Kicz pojednania

Kicz pojednania

Od 20 lat Berlin prowadzi z Warszawą dialog głuchych
Polska to kraj rządzony przez "paranoików, ogarniętych manią prześladowczą, kompleksem niższości i oderwanych od rzeczywistości". Tak ocenił niedawno Christoph Keese, redaktor naczelny aż trzech kolegiów redakcyjnych: "Die Welt", "Welt Am Sonntag" i "Berliner Morgenpost". Po czym zaapelował, aby Polacy i Niemcy "podali sobie ręce ponad grobami" i "przezwyciężyli zaklęty krąg odwiecznej wrogości". Bardzo osobliwe wezwanie do pojednania."Śląsk to nie Polska. Prawda was wyzwoli!" - taki transparent z mapą bez granicy na Odrze i Nysie rozciągnęli kilka dni temu uczestnicy zjazdu Ziomkostwa Ślązaków w Hanowerze. Wzięło w nim udział 50 tys. osób. Szef ziomkostwa i założyciel Pruskiego Powiernictwa, Rudi Pawelka, "dokłada wszelkich starań do pojednania z Polską" i apeluje: "Czekam na wyciągniętą rękę z Polski, bo jednostronne wysiłki nie dadzą rezultatów". W jego ocenie, Polska "powinna się rozliczyć z ciemnych kart swej historii". Tyle że "obecny rząd konserwatystów jest gorszy od komunistów", gdyż w Polsce nadal obowiązują "rasistowskie ustawy", "żadna mniejszość w demokratycznej Europie nie jest tak źle traktowana jak Niemcy na Śląsku". Ziomków zaszczycił swą obecnością partyjny kolega Angeli Merkel, premier Dolnej Saksonii Christian Wulff.

Powrót do tradycji
W 1989 r. dolnosaksoński rząd SPD-Zielonych zrezygnował z patronatu nad ziomkowską imprezą, więc śląscy ziomkowie znaleźli parasol ochronny w Norymberdze. Po latach przerwy premier Wulff "wrócił do tradycji" - dołożył na zjazd 30 tys. euro i wbrew protestom m.in. szefa frakcji Zielonych w Landtagu Stefana Wenzela, zabrał głos. Pochwalił ideę Centrum przeciw Wypędzeniom, za co został nagrodzony brawami. Gdy zganił pozwy Pruskiego Powiernictwa, sala skwitowała to gwizdami.
Wulff nie chciał dostrzec rewindykacyjnego transparentu w Hanowerze. Choć zastrzegł, że wesprze zjazd tylko wtedy, gdy nie będzie na nim prowokacji, na stoiskach z książkami znalazły się lektury negującego Holocaust Davida Irvinga czy publikacje gloryfikujące Hitlera. Aby nikt nie miał wątpliwości, o co chodzi, Peter Großpietsch, wiceprzewodniczący Zarządu Federalnego Landsmannschaft Schlesien, Nieder- und Oberschlesien, wyjaśnił: "Niemieckie tereny wschodnie zostały jedynie przekazane pod polską administrację". Jego organizacja liczy formalnie 200 tys. członków, ale uważa się za "reprezentację dwóch milionów niemieckich Ślązaków".
Na zjeździe nie było Eriki Steinbach. Powodem jest konflikt szefowej Związku Wypędzonych BdV z Rudim Pawelką. Oboje należą do CDU. Zdaniem Pawelki, "Steinbach odcięła się od Pruskiego Powiernictwa w zamian za poparcie rządu dla centrum", ale jego spółka (Pruskie Powiernictwo) "powstała za jej aprobatą i realizuje roszczenia zgłaszane przez przewodniczącą". W tym wypadku Pawelka się nie myli.
Choć politycy ze świecznika z uporem powtarzają, że szefowa BdV jest w RFN Miss Nobody, prawda wygląda inaczej. Steinbach zasiada w zarządzie CDU, w radzie telewizji publicznej, kieruje komisją parlamentarną, a w biurku prezydenta Horsta Köhlera czeka na podpisanie wniosek o przyznanie Steinbach Federalnego Krzyża Zasługi. Jej dorobek jest zaiste "imponujący". Dzięki Steinbach, powtarzającej ciągle te same kłamstwa, niemieckie media informują o "15 mln wypędzonych", do których wliczani są uciekinierzy i byli okupanci, w tym rodzice szefowej BdV. To samo dotyczy ofiar. Podczas ucieczki i wywózki zginęło 500-600 tys. Niemców. Steinbach mówi o dwóch milionach. - Nie potwierdza tego żaden poważny naukowiec - kwituje historyk Ingo Haar.
Kilka dni temu "Die Welt" poprosił "zawodową wypędzoną" z BdV o komentarz na temat szczytu UE w Brukseli. Wcześniej na antenie Deutchlandfunk Steinbach przekonywała, że klęska Hitlera pomogła spełnić "dawne życzenia Polaków o wypędzeniu Niemców". Na łamach "Die Welt" zaprezentowała się jak gołębica z gałązką oliwną w dziobie: "stosunki Polaków z wypędzonymi są dobre", a jedyną przeszkodą, żeby były lepsze, są "bracia Kaczyńscy, którzy nie mają poparcia na terenach, gdzie dawniej żyli Niemcy", "wydają się nie do pojednania i to jest tragedia dla Polaków". Rzekomo nieznana Steinbach wystąpiła też w hanowerskiej "Neue Presse": "Niemcy zawsze wstawiali się za Polską, a zamiast podziękowania spotykają się z niewdzięcznością".

