Żądło Ameryki

Żądło Ameryki

CIA odsłania swoje tajemnice
Agencja miała licencję na zabijanie - wynika z opublikowanego kilka dni temu raportu o sekretach CIA. Dokument obejmuje ponad ćwierć wieku działalności Centralnej Agencji Wywiadowczej. Od tego czasu wiele sekretów wypłynęło. Najwięcej za sprawą Seymoura Hersha, który w 1974 r. w "New York Times" opublikował informacje o organizowanych przez agencję zamachach na zagranicznych przywódców, dywersji i nielegalnym gromadzeniu informacji o obywatelach amerykańskich. Henry Kissinger ostrzegł wtedy prezydenta Forda, że jeśli cokolwiek więcej wypłynie do prasy, to na ulicach "poleje się krew".

Rodzinne klejnoty
Wraz z aferą Watergate wyszło na jaw, że we włamaniu do siedziby demokratów wzięli udział byli agenci CIA, a Nixon starał się wykorzystać agencję do przerwania śledztwa prowadzonego w tej sprawie przez FBI. Gdy skandal zmusił Nixona do rezygnacji, prawodawcy zdali sobie sprawę, że CIA wymknęła się spod kontroli Kongresu. Przeprowadzono śledztwo, ograniczono możliwości śledzenia przez CIA amerykańskich obywateli, a nowy szef agencji James Schlesinger zlecił przygotowanie dokumentu o jej występkach. Tak powstał raport "Klejnoty rodzinne", złożony z informacji zebranych przez pracowników CIA na temat działalności agencji, która ich zdaniem była niezgodna z prawem. Dokument na wiele lat utajniono i dopiero teraz ujrzał on światło dzienne. Potwierdza teorie o nadużyciach i brudnych metodach CIA. Wiele kart historii CIA jest w istocie ponurych. Nie sposób jednak nie przytoczyć powiedzenia z lat 50., gdy agencja dopiero krzepła (utworzono ją w 1947 r.). Mawiano wtedy, że jej celem jest walka z KGB, a tego nie da się robić po dżentelmeńsku.
Warto i dziś zwrócić uwagę na to, że CIA odtajnia archiwa i odpowiada przed Kongresem, a rosyjska FSB nie ujawnia niczego. Tych zaś, którzy próbują tego dokonać, zabija. Wydana niedawno książka zamordowanego eksszpiega Aleksandra Litwinienki i Jurija Felsztinskiego "Wysadzić Rosję" daje świadectwo nie tylko okrucieństwa rosyjskich służb, ale też ich bezkarności, graniczącej z wszechwładzą. To FSB postanowiła osłabić Jelcyna i zatrzymać reformy w Rosji za pomocą wojny na północnym Kaukazie, pisze Litwinienko. Raport "Klejnoty rodzinne" zyskuje nowy walor w zestawieniu z książką Litwinienki i rzuca na metody CIA nieco inne światło.
CIA przyznaje się do błędów, by odzyskać społeczne zaufanie i legitymację do walki z terroryzmem. A Litwinienko pisze, że "FSB odniosła sukces: jej kandydat został wybrany na prezydenta. Doprowadził do ustanowienia prawa, które pozwala inwigilować obywateli na podstawie donosów, obsadził najważniejsze stanowiska w państwie generałami FSB i demontuje fundamenty konstytucyjnego porządku". W konfrontacji z tak skutecznymi służbami, które już dawno stanowiły państwo w państwie, wywiad amerykański nie może walczyć, opierając się na poczuciu moralnej wyższości.

