Mc Seks Polska

Mc Seks Polska

Założenie domu publicznego jest łatwe i gwarantuje szybki, pewny zarobek
Prostytucję w Polsce na co dzień widać tylko na malutkich reklamówkach wkładanych za wycieraczki aut. Nie ma oficjalnych dzielnic z czerwonymi latarniami ani półnagich kobiet wystających na rogach ulic. Kiedy jednak zajrzeć do Internetu, okazuje się, że tysiące dziewczyn, świadczących usługi "całodobowo", ogłasza się na prawie 250 portalach. Adresy, pod którymi panie przyjmują, wskazują, iż chodzi o centra większych polskich miast.

Domy publiczne, spółdzielnie, prywatki
Prostytucja to już wielki biznes. Daje zarobek nie tylko dziewczynom i ich opiekunom, ale również taksówkarzom, właścicielom klubów oraz hoteli. A także mafii, policji, barmanom, portierom, agencjom obrotu nieruchomościami, prywatnym klinikom itd.
Dziennikarki "Wprost" wcieliły się w organizatora sieci nieoficjalnych domów publicznych (tzw. prywatek) w centrum Warszawy. W dużej agencji obrotu nieruchomościami spotkaliśmy się ze zrozumieniem. Po otwartej deklaracji, o co nam chodzi, pracownik od razu zaproponował atrakcyjne lokalizacje. To dla niego chleb powszedni. Daliśmy też ogłoszenie na forum internetowym. Po godzinie mieliśmy pełną obsadę dziewczyn. Same Polki. Pytały o warunki, o to, kiedy mogą zacząć, natychmiast chciały wysyłać zdjęcia. Okazuje się, że to nie domy publiczne szukają dziewczyn. To one poszukują miejsc pracy.
Według szacunków policji, prostytucję uprawia w Polsce 15 tys. kobiet. Nieoficjalnie mówi się o ponad 100 tys. Centrum Warszawy jest nasycone agencjami w takim samym stopniu, jak dzielnice czerwonych latarni w każdym większym mieście Zachodu. Agencja towarzyska jest niemal przy każdej ulicy. Trudno jednak oszacować, ile ich działa w Warszawie, bo są one rejestrowane jako salony masażu, fitness czy kluby. Policja nieoficjalnie ocenia, że działa tu ponad 200 domów publicznych. Z kolei Stołeczne Biuro Bezpieczeństwa i Zarządzania Kryzysowego podaje, że na terenie Warszawy działa 250 agencji nie zarejestrowanych i ponad 150 zarejestrowanych. Ale nawet te dane wydają się zaniżone, bo tylko w Alejach Jerozolimskich agencji jest ponad 40, a przy ulicy Kruczej prawie 20.

Szybko, łatwo, bezpiecznie
Głównym wydatkiem w seksbiznesie jest wynajęcie mieszkania. Dziewczyny zgłaszają się same i nie żądają pieniędzy z góry. Wystarczy umieścić ogłoszenie w gazecie lub wejść na czat towarzyski. Kandydatki bez oporów wysyłają odważne zdjęcia swoich intymnych części ciała. Już po wejściu na rynek należy opłacić milczenie odpowiednich służb oraz "opiekę" chłopców z miasta. Zainteresowani monitorują rynek i po kilku dniach zjawiają się sami. Na tym opłaty się kończą, a zaczynają zyski. Dziewczyna bierze od klienta 150-200 zł za godzinę. Dla siebie zabiera połowę. A klientów ma średnio 5-7 dziennie. W weekendy ruch jest większy - można obsłużyć nawet dziesięciu. Zyski należy pomnożyć przez liczbę dziewczyn. Zarabia się też na alkoholu. Tani szampan, w hurcie kosztujący 8 zł, sprzedaje się za 50 zł. Ale są też wina po 500-800 zł. Dziewczyny namawiają swoich klientów, by się z nimi napili, bo od sprzedanej butelki mają marżę.
- Kiedy otwierałam agencję, nawet nie zdawałam sobie sprawy, jakie to łatwe. Nasze dziewczyny miały własne mieszkania i udawały osoby nie związane z agencją - opowiada Klaudia, właścicielka prywatki. - Wystarczyło wybrać kilka dziewczyn z prawie setki, która się zgłosiła na czacie, i umieścić ich ogłoszenia w Internecie.
Mężczyźni często wolą korzystać z usług "prywatnych" prostytutek niż z agencji towarzyskich. Chcą wierzyć, że dziewczyny, którym płacą za seks, robią to okazjonalnie, np. zarabiając na studia. Ponadto zależy im na dyskrecji. Mieszkania są urządzane tak, by nie przypominały domów publicznych - żadnych czerwonych kotar, gołych zdjęć na ścianach, "pościelowej" muzyki czy "dyskretnego" oświetlenia. Wyglądają tak, jakby dziewczyny naprawdę tam mieszkały. Jednak właściciele agencji zgodnie przyznają, że w tym biznesie nie ma możliwości, by dziewczyna pracowała na własną rękę. Kiedy w Internecie pojawia się ogłoszenie nowej panienki, już po dwóch, trzech dniach do jej mieszkania pukają "chłopcy z miasta" i proponują "ochronę". Za 200 dolarów miesięcznie kobiety mogą spokojnie uprawiać nierząd.
Wszystkie agencje opłacają policję. Muszą jedynie pilnować, by dziewczyny miały ukończone 18 lat. Policja sama często uprzedza, kiedy zrobi nalot. Właściciel, jeśli stanie przed sądem, to jedynie za naruszanie porządku publicznego. Ale kilkaset złotych grzywny przy wielotysięcznych obrotach, to żaden wydatek.
Popularna jest też nowa kategoria prostytucji - sponsoring. W zamian za mieszkanie oraz pieniądze dziewczyna oferuje męźczyźnie seks na wyłączność. Renata Gardian, autorka książki "Zjawisko sponsoringu jako forma prostytucji kobiecej", przeprowadziła eksperyment - zamieściła ogłoszenie w internetowym serwisie randkowym. Podała się za studentkę ekonomii, szukającą sponsora. Zgłosiło się 239 mężczyzn. Zgadzali się płacić 1500-3000 zł miesięcznie.