Sfilcowana pamięć
Po lekturze Steinbach można dojść tylko do jednego wniosku: Polacy są w czepku urodzeni, że mają tak wyrozumiałego i cierpliwego sąsiada. Niestety, trudnego i z mocno sfilcowaną pamięcią. Rzecznik SPD w Bundestagu Gert Weisskirchen wypalił bez ogródek, że Steinbach usiłuje "przesunąć odpowiedzialność za zbrodnie na ofiary, na Polaków, których kraj został zniszczony i których obok Żydów naziści przeznaczyli do zagłady". Wbrew pozorom to nie Polacy, lecz Niemcy ustawicznie odkopują stare groby i wracają do historii. W 1989 r. premier Tadeusz Mazowiecki udzielił na kolanach w Krzyżowej kanclerzowi Helmutowi Kohlowi i Niemcom wielkiego kredytu zaufania, choć ten przy okazji likwidacji NRD chciał zlikwidować granicę na Odrze i Nysie. Później Kohl tak pokochał Michaiła Gorbaczowa, że zapomniał o "Solidarności". Kohl nie zamierzał też "otwierać kasy" dla ofiar obozów koncentracyjnych i robotników przymusowych III Rzeszy, a na pojednanie zafundował sobie sauny z Borysem Jelcynem. W nagrodę otrzymał od prezydenta Kwaśniewskiego Order Orła Białego.
Nad dobre sąsiedztwo ze "straumatyzowanymi" Polakami kolejne rządy Niemiec przedkładały kokietowanie wysiedleńców. Upadający rząd Kohla dowartościował ziomków uchwałą Bundestagu o "bezprawiu wypędzenia". Po jej przyjęciu i ripoście polskiego Sejmu przewodnicząca Bundestagu Rita Süssmuth udała się do Warszawy, by wyjaśniać, że jej parlament nie miał na myśli tego, co uchwalił. Socjaldemokraci, którzy wcześniej domagali się obcięcia dotacji dla "destruktywnego Związku Wypędzonych", po przejęciu władzy zmienili zdanie: Schröder był pierwszym kanclerzem, który skorzystał z zaproszenia na ich zjazd, a nawet zaapelował do ziomków o cierpliwość, by ich roszczenia rząd mógł "załatwiać po swojemu". Niemcom trudno sobie dziś uzmysłowić, że wybór braci Kaczyńskich i ich niekiedy przesadnie ostre reakcje na zjawiska w RFN nie są przyczyną, lecz skutkiem postawy Berlina wobec Polski.

