Niedolustrowani

Niedolustrowani

Ośmiu z listy 500
Buyer, Wilman, Ogrodnik, Robert, Roman, Sizo i Krac - tak według dokumentów z archiwów IPN brzmią kryptonimy znanych polityków lewicy i Samoobrony. W ostatnich latach uniknęli oni lustracji. Jak ustalił "Wprost", mimo obciążających ich zapisów ewidencyjnych, rzecznik interesu publicznego nie zdecydował się na poddanie ich procesowi lustracyjnemu. Powód? W teczkach tych polityków, zwykle niekompletnych lub nawet całkowicie zniszczonych, nie ma na tyle silnych dowodów agenturalnej współpracy, by wystarczyły one sądowi lustracyjnemu do uznania tych osób za kłamców lustracyjnych. W wielu wypadkach prokurator lustracyjny liczył, że być może w przyszłości znajdą się zaginione materiały, które wyjaśnią sprawę ich rzekomej bądź rzeczywistej współpracy.
Akta "agentów z listy Kurtyki" dowodzą, jak ułomne były dotychczas procedury lustracyjne. Jedyną uczciwą formą lustracji jest pełne otwarcie archiwów IPN

Lustracja obywatelska
Sprawa nie zlustrowanych polityków, którzy mogli współpracować z SB, odżyła kilka tygodni temu, kiedy prezes IPN Janusz Kurtyka ogłosił, że archiwiści instytutu sporządzili spis około 500 nazwisk osób, które "kreują się bądź występują w roli autorytetów, a nie mają do tego prawa". W mediach natychmiast pojawiły się spekulacje, że na liście są głównie politycy lewicy. Według Informacyjnej Agencji Radiowej, chodzi m.in. o Dariusza Rosatiego, Longina Pastusiaka, Romana Jagielińskiego, Andrzeja Brachmańskiego, Jacka Piechotę, Zbigniewa Siemiątkowskiego i Sławomira Wiatra. W prasowych spekulacjach pojawiło się też nazwisko posła Janusza Maksymiuka (Samoobrona). Po ujawnieniu nazwisk z domniemanej listy Kurtyki politycy opozycji (głównie lewicy) zaczęli grzmieć, że IPN dopuszcza się bezprawnych przecieków. Tyle że ten zarzut jest absurdalny.
Ustawa o IPN wprowadza powszechny dostęp do materiałów bezpieki dotyczących osób, które pełnią bądź pełniły funkcje publiczne. Oznacza to, że każdy obywatel, spełniając określone procedury, może przejrzeć w czytelni IPN dokumenty dotyczące wszystkich wymienionych osób. Trybunał Konstytucyjny, odbierając dostęp do archiwów dziennikarzom i naukowcom, nie uchylił powszechnego dostępu do teczek polityków. Dziennikarze "Wprost" skorzystali z tego trybu. Przejrzeliśmy teczki ośmiu polityków, którzy w prasowych spekulacjach pojawiali się na "liście Kurtyki". Z materiałów wynika, że niemal wszyscy oni powinni się przynajmniej wytłumaczyć ze swojej przeszłości.

Rosati przy winie
Najobszerniejsze zachowane materiały dotyczą Dariusza Rosatiego, eurodeputowanego SDPL i byłego ministra spraw zagranicznych. O jego proces lustracyjny kilkakrotnie upominał się publicznie Antoni Macierewicz, były likwidator WSI. Z dokumentów wynika, że Rosati został pozyskany do współpracy w lutym 1978 r. i zarejestrowany jako TW Buyer. Zgodził się, bo chciał wyjechać do Nowego Jorku na roczne stypendium w Citibanku. Jego oficer prowadzący nazywał się Larecki, ale w USA przejął go miejscowy rezydent wywiadu PRL o pseudonimie Hus. W trakcie rocznego pobytu odbyto z Buyerem 12 spotkań, m.in. w winiarni przy Metropolitan Ave.
Początkowo z Rosatim wiązano spore nadzieje - esbek zapisał, że stypendysta "w kontaktach z naszą służbą jest bezpośredni, wykazywał duże zainteresowanie pomocą w realizacji zadań. Poważnie potraktował zlecone mu zadania i fakt współpracy". Bezpieka zleciła mu prowadzenie wywiadu ekonomicznego, rozpracowywanie spotkanych w USA osób ze sfer biznesu i polityki, a także tropienie współpracowników amerykańskich służb specjalnych. "Rosati został pozyskany na bazie patriotycznej. Wykorzystane zostały przy tym jego niezrealizowane ambicje działania na odcinku zagranicznym" - zanotował esbek. Kiedy jednak Rosati znalazł się już w USA, zaczął się od współpracy wymigiwać. "Podjęte przez Husa próby ustawienia współpracownika po linii zadań naszego pionu nie przyniosły rezultatów. Pomimo bardzo dobrego uplasowania, Buyer nie realizował powierzonych mu zadań. Wykazywał brak inicjatywy i nieuzasadnioną obawę przed dekonspiracją. () Jego roczny pobyt na stypendium oraz współpracę z naszą służbą należy ocenić negatywnie" - napisał ppor. M. Pociecha. Po powrocie ze stypendium w marcu 1979 r. SB próbowała jeszcze nawiązać kontakt z Rosatim. Tym razem przyszły szef MSZ już wprost odmówił współpracy.
Czy Rosati nie powinien mieć sobie nic do zarzucenia? Na początku pobytu w USA brał udział w prelekcjach organizowanych przez antykomunistyczne organizacje polonijne, m.in. Polski Instytut Naukowy w Nowym Jorku i Stowarzyszenie Dziennikarzy Polsko-Amerykańskich. Z dokumentów wynika, że przekazywał z nich ustne relacje, choć wywiad nie był nimi specjalnie zainteresowany. Hus odnotował jednak, że "jedna jego notatka została wykorzystana operacyjnie".