W łóżku z Claudią Schiffer
U tzw. tirówek klasyczny seks kosztuje 50-80 zł. Za wszystkie dodatkowe usługi trzeba dopłacić, na przykład za seks bez prezerwatywy. Jak wynika z badań przeprowadzonych przez seksuologa prof. Zbigniewa Izdebskiego, co czwarta z kobiet odbyła chociaż raz stosunek bez żadnych zabezpieczeń, a 17 proc. jest lub było nosicielkami chorób wenerycznych. Te same badania wykazują, że tylko co czwarta prostytutka choć raz w życiu badała się na obecność wirusa HIV.
Najniższe ceny w miastach oferują 50-60-?latki, które wystają na ulicach. W gorszych agencjach towarzyskich można zamówić dziewczynę na kwadrans za 40-50 zł. W lepszej agencji godzina, w którą wlicza się seks oralny bez prezerwatywy i seks klasyczny z zabezpieczeniem, kosztuje średnio 150-200 zł.
Najlepiej zarabiają tzw. eskortki, czyli damy do towarzystwa. Są wykształcone, potrafią się zachować, znają języki obce, noszą markowe ciuchy i często wyglądają jak modelki. Można z nimi nie tylko iść do łóżka, ale także na spotkanie biznesowe. Godzina kosztuje 700-1500 zł, zaś cała noc nawet 5 tys. zł. Ogłoszenia najłatwiej znaleźć w Internecie. Część dziewczyn zaznacza, że obsługuje wyłącznie obcokrajowców. Jednak najlepsze "eskortki" z Polski szybko wyjeżdżają. W Tokio zarabiają 400 tys. jenów za godzinę. To jednak nie są najwyższe stawki. Istnieje rodzaj luksusowych prostytutek, których w Internecie znaleźć nie można. Dziewczyny znają kilka języków obcych, opanowały savoir-vivre i wyglądają jak Claudia Schiffer.
Wielu mężczyzn nie przychodzi do agencji po klasyczny seks. - 80 proc. mężczyzn, z którymi umawiam dziewczyny, pytało o seks analny. Połowa zamawiała pissing, czyli oddawanie moczu na ciało, najczęściej na twarz. Takie usługi są oczywiście droższe. Najdroższy jest scat, czyli oddawanie kału na ciało. To kosztuje 1000-2000 zł. - mówi właścicielka sieci prywatek.
W Warszawie działa około 15 dziewczyn praktykujących tzw. sado-maso. Ich klienci uwielbiają ból. Im intensywniej go odczuwają, tym bardziej są podnieceni. - Niektórzy chcą być biczowani i poniżani, inni wolą wstrzykiwanie soli fizjologicznej i chodzenie obcasami po twarzach. Są też tacy, którzy chcą, by ich gwałcić wibratorem lub sztucznym penisem. Mogę się pochwalić, że byli u mnie zarówno znani z telewizji showmani, jak i politycy z lewej i prawej strony polskiej sceny politycznej - opowiada Mistress Sado. Są też klienci, którzy nie wymagają nietypowych usług, ale za to sami zachowują się nietypowo. - Miałam klienta, który regularnie przychodził do mnie w białych pończochach i staniku. Inny uwielbiał udawać psa. Kazał zakładać sobie obrożę, smycz i chodził na czworakach po agencji. Mężczyźni z takimi upodobaniami muszą przychodzić do nas, bo w życiu prywatnym żadna kobieta by tego nie zaakceptowała. Zdarza się, że panowie przychodzą do mnie ze swoimi małżonkami. Wtedy za usługi płacą podwójnie. Kobiety uczestniczą w tych praktykach, np. związuję je, a mężom wydaję polecenia, co mają z nimi zrobić - opowiada Mistress Sado.