Sztuka szpiegowania

"Najbardziej niehumanitarną decyzją ze strony władców jest oszczędzanie na szpiegach" - twierdził 2,5 tys. lat temu Sun Tzu, teoretyk wojny. Wojna pociąga straty w ludziach, plonach i finansach państwa, a wykorzystanie szpiegów pomaga wojnę wygrać i wydatki oraz cierpienie ludności skrócić. Oceniając CIA, trzeba pamiętać, że szpiegowanie to sztuka często nieodzowna w doglądaniu interesów państwa. Jak była istotna w prowadzeniu wojen, wiedzieli Brytyjczycy, których podboje poprzedzał dobry rekonesans i dywersja. Persja długo była teatrem szpiegowskiej wojny między Rosją a brytyjskim imperium. Umiejętność wykorzystania wywiadu na Bliskim Wschodzie przechyliła szalę I wojny światowej na korzyść ententy za sprawą jednego szpiega, którego nazwano Lawrence'em z Arabii. CIA w sprawach Bliskiego Wschodu daleko do wywiadu królowej Wiktorii. Agencja pomyliła się co do istnienia broni masowego rażenia w Iraku, a według niektórych twierdzeń, pod presją Białego Domu dostarczyła fałszywego pretekstu do wojny. Nie rozpoznała też zagrożenia wojną domową w Iraku. - Amerykanie zignorowali doświadczenia Brytyjczyków - twierdzi historyk Niall Ferguson.
Czy wyciąganie szkieletów z garderoby pomoże agencji, której notowania są niskie, a wpływy w Białym Domu ograniczone? Sfrustrowani agenci próbują odzyskać dobre imię wywiadu. Nie ma jednak pewności, czy przyznanie się do zorganizowania zamachu na Salvadora Allende, dostarczania broni dla contras, montowania puczów w Gwatemali, Angoli, Iranie, wspierania krwawych, ale przyjaznych USA dyktatorów, i dozbrajania afgańskich mudżahedinów stworzy wrażenie publicznego oczyszczenia agencji. Wciąż żywe jest wspomnienie o instrukcjach CIA dotyczących "wzmocnionych technik przesłuchiwania", które wykorzystano na przykład w Abu Ghraib. Niektórzy krytycy raportu uznają jego publikację za pusty gest, skoro agencja nie przyznaje się w nim do wielu stawianych jej zarzutów. Na przykład do współpracy z mafią podczas przerzucania broni dla contras w Nikaragui czy z polityczno-mafijną lożą we Włoszech, zwaną P2, podczas dostarczania funduszy dla "Solidarności". W wielu sytuacjach agencja używana była do akcji, które nie tylko łamały prawo, ale też okazywały się błędami. W pewnym okresie agencja wspomagała Pol Pota, bo reprezentował on antyrosyjską wersję komunizmu, i szkoliła też mudżahedinów, z którymi teraz Zachód walczy w Afganistanie.

Cena pokoju
Niegdysiejsza atmosfera przyzwolenia na "asertywne" działania CIA staje się bardziej zrozumiała w kontekście aury lat 50. Do klimatu niepokoju, który wówczas zapanował, przyczyniła się tzw. afera Algera Hissa. Był to wysoki urzędnik Departamentu Stanu, któremu w 1950 r. udowodniono szpiegostwo na rzecz ZSRR. Niemal w tym samym czasie okazało się, że Rosjanie przełamali amerykański monopol na broń atomową. Wyszło też na jaw, że udało im się tę broń wyprodukować dzięki działalności szpiegów w USA. W 1950 r. do współpracy z sowieckim wywiadem przyznał się wybitny naukowiec brytyjski Klaus Fuchs, który pracował nad bronią nuklearną. Dwójkę z jego amerykańskich wspólników, małżeństwo Rosenbergów, stracono w 1953 r. "Amerykanie zostali pozbawieni swego niezachwianego poczucia bezpieczeństwa" - napisał Maldwyn Jones, autor "Historii USA". "Wszechogarniającą atmosferą podejrzliwości i strachu" tłumaczy Jones nastanie makkartyzmu i przyzwolenia na szeroko pojętą działalność wywiadu i kontrwywiadu. W ten sposób agencja urosła w siłę i majątek, podlegając jedynie nadzorowi prezydenta.
Aż do kryzysu Watergate CIA była wolna od kontroli kongresmanów, tudzież ograniczeń stosowanych wobec funduszy federalnych. Działała jednak w warunkach zimnej wojny. Miała za zadanie chronić Amerykę, również przed odkryciem jej niekonwencjonalnych ruchów w zimnowojennej grze. Odtajniona teraz dyrektywa biura doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego z 1948 r. dostarczająca instrukcji operacyjnych CIA stanowi, że agencja ma prowadzić tajne operacje tak, by zlecający je rząd USA mógł zaprzeczyć odpowiedzialności za nie.
Trudno oczekiwać, że raport o szczególnie nagannych operacjach CIA odsłoni całą prawdę o agencji. Ważne jest to, że tajne służby Ameryki zdają raz po raz sprawę ze swej działalności przed parlamentem i szukają czasem oczyszczenia w oczach opinii publicznej. Nie sposób sobie tego wyobrazić w państwie, które nie jest liberalną demokracją. A i w liberalnej demokracji przyda się pamiętać słowa teoretyka wojny Sun Tzu: "Oświeceni władcy, [...] którzy są w stanie pozyskać inteligentnych szpiegów, nieodmiennie osiągać będą wielkie sukcesy".
Okładka tygodnika WPROST: 28/2007
Więcej możesz przeczytać w 28/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Spis treści tygodnika Wprost nr 28/2007 (1281)


ZKDP - Nakład kontrolowany