Oscylator warszawski

Oscylator warszawski

Prawie tysiąc poszkodowanych i straty sięgające miliarda złotych.
Nie sto, jak podawały kilka tygodni temu media, lecz niemal tysiąc osób zostało oszukanych przez spółkę Interbrok Investment. Nie na prawie sto milionów, jak podawano, lecz na ponad miliard złotych - ustalił "Wprost". Dotarliśmy do części poszkodowanych, odkryliśmy nitki powiązań właścicieli Interbroku. Prowadzą one do liczącego się w Polsce banku, a także do upadłej niedawno Warszawskiej Grupy Inwestycyjnej.

Opera za sto miliardów groszy
"Obrobić bank to jeszcze nic. Założyć bank - to dopiero jest interes" - mawiał dramaturg i pisarz Bertolt Brecht. W Polsce jeszcze lepszym interesem jest założenie firmy przyjmującej pieniądze w celu inwestowania, najlepiej bez wymaganych prawem zezwoleń. W taki właśnie sposób działała warszawska firma Interbrok założona w 1998 r. przez Emila D., Macieja S. i Andrzeja K. Ten ostatni był wiceministrem łączności w latach 1993-1995 (w rządzie SLD). W uważanych za największe przekręty III RP aferach FOZZ i Art-B straty skarbu państwa sięgały odpowiednio 334 mln zł i 420 mln zł. Na upadku Warszawskiej Grupy Inwestycyjnej (w 2006 r.), która prowadziła podobnie jak Interbrok podwójną księgowość, klienci stracili 320 mln zł. Prawie tysiąc poszkodowanych przez firmę Interbrok szacuje swoje straty na miliard złotych. Wśród oszukanych są nazwiska polityków i biznesmenów oraz artystów z pierwszych stron gazet, m.in. szefa gabinetu prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego Marka Ungiera, byłego trenera piłkarskiej reprezentacji Polski Janusza Wójcika, a także Tadeusza Steckiewicza, prezesa zarządu spółki Mennica Polska. Na kontach Interbroku w momencie ich zablokowania było zaledwie 1,65 mln zł. Na razie nie wiadomo, co się stało z resztą pieniędzy. Zagadką jest nie tylko miejsce ich ukrycia, ale także to, jak przez lata mogła funkcjonować w Warszawie firma prowadząca działalność bez wymaganych zezwoleń i obracająca setkami milionów złotych. W 2005 r. w firmie odbyła się kontrola urzędu skarbowego i nie dopatrzyła się nieprawidłowości.

Piramida XXI wieku
W latach 90. XX wieku popularne były tzw. piramidy finansowe. Były to instytucje obiecujące ogromne zyski kapitałowe (zwykle dwu-, trzykrotnie wyższe niż inflacja), ale zajmujące się nie tyle pomnażaniem kapitału, ile pozyskiwaniem coraz to nowych klientów, z których depozytów wypłacano innym zyski. Biznes trwał, dopóki byli chętni do wpłacania pieniędzy. Gdy zabrakło chętnych, biznes upadał. Interbrok stał się klasyczną piramidą finansową, odkąd w 2001 r. zaczął inwestować pieniądze na rynku kontraktów walutowych, tzw. Foreksie. Początkowo biznes szedł dobrze. W 2003 r. pojawiły się jednak pierwsze straty. W 2004 r. wyniosły one około 30 mln zł, a w 2006 r. już 40 mln zł. Mimo wielomilionowych strat, chętnych do inwestowania w Interbroku nie brakowało, gdyż nikt nie znał prawdziwych wyników spółki. Rozwojowi sprzyjał specyficzny marketing polegający na tworzeniu iluzji elitarnego klubu. Aby zostać klientem Interbroku, trzeba było zostać poleconym przez już inwestującego. Janusza Wójcika, posła Samoobrony, do wpłacenia pieniędzy do Interbroku zachęcił doradca klientów VIP w Kredyt Banku, gdzie poseł miał konto. Marka Ungiera zachęcił do inwestycji wieloletni kolega, a przy okazji współwłaściciel Interbroku, Andrzej K.
Biznes się kręcił, ponieważ Interbrok przedstawiał swoim klientom sfałszowane wyniki ich inwestycji. Jeżeli ktoś chciał wypłacić zyski lub kapitał, to nie miał specjalnych problemów. W 2004 r. zainwestował w Interbrok satyryk Tadeusz Drozda. Jak twierdził w rozmowie z "Wprost", namówił go do tego mężczyzna przypadkowo spotkany w warszawskiej restauracji Pod Zachętą. Drozda wpłacił 100 tys. zł. Po roku je wypłacił (potrzebował pieniędzy na zakup nieruchomości), zarabiając na tym około 20 tys. zł.

