Komu służy Kwaśniewski

Komu służy Kwaśniewski

Polscy politycy stają się za granicą kamerdynerami obcych interesów
"Amerykanie osaczają Rosję" - wypalił przed tłumem rosyjskich dziennikarzy Gerhard Schröder. Władimir Putin nie zawiódł się na swym przyjacielu, byłym kanclerzu, dziś dozorcy na budowie bałtyckiego gazociągu. Co więcej, Schröder - za pośrednictwem rosyjskich mediów - pouczył Angelę Merkel, że "rząd Niemiec powinien wykorzystać dobre kontakty z Waszyngtonem i odwieźć USA od budowy tarczy antyrakietowej w Polsce i Czechach".
Już po powrocie do kraju Schröder zaatakował Warszawę, że „z bardzo egoistycznych powodów" chce uniemożliwić pociągnięcie rury z Rosji do Greifswaldu, i przyłożył Brukseli za występowanie w roli „zakładnika antyrosyjskiej polityki Polski". Wypowiedzi największego lobbysty rosyjskich interesów nie powinny dziwić. W zdumienie może wprawić to, że w sukurs przychodzi mu Aleksander Kwaśniewski i inni znani polscy politycy.

Pochlebca Schrödera
3 października podczas wręczenia przyznawanej w Berlinie z okazji rocznicy zjednoczenia Niemiec nagrody Kwadryga, którą w tym roku odbierze Gerhard Schröder, jego laudatorem, czyli głównym pochlebcą (żeby nie powiedzieć kamerdynerem), ma być właśnie były prezydent RP. Jak z dumą podkreślają organizatorzy uroczystości
z Verein Werkstatt Deutschland, będzie to „oznaka niemiecko-polskiej przyjaźni w ciężkich czasach".
Kwadrygą są w Niemczech obdarzane „wybitne osobistości, których pionierski duch i zaangażowanie przyczyniły się do przełomu i odnowy". Dorobek Schrödera jest zaiste imponujący: od rujnowania sojuszu Europy z USA przez podważanie celowości istnienia NATO po wzmacnianie więzów przyjaźni z Rosją poprzez – by wspomnieć słowa kanclerz Merkel – „lekceważenie i uprawianie polityki ponad głowami Polaków". Do szczególnych dokonań Schrödera można jeszcze dorzucić spłodzenie z prezydentem Jakiem Chirakiem konstytucyjnego bubla dla UE, unieważniającego korzystne dla Polski ustalenia z Nicei, czy to, że Schröder jako pierwszy kanclerz RFN zaszczycił swą obecnością zjazd ziomków, na którym prosił członków Związku Wypędzonych o cierpliwość i umożliwienie jego rządowi załatwienia ich roszczeń „po swojemu".

