Polowanie na bogatych

Polowanie na bogatych

W Polsce przybywa naśladowców Salvadora Allende i Roberta Mugabe
Czy majątki Jana Kulczyka, Michała Sołowowa, Romana Karkosika, Zygmunta Solorza i Leszka Czarneckiego wystarczą do wyleczenia służby zdrowia? Z pewnością nie, choć część członków obecnego polskiego rządu (poprzednich zresztą też) myśli inaczej.
Co roku w Polsce trwa nie kończąca się opowieść, której akcja rozgrywa się między dziurami w budżecie a większymi od przeciętnych portfelami bogatych. W tym roku rozpoczęła się w zbudowanym przez panie w białych czepkach namiotowym miasteczku pod Kancelarią Prezesa Rady Ministrów. To naprawdę dziwne, że przez tyle czasu problemy służby zdrowia uważano za trudne do rozwiązania. Źle opłacany personel, grożący emigracją? Zadłużone szpitale, utrzymujące puste łóżka i wyrzucające pieniądze na długotrwałą opiekę nad starszymi ludźmi, których rodzina chce się pozbyć z domu? Niekończące się kolejki do specjalistów? Kopertówki? Najdroższe w unii leki generyczne? Niesprawne zarządzanie i nieudolna biurokracja? Na wszystko to jest przecież prosta, popularna w narodzie, w cudowny sposób przysparzająca głosów wyborczych recepta: niech zapłacą bogaci!
Wyższe opodatkowanie bogatych ma z punktu widzenia polityków same plusy. Rzeczywiście, mają oni spore dochody. W Polsce podatnicy rozliczający się według najwyższej stawki PIT (40 proc.) stanowią wprawdzie tylko niecały 1 proc. płacących ten podatek, ale ich dochody stanowią około 7 proc. całych dochodów do opodatkowania. Z kolei podatnicy objęci drugą stawką (30 proc.) stanowią 5 proc. ogółu, ale dysponują 15 proc. dochodów. Ponieważ efektywne stawki podatkowe dla obu tych grup są znacznie wyższe niż dla reszty Polaków, już obecnie zapewniają oni budżetowi łącznie 42 proc. całości wpływów z tytułu podatku PIT.
Skoro kwota wynosząca prawie połowę wpływów budżetu wpłacana jest przez stosunkowo nieliczną grupę podatników, oznacza to stosunkowo niedużą grupę wyborców. Nawet jeśli znienawidzą oni rząd za podwyższenie stawek, na politykach nie zrobi to większego wrażenia. Przecież to tylko 6 proc. głosów, podczas gdy pozostałe 94 proc. obywateli nie dozna od rządu żadnej krzywdy. Więcej, mogą wręcz wybuchnąć entuzjazmem, bo w końcu chodzi o dopadnięcie i ukaranie wyższym podatkiem sąsiada, któremu lepiej się w życiu powiodło. Na rzadko którym uczuciu można zbić większy kapitał niż na uczuciach zawiści w stosunku do osób zamożniejszych. Zwłaszcza odwołując się do głęboko zakorzenionego przez dziesięciolecia komunistycznej edukacji przekonania, że już same nierówności dochodowe są przestępstwem, a konfiskowanie bogatszym ich uczciwie zarobionych pieniędzy to - cytując klasyków bolszewizmu - "grabienie zagrabionego".

