  strojach krakowskich. Pozdrawiam ich po polsku, dopingują mnie z  rodzicami – dasz radę, naprzód. Doping pomaga. To wie każdy maratończyk. Tym razem mijam kolejnych biegaczy. W Paryżu wszyscy mijali mnie. Ale  akurat w maratonie wypełnia się w całości coubertinowski ideał sportu, szukający jego sensu w uczestnictwie. I tak tu jest – nikt się z nikim nie ściga, każdy ma swoich konkurentów. Słabość. Ból.

38. kilometr, to  już centrum Aten. Po obu stronach ulicy tłumy. Utrzymuję tempo. Przede mną na wzgórzu zatopiony w słońcu Akropol. Meta coraz bliżej.

42. kilometr – ostry skręt w lewo i w dół. Ludzie krzyczą. Wszyscy lecimy na  łeb na szyję. Żadnej ściany nie będzie, meta tuż-tuż. Widać zarys olimpijskiego stadionu, jeszcze z 1892 r., z czasów pierwszych nowożytnych igrzysk olimpijskich. Za chwilę ostatnia prosta, jeszcze szybciej. Przed startem był strach. I nadzieja. Potem – zmęczenie, ból, agonia. A teraz euforia. 3.47.56. Jest! Rekord. Udało się! I to w  Atenach!

Za metą dostaję medal. Jak każdy. Medal jest ważny. Potem wisi na lampie. Każdy chłopiec ma jakieś hobby. Ja zbieram medale. Jest zima, śnieg, breja. Po krótkiej przerwie znowu biegam. Plan startów już jest. Luty – Tokio. Kwiecień – Londyn. Wrzesień – Tallin. Listopad – Nowy Jork. Kończę. Idę biegać. Sluchaj w poniedziałek w popołudniowych Wydarzeniach Dnia w Radiu Zet.

Okładka tygodnika WPROST: 52/2010
Więcej możesz przeczytać w 52/2010 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 2
  • Jerzy, Nowy Jork   IP
    Gratuluje, Panie Redaktorze, odnalezienia w sobie tej pasji i pomyslu, by podzielic sie nia z czytelnikami, jak sadze, zaskoczonymi z lekka. Troche szkoda, ze ludzie slawni czy znani niemal ukrywaja sie z pokazaniem tej strony swojego zycia.
    • lukaszewicz_j@ agrotrader.com.pl   IP
      Piękny tekst,nic równie prawdziwego dawno nie czytałem.Ja swój pierwszy biegowy maraton mam cały czas przed sobą.Ale wrażenia z wysiłku trwającego około sześciu godzin w trakcie pokonywania 180 km dystansu ze średnim tętnem powyżej 160 uderzeń na minutę i spalonymi 6000 kcal w każdym z 14 przejechanych w ostatnich 2 latach maratonach rowerowych,pozwala stwierdzić,że wiem o czym jest Pański artykuł.Serdecznie pozdrawiam i do zobaczenia być może na trasie maratonu(w tym roku pobiegnę na pewno).
      Jacek Łukaszewicz Stargard Szczeciński

      Spis treści tygodnika Wprost nr 52/2010 (1455)