Dwie twarze Pastusiaka
Obszerne materiały SB dotyczą byłego marszałka Senatu Longina Pastusiaka. Według ewidencji, został pozyskany do współpracy 24 maja 1985 r. i zarejestrowany jako TW Wilman. Pastusiak figurował jako tajny współpracownik do grudnia 1989 r. Ale kontakty z bezpieką miał już wcześniej i to - co ciekawe - początkowo jako osoba rozpracowywana. Wszystko zaczęło się od stypendium Fundacji Forda, na które w 1957 r. wyjechał do USA. W sierpniu 1959 r. do MSW dotarł nadany w Nowym Jorku anonim, z którego wynikało, że Pastusiak jest agentem amerykańskiego wywiadu. Bezpieka potraktowała tę informację serio, tym bardziej że w marcu 1960 r. zza oceanu przyszedł drugi anonimowy list podobnej treści. W dodatku jeden z uczelnianych kolegów Pastusiaka zdawał się potwierdzać te podejrzenia, zwracając swemu oficerowi prowadzącemu uwagę, że Pastusiak wrócił ze stypendium nowym samochodem, a po drodze nie wiadomo po co zatrzymał się w Niemczech. Bezpieka zaczęła sprawdzać Pastusiaka. Wykonano nawet specjalistyczne badania donosów, które wykazały, że oba anonimy napisano na tej samej maszynie. W końcu uznano, że Pastusiak jest niewinny i że ktoś po prostu próbował mu zaszkodzić.
Bezpieka zorientowała się jednak, że młody naukowiec może się stać cennym współpracownikiem. Już wtedy znał francuski, niemiecki, angielski i rosyjski. 28 marca 1960 r. oficer operacyjny zanotował: "Do wysuniętej przeze mnie propozycji udzielania nam informacji o turystach zachodnich, z którymi będzie miał kontakt z racji pracy w Orbisie, ustosunkował się pozytywnie. Pastusiaka Longina należy podjąć na kontakt i zarejestrować w ewidencji operacyjnej jako kontakt służbowy. W przyszłości może stać się wartościową jednostką agenturalną". Czy się stał? Z tego okresu zachowały się trzy przypisane Pastusiakowi (ale przez niego nie podpisane) donosy agenturalne przyjęte przez oficera podpisanego "Grabowski". Noszą daty 20 lipca 1960, 13 sierpnia 1960 i 9 czerwca 1960 i zawierają informacje o spotkanych turystach z Zachodu. Jeszcze mniej wiadomo o współpracy Pastusiaka z SB w latach 80. Z dokumentów wynika tylko, że TW Wilman spotykał się ze swym oficerem prowadzącym o nazwisku Jurzak raz na miesiąc. Miał za zadanie "utrzymywanie kontaktów z dyplomatami państw krajów kapitalistycznych oraz zbieranie informacji o sytuacji społeczno-politycznej w kraju". Zachowało się też odręczne zobowiązanie Wilmana do zachowania w tajemnicy kontaktów z pracownikiem MSW (z 24 kwietnia 1985 r.).