Ucieczka podatników
Polska nie jest wcale krajem rażąco wysokiego zróżnicowania dochodów. Jest ono wprawdzie u nas wyższe niż przeciętnie w unii, ale nie odbiega od obserwowanego w Wielkiej Brytanii, krajach śródziemnomorskich i bałtyckich. Przeciętny dochód uzyskiwany przez 20 proc. najzamożniejszych Polaków był w roku 2005 ponad 6,6 razy wyższy od dochodu 20 proc. najuboższych (na Litwie jest niemal 7 razy wyższy, w Wielkiej Brytanii 5,5 razy, za to w USA ponad 8 razy, a w Brazylii 22 razy). Warto przy tym zauważyć, że wskaźnik ten był w Polsce w roku 2005 nienaturalnie wysoki ze względu na efekty recesji z lat 2001-2002, obecnie zaś obniża się na fali spadku bezrobocia i wzrostu płac.
Gromkie nawoływania do "zabrania bogatym" są z ekonomicznego punktu widzenia nieporozumieniem - i to z kilku powodów. Po pierwsze, bogatych nie ma w Polsce aż tak wielu, a skala nierówności dochodowych nie odbiega od europejskiej normalności. Po drugie, właśnie od aktywności gospodarczej tej grupy - w jej skład wchodzą przedsiębiorcy, najwyżej wykwalifikowani pracownicy i menedżerowie, przedstawiciele wolnych zawodów - w największym stopniu zależy dynamika rozwoju polskiej gospodarki. Po trzecie, grupy o najwyższych dochodach również najwięcej oszczędzają i inwestują (wbrew populistycznym bredniom, że rzekomo wszystkie pieniądze wydają na jachty i grę w golfa). Zabieranie im większej części dochodów z przeznaczeniem na konsumpcję grup uboższych na dłuższą metę zmniejsza oszczędności i inwestycje w skali całego kraju. A to wiedzie do wolniejszego wzrostu dochodów, frustracji i bezrobocia. Jest wreszcie i czwarty powód, dla którego poszukiwanie cudownej recepty na zaspokojenie budżetowych roszczeń przez eskalowanie obciążeń dla bogatszych jest działaniem nieskutecznym. Jest to możliwość ucieczki przed opodatkowaniem - albo w szarą strefę (ukrywając dochody lub wartość majątku), albo za granicę. Zamożne osoby stać zazwyczaj na dobrych prawników i doradców podatkowych. I jeśli nawet jeszcze dziś większość zamożnych Polaków o tym nie myśli, prosty zabieg polegający na wykorzystaniu różnic w opodatkowaniu między krajami unii, założeniu firmy lub zakupie nieruchomości w kraju, gdzie podatki są niskie, umiejętnym skorzystaniu z różnorodnych furtek pozwalających na obniżenie podatku, a nawet bardziej lub mniej fikcyjnym przeniesieniu się do któregoś z europejskich "rajów podatkowych" wystarczy, by umknąć przed nadmierną żarłocznością krajowego fiskusa.

Od Allende do Mugabe
Łatwe i nie zabierające zbyt wielu głosów wyborczych rozwiązanie polegające na szukaniu potrzebnych kwot przez zwiększanie obciążeń podatkowych bogatych jest nie tylko polską specjalnością. W 1970 r. po takie narzędzie sięgnął chilijski socjalista Salvador Allende. Zwiększał płace i wydatki publiczne, finansując to konfiskatami, nacjonalizacją przedsiębiorstw i zwiększonymi podatkami. W ciągu trzech lat gospodarka chilijska została doprowadzona na krawędź załamania - gwałtownie wzrósł deficyt budżetowy, inflacja skoczyła do 500 proc., za to PKB zaczął spadać. Niezależnie od tego, jak oceniać brutalny wojskowy zamach stanu generała Pinocheta, nie ulega wątpliwości, że rządy Allende doprowadziły gospodarkę chilijską do upadku.
W roku 1981 władzę we Francji zdobyła lewicowa koalicja pod wodzą François Mitterranda. Plan działań, które miały ożywić gospodarkę, był mniej radykalny niż w Chile, ale podobny - nacjonalizacja, wzrost płac i wydatków rządowych, skrócenie czasu pracy. Ażeby to wszystko sfinansować, wprowadzono specjalny "podatek solidarnościowy od wielkich fortun", dzięki któremu bogaci mieli zapłacić rachunek. Efekt był żaden. Pieniądze udało się wytransferować za granicę; część fortun przeniosła się do Luksemburga i Monako, gospodarka znalazła się w głębokiej recesji, a trzy lata później Mitterrand zdecydował się na powrót do liberalnej polityki gospodarczej.
W roku 1993 podatki dla najzamożniejszych podniósł też Bill Clinton (najwyższa stawka wzrosła z 31 proc. do niemal 40 proc.). Jak wykazały badania, przyniosło to minimalny dochód, bowiem podatnicy szybko znaleźli sposoby na ominięcie wysokiego opodatkowania.
No i wreszcie słynny przykład z Afryki - Zimbabwe. Niegdyś kraj o kwitnącym rolnictwie zapewniającym miejsca pracy, dziś obraz gospodarczej ruiny, nędzy i inflacji przekraczającej 4500 proc. Powód? Znakomity pomysł populistycznego prezydenta Roberta Mugabe, aby zapewnić sobie poparcie narodu przez konfiskatę majątku bogatych białych farmerów.

