Zakała popu

Zakała popu

Wzlot i upadek George'a Michaela
Jerzy Michał, ale nie Wołodyjowski, tylko gejowski. Paradoks kariery George'a Michaela polega na tym, że to nie jakiś zbuntowany rockman, ale właśnie on - artysta pop, stoczył dwie potężne batalie. Jedną z całym show-biznesem - o niezależność artystyczną. Drugą z własną publicznością - o akceptację. Obie przegrał. Na zawsze jednak odmienił i show-biznes, i publiczność. Ale zapłacił za to karierą.

Supergej
20 lat temu George Michael był największą gwiazdą pop na świecie. Młody, zdolny, przystojny, uroczy. Do tego niewiarygodnie wprost utalentowany. Sam sobie pisał piosenki, które natychmiast stawały się światowymi hitami. Miał też zjawiskowe wyczucie show-biznesu. Zawsze wiedział, co, jak i kiedy zrobić, by zwrócić na siebie uwagę mediów i oczarować publiczność. Żadnych nałogów ani wad. Prócz jednej. Był gejem. Właśnie rozwiązał swój zespół Wham!, który dał mu światową popularność, przeprowadził się do USA i rozpoczął karierę solową.
Szefowie amerykańskiego koncernu płytowego Columbia doskonale wiedzieli, że mają w stajni prawdziwego czempiona i jeśli rozsądnie pokierują jego karierą, Michael stanie się ponadczasową gwiazdą formatu Elvisa, Sinatry czy McCartneya. Będzie generował gigantyczne zyski przez kilkadziesiąt lat. Już pierwszy solowy album "Faith" okazał się sensacją roku. Składał się praktycznie z samych megahitów. Jego wideoklipy zdominowały MTV, a światowa trasa koncertowa biła rekordy popularności. A to był dopiero początek. Przyszłość jawiła się w bardzo jasnych barwach. Kładł się na nią tylko jeden cień - w postaci Michaela Jacksona.

Michael kontra Michael
Choć Jackson był kompletnie różny od Michaela, odwoływał się do tej samej publiczności. Od razu było wiadomo, że jeden show-biznes jest za mały dla nich dwóch. Że będą walczyć, aż na scenie pozostanie tylko jeden. W 1987 r. obaj pretendenci do korony króla popu wydali płyty niemal równocześnie. Więcej swojego albumu "Bad" sprzedał oczywiście Jackson, ale po sukcesie "Thrillera" - największego bestsellera wszech czasów (mówi się o 104 milionach sprzedanych płyt) - nowy album rozczarował i sprzedawał się zdecydowanie poniżej oczekiwań. Choć gwiazda Jacksona wydawała się świecić jaśniej, była gwiazdą schodzącą. Debiutujący George Michael lepiej sobie radził na listach przebojów, u krytyków i dostał więcej nagród. W tym tę najważniejszą - Grammy, za album roku. Jackson nie dostał nic. Pięć lat wcześniej za "Thriller" dostał ich aż sześć. Konfrontacja zapowiadała się sensacyjnie. Tyle że do niej nie doszło. Stało się bowiem coś nieoczekiwanego. Columbia została kupiona przez koncern Sony i obaj gwiazdorzy znaleźli się w tej samej stajni.
Nowi "właściciele" gwiazd doszli do wniosku, że ich konkurowanie nie leży w interesie firmy i będą wydawali albumy na zmianę. Na początek postawili na Jacksona. Trudno im się dziwić - Jaco był gwiazdą bardziej dochodową. Był Amerykaninem i prawie przez 20 lat kolejne pokolenia wychowywały się na jego muzyce. Był częścią ich życia i historii. George Michael zaś był Brytyjczykiem, greckiego pochodzenia, a "reszta świata" to, jak wiadomo, tylko dodatek do rynku amerykańskiego. Bossowie podjęli więc jedynie słuszną decyzję - finansową. George Michael miał zaczekać ze swoją następną płytą, aby nie psuć sprzedaży albumu "Bad". Oczywiście, wpadł w szał. Był u szczytu możliwości twórczych i chciał do szczętu pognębić swego największego konkurenta. A ten wbił mu nóż w plecy. Zaproponował rozwiązanie kontraktu, co było z jego strony naiwnością, bo żaden koncern nie oddałaby swojego najbardziej obiecującego artysty konkurencji. Poszedł więc na konfrontację.