      • Między Smoleńskiem a Big Brotherem 19 gru 2010, 12:00 Co w mijającym roku zrobiło największe wrażenie na zmysłach? Wzrok? Pewnie obraz wraku ze Smoleńska. Dźwięk – chyba wuwuzele w RPA. Dotyk – iPad. Węch – zapach ropy z wycieku BP w Zatoce Meksykańskiej. Smak? Pewnie smak najpopularniejszej u nas potrawy... 6
      • Łamanie opłatkiem i łamanie kołem 19 gru 2010, 12:00 Joachim Brudziński, jeden z frontmanów pis, ogłosił, że Donald Tusk „jest dziadowskim premierem i dlatego dzisiaj państwo polskie jest zarządzane po dziadowsku". Skąd u Brudzińskiego ta fascynacja „Dziadami"?... 10
      • Małaszyński, Rewiński i „brokeback mountain” 19 gru 2010, 12:00 Wszyscy wytykają Paulinie Papierskiej, zwyciężczyni „Tap Madl", że nie zna angielskiego. Chęć zorganizowania superintensywnego kursu dla laureatki wyraził producent Rinke Rooyens. Oj tam, oj tam – dziewczyna ma po prostu... 12
      • Tajemnice betlejemskiej nocy 19 gru 2010, 12:00 Czy Maria rzeczywiście była dziewicą? Czy Gwiazda Betlejemska to była kometa? Czego przestraszył się Herod? Ilu było mędrców – trzech, a może sześciu? I kiedy przyszli do Betlejem? 16
      • Moje najdziwniejsze święta 19 gru 2010, 12:00 Moje najdziwniejsze święta Manuela Gretkowska, Beata Pawlikowska, Artur Barciś, Władysław Bartoszewski, Paweł Althamer, Michał Ogórek, Krzysztof Krawczyk, Andrzej Żuławski, Stefan Chwin i Jan Nowicki opowiadają o swoich strasznych, dziwnych, egzotycznych, zabawnych, pamiętnych... 20
      • Szczęście już mieliśmy 19 gru 2010, 12:00 Właśnie odchodzi w przeszłość pewna epoka w polskiej polityce. Epoka niewiarygodnego wręcz fartu. Zła wiadomość jest taka, że ten fart się kończy. 26
      • Oświadczenie 19 gru 2010, 12:00 Agencja Wydawniczo-Reklamowa „Wprost" Spółka z o.o. w Warszawie, wydawca tygodnika „Wprost", oświadcza, że opublikowane w tygodniku „Wprost" w grudniu 2007 r. nr 51/52 w artykule „Taśmy Krauzego"... 33
      • Dobroczyńcy i złoczyńcy 19 gru 2010, 12:00 Jak zabijać na scenie, rozpaść się w życiu, posklejać się na podłodze i po 55 latach zobaczyć hipopotama na wolności – opowiada Anna Dymna. 34
      • Dom drży 19 gru 2010, 12:00 Wigilia u Henryki Krzywonos to małe wesele. Gdy zbiorą się wszystkie dzieci, ich żony i mężowie, wnuki, to do stołu zasiada 31 osób. A i dodatkowe miejsce jest zajęte przez niespodziewanego przybysza. 40
      • Byłeś wspaniały 19 gru 2010, 12:00 Staram się być dzielna, ale czasem się tej swojej dzielności dziwię. I zaczynam się wtedy zastanawiać, dlaczego nie płaczę od rana do wieczora. Może ze mną coś jest nie tak? Z Ewą Komorowską, wdową po wiceministrze obrony Stanisławie Komorowskim, który zginął w katastrofie... 44
      • Nowy alfabet Kisiela 19 gru 2010, 12:00 Kisiel. Czyli Tomasz Staliński. Czyli Jerzy Mrugacz. Czyli Julia Hołyńska. Kompozytor, prozaik, a przede wszystkim felietonista. Takim go znaliśmy. A jaki był prywatnie Stefan Kisielewski? Specjalnie dla Wprost „alfabet o Kisielu” przygotował jego syn Jerzy. 50
      • Przez śmierć do życia 19 gru 2010, 12:00 Popchnąć Kościół w przepaść, w którą sam zmierza. Paradoksalnie to dla niego jedyny ratunek – ocenia Tadeusz Bartoś. Bo polski Kościół zasługuje na jeszcze poważniejszą krytykę niż niedawny głośny list ojca Ludwika Wiśniewskiego. 56
      • Dusza jest w mózgu 19 gru 2010, 12:00 Lekarzowi nigdy nie wolno zwątpić. Wybitny neurochirurg Tomasz Trojanowski wie o tym dobrze, bo leczył pacjentów, którym nikt inny nie dawał już szans. 64
      • ABC książąt Podhala 19 gru 2010, 12:00 Komu nazwisko Bachleda-Curuś kojarzy się tylko z piękną Alicją, powinien odwiedzić Zakopane. Tam każdy mu powie, że klan Curusiów liczy ponad sto osób. Jest tak bogaty i potężny, że trzęsie całym Podhalem. 68