Konfesjonał dla Siemiątkowskiego
Sporo informacji zawierają teczki Zbigniewa Siemiątkowskiego (SLD), ostatniego szefa Urzędu Ochrony Państwa, a w latach 2002-2004 szefa Agencji Wywiadu. Od października 1979 r. do maja 1981 r. był zarejestrowany przez SB jako kontakt operacyjny Sizo. Kontakt operacyjny to świadome i tajne osobowe źródło informacji bezpieki, które jednak nie dostało statusu TW. Często wynikało to z tego, że KO był członkiem PZPR. Zdarzało się, że kontakt operacyjny nie miał pseudonimu, rzadziej brał wynagrodzenie za współpracę, często nie musiał też podpisywać zobowiązania.
Czy Siemiątkowski ma się z czego tłumaczyć? Z materiałów IPN wynika, że nie był cennym źródłem informacji. "W czasie 1979-1980 odbyto z wymienionym sześć spotkań, w trakcie których nie uzyskano praktycznie żadnych wartościowych informacji. Ostatnie spotkanie odbyto w dniu 12 grudnia 1980. Próby ponownego kontaktu z wymienionym czynione trzykrotnie w okresie grudzień 1980 - maj 1981 przyniosły wynik negatywny" - odnotował ppor. Jarosław Kupryński.
Na początku bezpieka wiązała jednak z Siemiątkowskim spore nadzieje. "Podstawą werbunku była dobrowolność i patriotyczny obowiązek członka PZPR w udzielaniu nam pomocy" - notował por. J. Głowacki. Siemiątkowski, wówczas student Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych i I sekretarz oddziałowej organizacji partyjnej studentów, spotykał się z esbekiem w warszawskich kawiarniach, m.in. w popularnej wówczas Telimenie. "Pod koniec rozmowy poruszony był problem języka. Siemiątkowski uczy się niemieckiego i uważa, że w przypadku zmobilizowania swych sił zakończyłby tę naukę pod koniec studiów. Zaproponowałem mu pomoc materialną w tej nauce, na co przystał z wyraźnym zadowoleniem" - notował por. Głowacki.
Kolejne spotkanie z Siemiątkowskim por. Głowacki odbył 12 grudnia 1980 r. w kawiarni Ewa. Siemiątkowski skarżył się na "szykany", jakie spotykają go ze strony działaczy opozycyjnego NZS. Okazało się, że na uniwersytecie kolportowany jest m.in. dedykowany Siemiątkowskiemu wiersz o radzieckich czołgach, a także plakat przedstawiający radzieckiego żołnierza z podpisem: "Szczęśliwych świąt, towarzyszu Siemiątkowski". Głowacki zanotował: "Sizo nie oczekiwał ode mnie żadnego ustosunkowania się do tej sprawy. Jak twierdzi, chciał po prostu się przed kimś wyżalić".

Ogrodnik, Robert i Krac
Z bardzo zdekompletowanych akt IPN wynika, że Roman Jagieliński, wicepremier i minister rolnictwa w rządach Józefa Oleksego i Włodzimierza Cimoszewicza, w marcu 1981 r. został zarejestrowany jako TW Ogrodnik. SB w Piotrkowie Trybunalskim odnotowała, że został pozyskany dobrowolnie w celu rozpracowania indywidualnego sektora rolniczego i wiejskiej Solidarności. Sam Jagieliński w rozmowie z "Wprost" odmówił komentarza w tej sprawie. Nic natomiast nie wynika z zachowanych w IPN materiałów dotyczących Andrzeja Brachmańskiego, wiceszefa MSWiA w rządach Millera i Belki. Bezpieka zarejestrowała go 25 czerwca 1985 r., jednak być może jako figuranta, a więc osobę rozpracowywaną.
Zkolei Jacka Piechotę, posła SLD i ministra gospodarki w rządzie Belki, w maju 1984 r. zarejestrowano jako współpracownika Roberta. Nie jest jasne, czy nadano mu status TW czy KO. W listopadzie 1989 r. jego dokumenty zostały zniszczone, o czym świadczy adnotacja: "Proszę wyprowadzić z ewidencji operacyjnej Wydziału I Biura C z wycofaniem kart EO-4. Powyższe podyktowane jest pozycją zawodową i społeczną zajmowaną przez wymienionego. Teczki pracy i personalia zostały zniszczone we własnym zakresie. Proszę o wycofanie zapisów ewidencyjnych". Co oznaczają tajemnicze słowa "zniszczone we własnym zakresie"? Że nie dokonano oficjalnego brakowania akt. A więc oficer prowadzący mógł je po prostu zabrać do domu. Z samym Piechotą, mimo usilnych starań, nie udało nam się skontaktować.
Równie niewiele wiadomo o Januszu Maksymiuku, wiceszefie Samoobrony, i Sławomirze Wiatrze, który w rządzie Millera odpowiadał za informację europejską. Maksymiuk zarejestrowany jako TW Roman otrzymał numer rejestrowy 46734 w RUSW w Oleśnicy. 12 września 1989 r., a więc już w czasach rządów Tadeusza Mazowieckiego, skreślono go z listy agentów z powodu odmowy współpracy. W IPN jest też informacja o zniszczeniu jego materiałów. Wiele wskazuje jednak na to, że część dokumentów dotyczących go została zniszczona dopiero w latach 90, bo w 1992 r. Maksymiuk znalazł się na tzw. liście Macierewicza. Sejm powołał wtedy specjalną komisję badającą lustrację w wykonaniu Antoniego Macierewicza. - Pamiętam, że wśród dokumentów, które dostaliśmy z MSW, była kompletna teczka Maksymiuka. Nie mogę jednak ujawnić, co w niej było - mówi "Wprost" Władysław Serafin, wówczas PSL-owski wiceszef komisji. - Oczywiście, że miałem kontakty z oficerami SB, co tydzień do mnie przyjeżdżali - mówi dziś "Wprost" Maksymiuk. - Byłem wtedy szefem kombinatu, ale nie działałem w opozycji, więc nikt mnie nie werbował. Pytali tylko o sytuację w pracy, o nastroje, o zachowania pracowników. Żadnego zobowiązania nie podpisałem - zapewnia wiceprzewodniczący Samoobrony.