Polityczna próchnica
Były kanclerz RFN i były prezydent RP występują dziś w roli ambasadorów bratniej pomocy. Aleksander Kwaśniewski chciał być prezydentem wszystkich Polaków, a został prezydentem wszystkich Niemców. Schröder skwapliwie skorzystał z jego rady udzielonej w kuriozalnym wywiadzie dla „Vanity Fair" i po powrocie do kraju powtórzył na konferencji w Kolonii, że „ciche dreptanie wobec Polski jest chybione". To bardzo poręczny argument dla Angeli Merkel. Tylko czy były prezydent Polski powinien aż tak dbać o interesy Niemiec i szefowej rządu tego kraju? Skrucha Kwaśniewskiego po zawartej w wywiadzie sugestii zaostrzenia postawy Niemiec wobec Polski nie ma już żadnego znaczenia. Jego ostrzeżenia, że sukces wyborczy PiS spowoduje „zdemolowanie wszelkich standardów polityki", czy wyznanie winy wobec Niemców, iż uniknęlibyśmy bilateralnych problemów, gdyby jako prezydent
uzgodnił swe poparcie dla interwencji wojskowej USA w Iraku z partnerami z UE – poszły w świat. Tak jak wcześniej poszło w świat z lubością powtarzane za granicą przez byłego szefa dyplomacji, europosła Bronisława Geremka porównanie sytuacji w Polsce do Orwellowskiego „Folwarku zwierzęcego". Potem były tegoż Geremka pochwały dla europarlamentarzystów za potępienie rzekomego rasizmu, antysemityzmu i wrogości Polaków wobec obcokrajowców. Był też apel byłego prezydenta Lecha Wałęsy w „La Repubblica" o „obronę zagrożonej w Polsce demokracji" i chwalenie się w „Der Spiegel", jak to wylał Kaczyńskich z kancelarii, bo to niedojdy i zakompleksione durnie. A trzeba dodać do tego gościnne eseje w europejskiej prasie Adama Michnika itd., itp. Przez robienie politycznej przepierki poza granicami nasi politycy stali się współautorami opinii o Polsce jako kraju rządzonym przez „faszystów i paranoików" („Guardian") czy „jadowitych kurdupli dojących unię” („Bild”). Według „Courrier International”, naszym państwem trzęsą „skrajnie prawicowe rządy braci K.”. Trwa tu ponadto „polowanie na czarownice” oraz „era makkartyzmu w wydaniu Kaczyńskich” („Die Zeit”) i odbywa się „gwałcenie demokracji” („El Pais”). Zagraniczni dziennikarze nie musieli się nawet silić na zbieranie opinii u źródła. „Opiniodawcy” sami się zgłaszali. Jesienią 2005 r. przyjechał specjalnie do Brukseli szef SLD Wojciech Olejniczak, aby ponarzekać na kryzys demokracji w Polsce, gdzie zagrożone są prawa mniejszości seksualnych, religijnych, etnicznych i... kobiet. A Mateusz Piskorski
z Samoobrony na konferencji Axis for Peace, zorganizowanej przez europejskich lewaków, wyraził „wstyd za polskie władze" z powodu wysłania kontyngentu naszych żołnierzy do Iraku. Efekty postponowania własnego kraju przez naszych polityków na wyjeździe widoczne są nie tylko w europejskich mediach. Po przeniesieniu walki z ustawą lustracyjną przez prof. Geremka na forum Parlamentu Europejskiego przewodniczący frakcji Zielonych Daniel Cohn-Bendit skomentował: „Polski rząd posługuje się stalinowskimi i faszystowskimi metodami". Antypisowska histeria udzieliła się nawet szefowi frakcji liberałów Brytyjczykowi Grahamowi Watsonowi, który nawoływał Polaków do bojkotowania własnego rządu. Wśród obrońców uciśnionych obywateli RP nie zabrakło europosła z RFN Martina Schulza. „Polski rząd jest jawnym zaprzeczeniem europejskich wartości" – perorował ów polityk, kierujący frakcją socjaldemokratów. W tym kontekście aż dziw bierze, że niektórzy polscy politycy zdetronizowani przez wyborców do tej pory nie otrzymali azylu politycznego w Niemczech. Niedawna propozycja Václava Havla, by przebieg wyborów w Polsce kontrolowali zagraniczni obserwatorzy, nie jest przejawem postępującej sklerozy byłego prezydenta Czech, lecz zaawansowanej próchnicy politycznej wśród naszych rodzimych graczy.

Pedagogika brukselska
Wśród nielicznych, którzy wykazali przytomność umysłu, znalazł się brytyjski „The Times". „Jeszcze nic takiego antyeuropejskiego prezydent kartofel nie zrobił" – konstatował komentator brytyjskiego dziennika. Nasze „kartofle" okazały się ciężkostrawne zwłaszcza w RFN, gdyż ośmielają się głośno mówić o polskich interesach. Lewicowy wiceprzewodniczący Bundestagu Wolfgang Thierse z SPD uważa wręcz, że rząd PiS „specjalnie rozdmuchuje niezgodę z Niemcami". A Steven Bastos z Niemieckiego Towarzystwa Polityki Zagranicznej antycypuje, że poprawa stosunków Polski z RFN będzie możliwa jedynie pod warunkiem zdobycia władzy przez Platformę Obywatelską.
Powrót do czasów, gdy o sprawach istotnych dla naszego kraju decydowało się w innych stolicach, jak w wypadku eurokonstytucji, byłby na rękę nie tylko Niemcom – zgodnie z zasadą: im gorszy obraz Polski, tym słabsza jej pozycja. Choć były ambasador Andrzej Byrt zadziwił swą krytyką nawet polityków RFN, chętnie przytaczali opinię o „błędach w rzemiośle" rządu w Warszawie, jaką wygłosił po odwołaniu z Berlina. Jeśli po takim PR w wydaniu naszych przedstawicieli nie doszło do międzynarodowej izolacji Polski za granicą, to tylko z uwagi na złe doświadczenia UE z przeszłości. Gdy w 2000 r. Jörg Haider zdołał wprowadzić do rządu swą Partię Wolności (FPÖ), przewodząca wówczas
w UE Portugalia wystąpiła o sankcje dyplomatyczne wobec Austrii. Nie bez wpływu na tę decyzję były wezwania liberalnego środowiska w Wiedniu. Zamrożenie kontaktów i niedopuszczanie rządu Austrii do głosu w sprawach europejskich trwało osiem miesięcy. Efekt tej kary zaskoczył Brukselę – zamiast zmaleć, społeczne poparcie dla rządzącej koalicji wzrosło. Unia zrozumiała lekcję i nie sięgnęła więcej po ten instrument w stosunku do innych państw. Kilka razy była jednak o krok od takich postanowień. Gdy jesienią 2005 r. PiS wygrało wybory, w brukselskich kuluarach rozległo się dopominanie o utemperowanie naszego kraju, a po powstaniu koalicji z Samoobroną i LPR liberalni politycy otwarcie wzywali do „odstawienia Polski na boczny tor". Parlament Europejski zastanawiał się też poważnie nad ostracyzmem wobec słowackiego rządu, gdy rok temu koalicję stworzyły lewicowy Smer i uważany za populistyczny SNS. Skończyło się na połajankach kilku europosłów. „Niepokój" w unijnych kręgach pojawia się za każdym razem, gdy w którymś z krajów do władzy dochodzi prawica. Tak było m.in. z Włochami po zwycięstwie Silvia Berlusconiego czy z Czechami, gdy premierem został Mirek Topolánek, a prezydentem uważany za eurosceptyka Václav Klaus.