      • Justyna z Kasiny 19 gru 2010, 12:00 W zimie życie w Kasinie Wielkiej zamiera. Gdy Justyna Kowalczyk startuje w zawodach, przed telewizorami zasiadają całe rodziny. Nawet wiekowe staruszki, które nigdy sportem się nie interesowały, są teraz specjalistkami od narciarstwa biegowego. 74
      • Maratończyk 19 gru 2010, 12:00 Ta myśl pojawia się zawsze. Czasem na 20., czasem na 30., czasem na 37. kilometrze. Jakim idiotą trzeba być, żeby miesiącami skazywać się na wyrzeczenia i cierpienia tylko po to, żeby teraz móc pocierpieć jeszcze bardziej, tak do absolutnego kresu wytrzymałości. 80
      • Rodzina albo ucieczka 19 gru 2010, 12:00 Udręka, koszmar, nuda – narzeka większość polskich singli i opracowuje wymyślne strategie ucieczki od rodzinnej wigilii. Takich, którzy wigilijne spotkania lubią, jest wśród nich zaledwie garstka. Ale na koniec i jedni, i drudzy grzecznie zasiadają przy suto zastawionym... 86
      • Raz do roku w Ciechocinku 19 gru 2010, 12:00 Sylwester w Ciechocinku to dansingowe klimaty, wódeczka pod bryzola, dewolaj z zestawem surówek. Gusta muzyczne są konserwatywne, więc rock’n’roll nie cieszy się popularnością. 92
      • Straszne święta 19 gru 2010, 12:00 Czas świąt jest czasem okropnym. Zwłaszcza pod względem estetycznym i etycznym. Mówi się, że to czas rodzinny, duchowy, religijny i wspólnotowy. A to przecież czas kiczu i hipokryzji. I trudno powiedzieć – co gorsze? 96
      • Prawica czy bagno 19 gru 2010, 12:00 Nasze dwie główne partie nie są ani na prawicy, ani na centroprawicy. Obie zasiadają w bagnie. 98
      • Era możliwości 19 gru 2010, 12:00 Na naszych oczach rodzi się nowy porządek świata, ale wciąż jeszcze jest czas, by uniknąć gwałtownych wstrząsów, które zwykle towarzyszą podobnym przemianom. 100
      • Pięciu najdziwniejszych 19 gru 2010, 12:00 Może w szaleństwie jest metoda. Kaddafi, Berlusconi czy Zuma to przywódcy malowniczy do przesady. Ale wciąż są przy władzy. Czy ich ekscentryczność tylko przykrywa poważniejsze cele? 106
      • Wojna futbolowa po hiszpańsku 19 gru 2010, 12:00 Miliard ludzi na świecie obejrzał niedawne starcie Barcelony z Realem Madryt na Camp Nou. To potwierdzenie kilku tez. To nie jest wyłącznie mecz. To nie są tylko derby Europy. Tu idzie o piłkę w jej najlepszym i najbardziej globalnym wydaniu. 110
      • Gdy masz na imię Oprah 19 gru 2010, 12:00 Przez lata prowadziła najpopularniejszy program telewizyjny świata, kreowała mody, gusty, książki i gwiazdy. W Nowy Rok zainauguruje własną telewizję – Oprah Winfrey Network. Ma wszystko, chce jeszcze więcej. 114
      • To nie będzie koniec świata 19 gru 2010, 12:00 Ani rozpad strefy euro, ani hiperinflacja w Ameryce nie spowodują katastrofy w światowej gospodarce. No, może upadek Unii Europejskiej – ale ten przecież szalenie trudno sobie wyobrazić. Co nam grozi w przyszłym roku w ekonomii – opowiada prof. Witold Orłowski. 118
      • Złota wojna 19 gru 2010, 12:00 Wiele je łączy: dwie firmy z Poznania, dwie największe sieci jubilerskie w kraju. A jednak W.Kruk i Apart toczą z sobą zażartą walkę. Z wielkimi pieniędzmi w tle. 122
      • Świat w 10 osobach 19 gru 2010, 12:00 Oto subiektywny ranking 10 postaci, które były ważne dla światowej gospodarki w mijającym roku. Jedni byli po jasnej, inni po ciemnej stronie mocy. A kto gdzie był, niech czytelnik sam osądzi. 126
      • Wschód 19 gru 2010, 12:00 Nowa książka Andrzeja Stasiuka 132
      • Roman widmo 19 gru 2010, 12:00 Prawie cały rok spędził w areszcie, a jednocześnie święcił triumfy: na festiwalu w Berlinie, podczas gali Europejskich Nagród Filmowych. Roman Polański nie zostawia wątpliwości: co go nie zabije, to go wzmocni. 136