Owoce Gilowskiej
Rzucona niedawno propozycja, aby problemy polskich finansów publicznych rozwiązać przez "opodatkowanie bogatych", dobrze wpisuje się w logikę działań o charakterze czysto politycznym, ignorującym ekonomiczne realia. Na dobrą sprawę nie wiadomo nawet, o jaką formę opodatkowania mogłoby chodzić. Pierwszym przychodzącym do głowy pomysłem byłoby podniesienie najwyższej stawki PIT (w przeszłości, w latach 1994-1997, mieliśmy już "czasowo" podniesione stawki do 21 proc., 33 proc. i 45 proc., a w roku 2004 najwyższą stawkę 50 proc. próbował wprowadzić zdominowany przez lewicę Sejm - wbrew opinii rządu i prezydenta Kwaśniewskiego, który zablokował uchwalone już zmiany). Z wypowiedzi samego premiera wynika jednak, że rozumie on, iż taki manewr byłby zapewne mało skuteczny. Alternatywą byłoby opodatkowanie majątku - jest to jednak zadanie na lata, a jego skuteczność również stoi pod znakiem zapytania. Wprowadzenie progresywnej stawki zdrowotnej jest możliwe, ale za cenę znacznej komplikacji systemu poboru; zresztą wątpliwe, by przyniosło to wystarczające dochody. Formą opodatkowania zamożnych byłoby również proponowane przez ministra Religę współpłacenie za usługi (za bardziej luksusowe warunki leczenia płaciliby zapewne głównie bogatsi Polacy). Nie wróżę mu jednak powodzenia. Większość obywateli byłaby oburzona na to, że "bogatsi mają lepiej".
Nie bardzo widać możliwość, aby pogoń za bogatymi rozwiązała nasze problemy. Można nawet podejrzewać, że jest to raczej ze strony rządu unik obliczony na odwleczenie w czasie starcia ze zbuntowaną służbą zdrowia. Jest to więc ucieczka polityków przed rzeczywistymi problemami. Niestety, cała ta historia świadczy też o czymś innym. Trudno się oprzeć wrażeniu, że polityka finansowa prof. Gilowskiej, której głównym założeniem było nikogo nie drażnić, nie szukać żadnych rzeczywistych oszczędności, ale wydawać cudownie pomnażane przez koniunkturę gospodarczą pieniądze, doprowadziła nas do ściany. Owoce wzrostu, na które tak liczy pani minister, zostały już właściwie w całości roztrwonione - i to bez jakichkolwiek widocznych efektów. A tymczasem dopiero teraz do drzwi zaczęli pukać ci, którzy oczekują znacznego zwiększenia wydatków budżetowych.
Mimo uznania dla potęgi wicepremierów Leppera i Giertycha lekarze, kolejarze i górnicy mają w zanadrzu znacznie potężniejsze środki nacisku na premiera niż jego koalicjanci. Niestety, zdaje się, że kroi nam się mała finansowa katastrofa, której nie odwróci poszukiwanie prób "opodatkowania bogatych".
Okładka tygodnika WPROST: 28/2007
Więcej możesz przeczytać w 28/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Spis treści tygodnika Wprost nr 28/2007 (1281)


ZKDP - Nakład kontrolowany