Pobożne życzenie
W dokopywaniu rządowi w Warszawie na unijnym forum przodował premier Luksemburga Jean-Claude Juncker. Zbeształ on Polskę za to, że ośmieliła się zgłosić zastrzeżenia do eurokonstytucji oraz za stosunek do Niemców. „Polskie władze wyrządzają krzywdę samym Niemcom i unii" – stwierdził w czerwcu 2007 r. Obecnie Junckera pochłonęła sytuacja w Belgii, gdzie mimo upływu kilku miesięcy od wyborów nie powstał rząd. W wewnętrzne sprawy naszego kraju kilkakrotnie ingerował Parlament Europejski. Choć w Polsce syn rabina mógł pełnić funkcję szefa dyplomacji, a działacze żydowscy nie potrzebują bodyguardów – podczas gdy np. w RFN po niedawnym zranieniu nożem rabina we Frankfurcie nad Menem Centralna Rada Żydów w Niemczech zastanawia się, czy członkowie ich gmin „nie powinni się ukrywać" – adresatem rezolucji europosłów piętnującej antysemityzm i homofobię stali się… Polacy. Rzecz jasna, także nasz kraj nie jest wolny od patologii. Jeśli jednak dzisiaj nasi politycy płaczą nad skrzywionym wizerunkiem kraju za granicą, mają w tym swój wielki udział. Choć w Brukseli nikt poważnie nie potraktował wezwania Havla, który ukształtował sobie obraz dzisiejszej Polski na podstawie alarmistycznych tonów byłych dysydentów PRL, wielu unijnych polityków wykorzystało to jako pretekst do kolejnego szturmu na PiS. Krytyka Havla przez Jana Zahradila, członka prezydium chadeckiej Grupy Europejskiej Partii Ludowej i Europejskich Demokratów, przeszła niezauważona. Nic dziwnego. Jak mawiał Theodor Heuss, dziennikarz i pierwszy powojenny prezydent Niemiec, „polityka nie może zdominować kultury, to kultura powinna cechować politykę". W wypadku Polski to na razie wyłącznie pobożne życzenie.



KWAŚNIEWSKI Z BRZYTWĄ
Nie można obciążać polsko-niemieckich stosunków stereotypami. Wykorzystywanie takich stereotypów i jednoczesna modernizacja kraju nie są możliwe, to tylko cofa Polskę
Reuters, sierpień 2007

Pod rządami braci Jarosława i Lecha Kaczyńskich Polska mogła stać się międzynarodowym pośmiewiskiem z powodu anachronicznego konserwatyzmu premiera i prezydenta
Reuters, sierpień 2007

Mam nadzieję, że Polska weźmie sobie do serca ważne słowa przewodniczącego Komisji Europejskiej [José Manuela] Barroso, że solidarność europejska nie jest ulicą jednokierunkową
„Die Presse", czerwiec 2007

Lustracja to bolszewicka taktyka. Jakie to smutne w kraju Jana Pawła II
„La Repubblica", maj 2007

W naszym kraju rozbrzmiewają na nowo niezrozumiałe w Europie slogany. Międzynarodowy wizerunek Polski nie tylko został zaciemniony, ale także popsuty. Nie można nadszarpywać prestiżu i pozycji osiągniętych po 1989 roku
„Corriere della Sera", maj 2007

Wiem, kto mnie informował o rzekomej sytuacji w [Iraku]: Colin Powell. Na tej podstawie weszliśmy do wojny. Za błędne informacje nie odpowiada Polska, lecz rząd USA.
„Der Tagesspiegel", listopad 2006

Okładka tygodnika WPROST: 38/2007
Więcej możesz przeczytać w 38/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”

Czytaj także

 0

Czytaj także