Bankowe alibi
- O działalności firmy Interbrok dowiedzieliśmy się na początku 2007 r. W lutym skierowaliśmy do prokuratury zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa, polegającego na inwestowaniu cudzych pieniędzy na zlecenie bez posiadania licencji - mówi "Wprost" Stanisław Kluza, przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego. Co ciekawe, KNF nie umieściła podejrzeń dotyczących Interbroku na zestawianej przez siebie liście ostrzeżeń publicznych. Dziś przewodniczący komisji tłumaczy to dobrem toczącego się wówczas śledztwa. Nic więc dziwnego, że wpłaty od klientów nieświadomych rzeczywistej sytuacji firmy Interbrok przyjmował praktycznie do wybuchu afery, czyli do 26 kwietnia 2007 r.
Andrzej K. z Interbroku był w latach 2001-2004 członkiem rady nadzorczej BRE Banku. Drugi współwłaściciel spółki, Emil D., zapewniał klientów, że wszystkie transakcje opierają się na analizach BRE Banku. Twierdził nawet, że ważni pracownicy BRE Banku byli klientami Interbroku. Zaświadczenia o stanie konta firmy i depozytów okazywano klientom na papierze firmowym BRE Banku. - Pan D. każdego nowego klienta informował, że jest chroniony przez kontrakt Interbroku z BRE Bankiem - mówi Lechosław Dowgwiłłowicz-Nowicki, prezes Stowarzyszenia Poszkodowanych przez Interbrok. Inny klient Interbroku w rozmowie z "Wprost" stwierdził, że Emil D. przyjmował go w oddziale BRE Banku przy ul. Królewskiej. Władze BRE twierdzą, że w oddziałach banku odbywają się setki, a może i tysiące spotkań dziennie, więc nie są w stanie odpowiedzieć, czy były takie zdarzenia. Smaczku całej sprawie dodaje to, że Emil D. wspólnie z Andrzejem K. i Krzysztofem Szwarcem, wieloletnim prezesem BRE Banku i członkiem jego rady nadzorczej, w grudniu 2004 r. założyli Fundację im. Jana Blocha, której statutowym celem jest m.in. popularyzowanie przedsiębiorczości i "gotowości do wysiłku i poświęcenia na rzecz ogółu".
- BRE Bank prowadził rachunki bankowe Interbroku, na których były deponowane pieniądze moich klientów - mówi Bogumiła Kowalska, radca prawny reprezentujący około 50 osób poszkodowanych przez Interbrok. BRE Bank nie sprawdził w ostatnich latach, czy firma ma wymagane prawem licencje i zezwolenia. Co ciekawe, już po wybuchu afery BRE Bank zażądał od firm inwestujących na rynku walutowym, które miały u niego rachunek, okazania licencji. Interbrok posługiwał się także gwarancjami BRE Banku. Klienci za dodatkową opłatę (3-5 proc. wartości kapitału) mogli otrzymać od Interbroku gwarancję depozytu wystawioną przez BRE Bank. Gdy spółka upadła, okazało się, że wszystkie gwarancje zostały wcześniej anulowane przez właścicieli Interbroku. Na stronach internetowych BRE Banku można przeczytać, że "bank udziela gwarancji klientom posiadającym zdolność terminowego wywiązania się ze swoich zobowiązań finansowych i rokujących utrzymanie takiego stanu w ciągu całego okresu ważności gwarancji". Zastanawiające jest, że BRE Bank wystawiał gwarancje odnośnie inwestycji, które w każdej chwili mógł sprawdzić i stwierdzić, że przynoszą straty. - W BRE Banku prowadzimy ponad 2 miliony rachunków dla naszych klientów, zarówno korporacyjnych, jak i indywidualnych. Każdy z nich może swobodnie dysponować funduszami zgromadzonymi na własnym rachunku - tłumaczą władze banku.
- Tuż przed upadkiem w marcu i połowie kwietnia 2007 r. BRE Bank wypłacał gotówką Emilowi D. pieniądze z rachunków, chociaż wiedział, że należą one do klientów Interbroku - mówi Dowgwiłłowicz-Nowicki.

Kontrolowany upadek?
Historia Interbroku do złudzenia przypomina ubiegłoroczny upadek WGI. Tam zniknęło 320 mln zł. Tylko niewielką część pieniędzy właściciele WGI stracili na nieumiejętnym zarządzaniu. Prokuratorzy podejrzewają, że duża część mogła zostać wyprowadzona. Co ciekawe, założyciel Interbroku Emil D. był założycielem firmy Ramsed, która później przekształciła się w WGI. Przypadek? Obie firmy łączy lekkie podejście do pieniędzy klientów. Trzej właściciele Interbroku wypłacali co miesiąc około 900 tys. - 1,2 mln zł (rocznie około 12 mln zł), oficjalnie jako wypłatę z zysku dla udziałowców. Pieniądze pobierali także pod pretekstem zwrotu wydatków związanych z działalnością firmy. To wszystko robili, mając świadomość, że spółka przynosi kolosalne straty.
Andrzej K., jedyny z trójki współwłaścicieli, który nie został aresztowany, twierdzi w publicznych wypowiedziach, że sam padł ofiarą oszustwa. W opinii naszych rozmówców K. odgrywał zbyt ważną rolę w działaniu Interbroku, aby się nie orientować w założeniach tego biznesu. To jego rolą było pozyskiwanie klientów z tzw. wyższej półki. - Kilka lat więzienia w zamian za kilkaset milionów złotych to cena do przyjęcia dla niektórych przestępców - twierdzi pracownik wywiadowni gospodarczej, która prowadzi na zlecenie klientów poszukiwanie zaginionych pieniędzy.
Czyżby od początku firma nie miała zamiaru zarabiać na kontraktach walutowych? Jeżeli tak, to czy w ogóle je inwestowała? Odpowiedzi na to pytanie oczekuje około tysiąca oszukanych.


Ilustracja: D. Krupa
Okładka tygodnika WPROST: 28/2007
Więcej możesz przeczytać w 28/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 1
  • eskonter@eskonter.pl   IP
    Kupimy weksle wystawione przez firmy, osoby, spółki. Skupujemy wierzytelności zabezpieczone wekslami.
    Tel. 515-427-786
    www.eskonter.pl
    eskonter@eskonter.pl

    Spis treści tygodnika Wprost nr 28/2007 (1281)


    ZKDP - Nakład kontrolowany