Dobre złe stosunki
Wina Niemców za obecny stan naszych relacji jest jednak tylko połowiczna. To polscy politycy na początku lat 90. wynegocjowali traktat dobrosąsiedzki, który otworzył furtkę do dzisiejszych roszczeń i utrwalił nierówny parytet mniejszości polskiej w RFN, a później zgodzili się na - jak mawia Hubert Wohlan z Deutsche Welle - "kicz pojednania" i rzekomego partnerstwa. Na marginesie spotkania w ramach trójkąta weimarskiego w Berlinie były szef polskiej dyplomacji Włodzimierz Cimoszewicz wyznał z ubolewaniem, że spotkał się w tym gronie dwa razy: żeby się przywitać i pożegnać.
Kolejne rządy w Warszawie utrzymywały, że mają "bardzo dobre stosunki z Niemcami" - nawet gdy kandydat na kanclerza Gerhard Schröder odsądzał Kohla od czci i wiary za "politykę męskiej przyjaźni z Rosją", a potem sam został słownie wychłostany przez kanclerz Angelę Merkel - za "podważenie podstaw zaufania i uprawianie polityki nad głowami Polaków".
Czyż to nie symptomatyczne, że każda pierwsza wizyta zagraniczna kolejnych rządów wolnej RP odbywała się w Bonn, a potem w Berlinie, podczas gdy na drugi przyjazd Kohla nad Wisłę trzeba było czekać sześć lat, a prezydent Herzog przybył do Warszawy na rocznicę powstania warszawskiego, sądząc początkowo, że chodzi o powstanie w getcie.
Polska i Niemcy prowadzą dialog głuchych. Obie strony mają dziś wątpliwości, czy staną się prawdziwymi partnerami. Pierwsi nie dowierzają, drudzy pucują związki to z Moskwą, to znów z Waszyngtonem, Paryżem lub z Londynem. Jesteśmy sąsiadami na dystans, przebijającymi się we wzajemnych oskarżeniach. Po ogłoszeniu komunikatu o uściśleniu nazwy obozów koncentracyjnych w Niemczech podkreślono, że nie wszystkie organizacje żydowskie poparły ten wniosek, gdyż Polacy mieli "swój wkład" w zagładę Żydów. Pomijając tę absurdalną dygresję, warto zauważyć, że nigdy nie pojawił się taki zarzut wobec kolaborujących z Hitlerem Francuzów.
Choć były premier Tony Blair na odchodne storpedował w Brukseli powołanie ministra spraw zagranicznych UE - jako jedyny spośród 27 członków wspólnoty odrzucił Kartę Praw Podstawowych, a jeszcze wcześniej Wielka Brytania zlekceważyła wspólną walutę i układ z Schengen - w oczach niemieckich komentatorów to Polska uchodzi za europejskiego warchoła. W chórze krytyków rządu RP wyjątkiem był jedynie prowincjonalny "Wiesbadener Kurier", który przypomniał, że w unii "Niemcy częściej mówią »nie« od Polaków". Potwierdza to badanie Fundacji Nauki i Polityki (SWP) w Berlinie: w latach 1994-2004 rząd RFN przeciwstawiał się woli większości we wspólnocie aż 69 razy i był jej głównym hamulcowym.

Pojednanie w gwiazdach
Na marginesie unijnego szczytu Maybrit Illner z telewizji ZDF pokazała niemieckim politykom uliczny sondaż. Na pytanie, z czym kojarzą się Polacy, przechodnie odpowiadali: złodzieje, handel papierosami, prostytutki, praca na czarno. Takie same wyniki przedstawił instytut Allensbach. Dla uśmierzenia bólu po antypolskiej kanonadzie ankieterzy z Forsa-Institut spytali 1001 Niemców, czy nas lubią. Twierdząco odpowiedziało 65 proc. respondentów. Z tych ostatnich badań wynika, że Polacy i Niemcy zaczynają się traktować inaczej. Większość Polaków wyobraża sobie Niemców jako dobrych sąsiadów, a nawet członków rodzin. Ale pokutujących jeszcze stereotypów nie da się wykorzenić przy braku dobrej woli na rządowych piętrach.
Czy może być inaczej? Na toczącej się wojnie podjazdowej tracą obie strony. "Polsko-niemiecką wspólnotę interesów dla dobra Europy" - według koncepcji ministra Krzysztofa Skubiszewskiego - zastąpiła "wspólnota sporów", jak określił to współautor polityki zagranicznej PiS Marek Cichocki. Problem tkwi w przełamaniu bariery nieufności. Przyglądający się z boku komentator "Neue Zürcher Zeitung" podsumował, że w ocenie Rosji Niemcy znaleźli się tam, gdzie Polska była kilka lat temu, gdy Berlin zarzucał rządom w Warszawie antyrosyjską fobię. Na razie pozostaje więc tylko odwoływanie się do historii, w której Niemcy bywali nie tylko najeźdźcami, ale przybliżali też Polskę do Europy - poprzez prawo, organizację itp.
Na razie, jak podsumował "Frankfurter Allgemeine Zeitung", sen o polskim sąsiedztwie na wzór francusko-niemieckiej metamorfozy "pozostaje w gwiazdach".
Okładka tygodnika WPROST: 28/2007
Więcej możesz przeczytać w 28/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Spis treści tygodnika Wprost nr 28/2007 (1281)


ZKDP - Nakład kontrolowany