Jeszcze mniej informacji zachowało się o Sławomirze Wiatrze. 17 stycznia 1979 r. został zarejestrowany jako kontakt operacyjny Krac (pod numerem rejestracyjnym 54937) w I Wydziale MSW. Jego oficerem prowadzącym był por. Zenon Giemza. Wiatr w sierpniu 2002 r. przyznał się do współpracy z bezpieką. Mimo nacisków opozycji Leszek Miller nie odwołał go wtedy z rządu.

Kulawa lustracja
Przebadane przez "Wprost" akta nie zlustrowanych polityków lewicy, którzy w spekulacjach medialnych pojawili się jako "agenci z listy Kurtyki", dowodzą, jak kulawe były dotychczas procedury lustracyjne. Niemal wszyscy opisani politycy wielokrotnie się tłumaczyli, że przeszli procedury lustracyjne, w związku z czym ich przeszłość jest bez zarzutu. Z drugiej strony, suche procedury sądowe nie pozwalają pokazać rzeczywistego rozmiaru współpracy, złożonych motywacji agentów, a często także niejednoznaczności ich postawy.
Ani umieszczenie opisanych polityków na pozbawionej komentarza liście agentów, ani całkowite ukrycie ich kontaktów z bezpieką nie będzie uczciwe wobec ich przeszłości i wobec wyborców. Jeszcze raz się potwierdza, że jedyną uczciwą formą lustracji jest pełne otwarcie archiwów IPN. 

Dariusz Rosati
Gdy wyjeżdżałem do Nowego Jorku zostałem poproszony, bym na miejscu zgłosił się do konsulatu. Tak zrobiłem. Doszło potem do kilku spotkań z człowiekiem, który był konsulem opiekującym się stypendystami. Domyśliłem się, że mogę mieć do czynienia ze służbami. Poproszono mnie bowiem, bym się skontaktował, gdy będę miał do przekazania jakąś ciekawą informację. Odmówiłem. Bywałem na spotkaniach organizacji polonijnych, nigdy jednak z nikim o tym nie rozmawiałem. Żadnych donosów nie przekazywałem. Także po powrocie nie miałem kontaktów z SB, nie podpisałem też żadnego zobowiązania.

Longin Pastusiak
Nie przypominam sobie, żebym podejmował jakiekolwiek zobowiązanie do przekazywania informacji Służbie Bezpieczeństwa. Nigdy na nikogo nie donosiłem i nie przekazywałem żadnych informacji. To jest jakaś wielka mistyfikacja! Nie pamiętam, czy spotykałem się z oficerem o nazwisku Jurzak. Mogłem kogoś spotykać, nie wiedząc, kim jest. Zapewniam, że nigdy nie byłem agentem SB.

Zbigniew Siemiątkowski
Dokumenty, które znajdują się na mój temat w IPN, pochodzą z okresu, gdy jako studentowi czwartego roku zaproponowano mi pracę w I Wydziale MSW. Takie materiały powstawały na temat wszystkich kandydatów do pracy i odbywało się to poza ich wiedzą. Propozycji nie przyjąłem, bo wybrałem działalność naukową. Po tej odmowie nigdy już nie byłem przez nikogo niepokojony.
Okładka tygodnika WPROST: 28/2007
Więcej możesz przeczytać w 28/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”
 0

Spis treści tygodnika Wprost nr 28/2007 (1281)


ZKDP - Nakład kontrolowany