Michael kontra show-biznes
George Michael zagroził, że przestanie nagrywać, nie będzie się też fotografował i występował w wideoklipach, bo tego nie ma w kontrakcie. Szefowie Sony myśleli, że to blef i artystowskie fochy szczeniaka. Szczeniak jednak okazał się twardym graczem i groźby spełnił. Wydana wreszcie w 1990 r. płyta "Listening Without Prejudice" sprawia wrażenie niedorobionej i rzeczywiście na okładce nie ma zdjęcia artysty. Przystojniak nie pojawił się również w wideoklipach. W słynnym "Freedom" zastąpiło go pięć top modelek. W "Praying For Time" pokazano płynące litery tekstu - jak w karaoke. Na złość firmie wykonawca nie pomagał w promocji własnego albumu. Mało tego, przeszkadzał, jak mógł. Nagrał wielki przebój "Too Funky" na charytatywny album "Red Hot & Dance" i nawet wystąpił w wideoklipie. Michael robił na złość wytwórni, ale też sobie. Skutecznie niszczył swoją karierę. Próbował też sądownie unieważnić kontrakt. Kiedy przegrał, po prostu zamilkł. Koncern Sony wreszcie zrozumiał, że nie będzie miał z niego żadnego pożytku, i pozwolił konkurencji odkupić prawa do artysty. Album "Older", który ukazał się w 1996 r., potwierdził jego wielką klasę, ale stracony czas był nie do odrobienia. Sześć lat to w show-biznesie epoka. Pojawiły się nowe style i nowe pokolenia artystów. Michael nie chciał się z nimi ścigać: tytuł albumu sugeruje, że jest już starszy, nie będzie się już wygłupiał i zadowoli się rolą klasyka muzyki pop. Kiedy wydawało się, że wszystko jest na dobrej drodze, zdarzyła się katastrofa.

Michael kontra reszta świata
Nocą w Los Angeles gwiazdor został zatrzymany w publicznym szalecie, w którym zamierzał skonsumować seks za pieniądze z "poderwanym" chwilę wcześniej chłopakiem. Chłopak okazał się funkcjonariuszem obyczajówki. Świat oniemiał. W sumie nie wiadomo dlaczego. Artysta nigdy nie twierdził, że nie jest gejem, nigdy nie miał "przykrywki", czyli fikcyjnej dziewczyny czy żony. Chyba każdy mniej naiwny fan podejrzewał, że z kolegą z duetu Wham! łączyło go coś więcej, niż tylko wspólne muzykowanie. Obaj kiedyś na przyjęcie po koncercie Wham! przyszli w damskich sukniach, perukach i makijażach. Zdjęcie, opatrzone jednoznacznymi komentarzami, obiegło prasę. Nikt się zanadto nie zdziwił. Wszak George Michael zawsze był przesadnie wymuskany i miał charakterystyczny "miękki", kobiecy sposób bycia. Wszyscy więc podejrzewali, ale nikt nie wiedział. Może chodziło o okoliczności ujawnienia? Gdyby sam to powiedział w jakimś wywiadzie albo przynajmniej zasugerował, reakcja może byłaby inna.
Miliony fanów na całym świecie musiało sobie z tą wiedzą poradzić. Sam George Michael starał się sprawę bagatelizować. "Musieliście o tym wiedzieć. Tak, jestem gejem, ale przecież przez to moje piosenki nie stały się nagle gorsze" - przekonywał. Część publiczności mogła się jednak poczuć oszukana. Zwłaszcza fanki, które zasypiały z jego zdjęciem nad łóżkiem. Sytuacja okazała się testem na hipokryzję. Jeżeli rzeczywiście jesteśmy tacy tolerancyjni i poprawni politycznie, jak deklarujemy, to przecież nic się nie stało. Okazało się, że nie jesteśmy i że się stało.

Koniec pięknego snu
Nikt Michaela co prawda otwarcie nie atakował, ale część mediów i publiczności dyskretnie się odsunęła. Sam artysta musiał czuć, co się dzieje, bo kolejną premierową płytę wydał dopiero po ośmiu latach. Album trafnie zatytułowany "Patience" zrobił klapę. Jest niewiarygodnie nudny. Czytając wywiady z nim albo oglądając wprowadzony właśnie na ekrany naszych kin dokument "George Michael: Inna historia", czujemy, że luz jest udawany, że pod przyklejonym uśmiechem ukrywa się człowiek wypalony. Jego kariera nie została co prawda złamana, ale poważnie zwichnięta. Pewnie jeszcze przez wiele lat będzie funkcjonował w okolicach głównego nurtu światowej sceny muzycznej, raz na jakiś bardzo długi czas wydając nową płytę, jednak marzenia o zostaniu nowym Elvisem czy McCartneyem skończyły się tamtej pamiętnej nocy w szalecie w Los Angeles.
Okładka tygodnika WPROST: 28/2007
Więcej możesz przeczytać w 28/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Spis treści tygodnika Wprost nr 28/2007 (1281)


ZKDP - Nakład kontrolowany