Prostytucja przeciw nudzie
Jak wynika z badań, aż 60 proc. dziewczyn staje się prostytutkami z powodu trudnej sytuacji materialnej. Najczęściej mają dzieci na utrzymaniu. Dlatego chcą dużo zarobić w jak najkrótszym czasie i klientów przyjmują bez przerwy. - Pracowała u mnie dziewczyna, która miała zaawansowaną nadżerkę. Podczas stosunku strasznie leciała z niej krew i potrzebowała pomocy lekarskiej, ale pracy nie przerwała. Nie pomogły nawet groźby, że zerwiemy z nią współpracę. Tamowała krwawienia gąbeczkami, które wkładała do pochwy. Tak samo zresztą robią niektóre dziewczyny podczas okresu - mówi właścicielka sieci prywatek. Badania prof. Izdebskiego potwierdzają, że niemal wszystkie prostytutki uprawiają seks także wtedy, gdy są chore lub mają miesiączkę.
Coraz częściej prostytucją zajmują się kobiety, które lubią seks lub po prostu nie znalazły lepszego pomysłu na życie. W stolicy nie pracują już wyłącznie przyjezdne z małych miejscowości czy z Ukrainy i Białorusi. Prawie 30 proc. to warszawianki, często studentki. - Z moich badań wynika, że w tej branży wzrasta liczba pań wykształconych. Relacje z rodziną określają jako dobre i nie mają zaniżonego poczucia wartości - mówi prof. Izdebski. Zdarzają się też mężatki, które zajmują się prostytucją z nudów lub dla przyjemności. - W agencji pracuje ze mną bogata kobieta około czterdziestki, która ma męża. Ale nudziła się całymi dniami i lubiła seks, więc przyszła do nas. Mężowi powiedziała, że pracuje w biurze. Ten jednak zaczął się czegoś domyślać, bo po jakimś czasie stanął przed naszymi drzwiami. Na szczęście mamy wideofon i kobiecie udało się ukryć - wspomina "madame" z warszawskiej agencji.

Klient idealny
Z usług prostytutek korzystają studenci i mężczyźni z klasą. - Większość moich klientów to właściciele firm i aktorzy. Zazwyczaj mężowie i ojcowie. Często opowiadają o swoich dzieciach. Zastanawiam się, jak udaje im się ukryć na przykład podrapane i obite plecy - zwierza się Mistress Sado.
Dobrze płacą biznesmeni, którzy zamawiają dziewczyny, żeby się zrelaksować w porze lunchu. - Lubię jeździć do biur. Seks na biurku w nowoczesnym wieżowcu to jakaś odmiana od burdelu. "Krawaciarze" zawsze zostawiają spory napiwek. Jednak najbardziej lubię obcokrajowców, którzy zapraszają po kilka dziewczyn na imprezę do hotelu. Prawie zawsze częstują narkotykami. Z takiej wizyty potrafię wyciągnąć nawet 1500 zł - mówi Izabella, na co dzień studentka.
Najlepsi klienci, to ci, którzy kupują godzinę, a robią swoje i wychodzą po 15 minutach. Tak jest zwykle z Wietnamczykami. Są stałymi i wiernymi klientami. Zdarza się, że przychodzą nawet kilka razy w tygodniu. Najgorszymi klientami są Turcy i młodzi Polacy, bo ci wyliczają czas co do minuty.
Prostytucja nie jest oczywiście "bezbolesna". Z badań prof. Izdebskiego wynika, że leki uspokajające zażywa 37 proc. badanych prostytutek, po amfetaminę sięga 35 proc., po marihuanę - 30 proc., a po kokainę - 20 proc. Ponad połowa pracuje pod wpływem alkoholu. Choć muszą się znieczulać, nie rezygnują. Tygodniowo zarabiają nawet 5 -7 tys. zł. W kasie w supermarkecie zarobiłyby tyle przez 10 miesięcy. Dlatego starania polityków o zmniejszenie liczby domów publicznych są bezskuteczne. Jedyne, co się w ostatnich latach zmieniło, to wymagania klientów. Ale chętnych, by je spełnić, nie brakuje.

Ilustracja: D. Krupa
Okładka tygodnika WPROST: 28/2007
Więcej możesz przeczytać w 28/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Spis treści tygodnika Wprost nr 28/2007 (1281)


ZKDP - Nakład kontrolowany