Wencel gordyjski - Brzydkie bez szans

Wencel gordyjski - Brzydkie bez szans

Film o księdzu Jankowskim powinien nakręcić David Lynch
Casting na kelnerki już dawno się skończył i jurorzy odpoczywają w klubokawiarni. Piwosze popijają dobrze schłodzonego "Benedykta XVI", miłośnicy wina zapodają kolejną flaszkę Monsignore'a, a abstynentom pozostaje krystalicznie czysty "Jankowski". Przewodniczący jury David Lynch zbiera spod stolików zaschnięte gumy do żucia i formuje z nich fantazyjne kształty. Tymczasem przed lokalem odrzucone w castingu dziewczyny tworzą miasteczko protestacyjne. Słychać rozpaczliwe krzyki pielęgniarek, feministek i posłanek SLD: "Klu-bo-kawiarnie-bez-nas-skończą-marnie!" oraz "Brzy-dkie-ciała! Pię-kne-dusze!".
Gdy w grę wchodzą marzenia kobiet, nic nie jest oczywiste. Choć pomysłodawca sieci lokali ks. Henryk Jankowski wyraźnie podkreślał, że "brzydkie nie mają szans", na casting przybyły wszystkie, bo każda chciała wdziać strój ludowy i poczuć się jak prawdziwa Polka. Teraz jury ma problem. Tym bardziej że przed chwilą w klubokawiarni pojawił się sam boss w koloratce, zamówił espresso i wręczył Lynchowi sfatygowaną fotografię. - Czy to rekomendacja? - zapytał juror. - Nie, to jest ta dziewczyna - padła odpowiedź. Zirytowany reżyser zaczął wrzeszczeć, że dopóki on kieruje pracami jury, osoba ze zdjęcia nie zostanie główną kelnerką. Ale ks. Jankowski już tego nie słuchał. Wytarł tylko serwetką usta i opuścił lokal.
Burza rzeczywiście wisiała w powietrzu i część jurorów wpadła w panikę. Jak wielka była ich ulga, kiedy nazajutrz przed Lynchem stanęła Violetta Villas, a ten zamknął oczy i wycedził cztery magiczne słowa: - To jest ta dziewczyna! - Doskonały wybór, Davidzie! - zawołał zza baru uradowany ks. Jankowski.
My tu się zabawiamy dialogami z "Mulholland Drive", a hollywoodzki reżyser zdążył już nakręcić nowy film, który pokazano na festiwalu w Wenecji. W "Inland Empire" Lynch opowiada historię aktorki starającej się o rolę w remake'u dramatu o miłości, zdradzie i zemście. Po otrzymaniu angażu Nikki nawiązuje romans ze swym filmowym partnerem Devonem, w wyniku czego na planie dochodzi do coraz dziwniejszych zdarzeń. Chyba każdy przyzna, że w takiej sytuacji to Lynch, a nie Mel Gibson, powinien nakręcić film o ks. Jankowskim. Legendarny kapelan "Solidarności" mówi przecież, że chciałby zagrać w superprodukcji siebie samego, bo profesjonalni aktorzy spapraliby tę rolę. Trudno uwierzyć, by błogosławiony Mel na to przystał. Co innego niegrzeczny David, który uwielbia eksperymenty mieszające fikcję z rzeczywistością.
Argumentów na korzyść Lyncha jest zresztą więcej. Największy dziwoląg w amerykańskiej branży filmowej stał się ostatnio wielkim przyjacielem Polski, co powinno zbliżyć go również do ks. Jankowskiego. Część zdjęć do "Inland Empire" powstała w postindustrialnej Łodzi, którą Lynch nazwał "jednym z najbrzydszych miejsc na świecie". Oczywiście, w wypadku tego reżysera "brzydki" oznacza tyle, co "fascynujący". Na szczęście nie dotyczy to kobiet, bo te w każdym jego filmie odznaczają się zjawiskową urodą. Podobnie, jak idealne kandydatki na kelnerki w klubokawiarniach prałata.
A swoją drogą, któryś z ministrantów ks. Jankowskiego mógłby trochę powozić Lyncha po naszym kraju. Może wówczas słynny reżyser odkryłby miejsca brzydkie i dziwne także poza Łodzią. Weźmy taki Stadion Dziesięciolecia albo wieczne fundamenty Świątyni Opatrzności Bożej w Warszawie. Wskażmy paluchem dworzec kolejowy w Katowicach lub pozostałości elektrowni jądrowej w Żarnowcu. Nie zapomnijmy też o takich perełkach, jak toalety w polskich pociągach czy sale, w których odbywają się konwencje SLD. Wszędzie tam Lynch czułby się jak ryba w wodzie lub - stosując bliższą mu estetykę - jak mucha w gnoju.
Ponieważ nie wiemy dokładnie, jaki będzie wystrój klubokawiarni ks. Jankowskiego, trudno rozsądzić, czy będą pasowały do tego zestawu. Z pewnością jednak Lynch stworzyłby w nich lepsze dzieło niż Gibson. Przyglądając się kobietom w strojach regionalnych zza stolika ustawionego pod portretem prałata, obaj straciliby wprawdzie rozeznanie, czy to film, czy rzeczywistość. Ale David zrobiłby to poniekąd na trzeźwo, sącząc ze szklanej butelki wyłącznie wodę mineralną, a Mel wytrąbiłby od razu ze trzy monsignory i później robiłby burdy jak Anglicy w krakowskich pubach. A tego boss w koloratce już by mu nie wybaczył, bo - jak ostatnio stwierdził - nie lubi chałtury.
Okładka tygodnika WPROST: 28/2007
Więcej możesz przeczytać w 28/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Spis treści tygodnika Wprost nr 28/2007 (1281)


ZKDP - Nakład kontrolowany