      • Hity na jeden dzień w roku 19 gru 2010, 12:00 Chwytliwa piosenka świąteczna to dla artysty interes życia, a często przepustka na wcześniejszą emeryturę. 140
      • Kultura 2010 19 gru 2010, 12:00 „Kapuściński non-fiction”, „The social network”, nowa płyta Kanye Westa. Jeśli tego nie czytaliście, nie widzieliście, nie słyszeliście, musicie szybko nadrobić zaległości. Bo zdaniem naszych recenzentów w kulturze w mijającym roku nie zdarzyło się nic... 144
      • Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy Artystom 19 gru 2010, 12:00 Po moim pierwszym od lat koncercie rozbrzęczały się brzęczyki mojej komórki, przypomnieli sobie o mnie różni ludzie, posypały się gratulacje. Pojawiły się też zachęty, bym zagrał koncerty w całej Polsce. Pierwsze konkretne oferty zasmuciły mnie jednak bardzo. 148
      • Luksus. Ten prawdziwy 19 gru 2010, 12:00 Ubrań i butów z najwyższej półki nie zobaczymy w kolorowych magazynach ani na pokazach mody w Paryżu czy Mediolanie. aby je kupić, trzeba się zapisać na specjalne listy oczekujących, a na wykonanie czekać nawet kilka miesięcy. 150
      • W poszukiwaniu luksusu 19 gru 2010, 12:00 Rynek nieruchomości z segmentu premium jest w Polsce wciąż bardzo mały i poza kilkoma dużymi miastami właściwie nie istnieje. 156
      • Auto do podziwiania 19 gru 2010, 12:00 Do czego służy samochód luksusowy? Przede wszystkim ma dostarczać przyjemności z jazdy, ale także podkreślać prestiż społeczny właściciela. do prozaicznego przemieszczania się z punktu A do punktu B są przeznaczone zwykłe auta. 158
      • Sześć gwiazdek za sześć zer 19 gru 2010, 12:00 Najbardziej kosmiczną propozycję urlopu dla bogaczy przygotowała firma Space Adventures, która organizuje komercyjne loty poza ziemską atmosferę (www.spaceadventures.com). Podróż trwa od siedmiu do kilkunastu dni i jest poprzedzona... 160
      • Tiffany. I wszystko jasne 19 gru 2010, 12:00 Jest symbolem luksusu i elegancji. jego wyroby noszą najsłynniejsze gwiazdy, a przyszłe panny młode marzą o pierścionku zaręczynowym ukrytym w charakterystycznym niebieskim pudełeczku. Od ponad 150 lat firma Tiffany & Co. urzeka jubilerskim kunsztem, przyciągając klientów o... 164
      • Sekundy, godziny, miliony 19 gru 2010, 12:00 Zawieszamy na nich wzrok kilkadziesiąt razy dziennie, tak często, że staje się to odruchem. Dla wielu noszony na reku zegarek jest niczym wierny kompan, który zawsze służy pomocą. zdarza się, że z ulubionym zegarkiem nie rozstajemy się latami, by potem go przekazać następnemu... 168
      • Szampan na Nowy Rok 19 gru 2010, 12:00 Dobrze schłodzony kieliszek szampana potrafi dokonać cudów. Wraz z cudowną lekkością bytu zyskujemy przekonanie, że coś wygraliśmy, że właśnie naprawdę zostaliśmy królami życia. 172
      • Wigilijna historya chwalebna o Bronisławie, co naród w przyszłość prowadził 19 gru 2010, 12:00 Rok miał się już ku końcowi i – jak to zwykle bywa – nadeszła zima. Lecz ta, co przyszła, była inna niż zwykle. Tak zajadła i straszliwa, że wszelkie ptactwo – w tej liczbie i gołębie, i sikory – na kość... 174
      • Są granice, których nie przekroczy"oj tam, oj tam" 19 gru 2010, 12:00 Znajomy profesor opowiadał scenkę wczasową. wyjeżdżą człowiek, nie bardzo wie, kim są sąsiedzi w pokojach, ale proszę, znak za znakiem coś się klaruje. Widzi u sąsiada „tygodnik powszechny", aha… potem niewinny żart... 176
      • Jak bałwan z bałwanem 19 gru 2010, 12:00 Relacja z pierwszego kongresu bałwanów polskich. 178

      ZKDP - Nakład kontrolowany