Ucieczka yuppies

Ucieczka yuppies

Polacy chcą drugiej Kalifornii, a nie drugiej Japonii
Gdyby dziesięć lat temu "młody wilk" rzucił posadę albo przeniósł się na wieś, by prowadzić pensjonat, współpracownicy, rodzina i znajomi uznaliby go za wariata. Dziś na kogoś, kto tak robi, mimo że się szybko piął w hierarchii międzynarodowej korporacji doradczej lub sieciowej kancelarii prawniczej, zarabiał 10-30 tys. zł miesięcznie, już niekoniecznie patrzy się podejrzliwie. Coraz więcej polskich yuppies, dzieci kapitalistycznej rewolucji lat 90., obecnych trzydziesto-, czterdziestolatków, odkrywa zalety downshiftingu. To "dobrowolna zmiany pracy na mniej wymagającą, aby cieszyć się życiem w większym stopniu". Termin ukuty przez amerykańskiego psychologa i specjalistę ds. zarządzania zasobami ludzkimi Johna Drake'a w Europie Zachodniej robił karierę już wtedy, gdy u nas dominował trend przeciwny - symbolem sukcesu była dobrze płatna, lecz absorbująca praca w wielkiej korporacji. Ale to się zmienia. Jak wynika z raportu międzynarodowej firmy doradczej Hewitt Associates "Najlepsi pracodawcy w Polsce 2006", pracownicy w średnich firmach są bardziej zadowoleni niż ci w dużych (odpowiednio 59 proc. i 54 proc.), a także częściej z optymizmem oceniają szanse na rozwój swojej kariery (38 proc. i 28 proc.).

Przyjazna firma
- Obserwuję, jak moi absolwenci wytrzymują w korporacjach dwa, trzy lata, po czym odchodzą do mniejszych firm albo zakładają własne. Chcą robić kariery i bogacić się, ale nie chcą też zupełnie rezygnować z prywatnego życia - mówi prof. Andrzej Koźmiński, rektor Wyższej Szkoły Przedsiębiorczości i Zarządzania im. Leona Koźmińskiego. - W latach 90. można było mówić o zjawisku "andersenizacji". Arthur Andersen, ceniona wtedy międzynarodowa firma doradcza i audytorska, wygrywał seryjnie plebiscyty na najlepszego pracodawcę. Dziś takie korporacje postrzegane są nie jako szczyt marzeń o karierze zawodowej, lecz odskocznia, gdzie warto zdobyć kwalifikacje i doświadczenie, aby po jakimś czasie poszukać innej pracy - uważa Przemysław Gacek, szef portalu internetowego Pracuj.pl. W corocznych badaniach AISEC, prowadzonych wśród polskich studentów, trudno to dostrzec - w czołówce pożądanych pracodawców wciąż królują wielkie firmy konsultingowe i producenci z tzw. branży dóbr szybko zbywalnych (ostatnio trzy razy z rzędu wygrywał PricewaterhouseCoopers). Ale już w badaniu Hewitt Associates, przeprowadzonym wśród aktualnych pracowników, tylko 41 proc. osób uznało, że wizerunek ich pracodawcy jest zgodny z ich doświadczeniami dotyczącymi pracy dla niego.
Być może Polacy coraz częściej cenią mniejsze, lecz przyjazne firmy dlatego, że 75 proc. z nich narzeka na przeciążenie pracą, a 51 proc. przyznaje, że nie potrafi pogodzić jej z życiem prywatnym. - Kilkanaście lat temu podaż pracowników znacznie przewyższała popyt ze strony pracodawców. Dlatego pozycja negocjacyjna osób ubiegających się o pracę była dużo słabsza i wymagała niekiedy znacznych ustępstw z ich strony. Dziś rynek pracy zmienił się o 180 stopni - przyznaje Ewa Zając, dyrektor personalny PricewaterhouseCoopers.

Odlot kontrolowany
Sam Drake, współtwórca jednej z największych firm doradztwa personalnego Drake Beam Morin, odszedł z własnej korporacji, założył dwie małe firmy i zaczął pisać książki. Biblią radykalnych zwolenników takiej zawodowej "redukcji biegów" może być "Rok w Prowansji" Petera Mayle'a. Mayle, który 15 lat przepracował w agencjach reklamowych w USA i Europie, zrobił furorę, opisując w 1989 r. swe przygody jako brytyjskiego ekspata, który przeniósł się na francuską wieś (książka sprzedała się w ponad 5 mln egzemplarzy).
Ale downshifting to szaleństwo kontrolowane, a nie lekkomyślna ucieczka w Bieszczady. Nie chodzi o to, by z dobrze opłacanego menedżera stać się bezrobotnym. 35-letnia warszawianka Agnieszka Grabowska po 11 latach spędzonych w takich koncernach jak Raisio Foods, Océ Poland czy ostatnio Jeronimo Martins Dystrybucja założyła własną firmę i zajęła się coachingiem. - Nie da się non stop pracować po 12-14 godzin dziennie. Lubiłam swoją pracę i przynosiła mi ona ogromną satysfakcję, ale byłam po prostu zmęczona - wspomina Grabowska. Teraz pracuje na pół etatu. Pozostały czas poświęca na własny rozwój (certyfikacje, szkolenia).
Zmiana nie musi oznaczać definitywnego spadku dochodów. 43-letni Jarosław Bartosiak w latach 90. przeszedł wszystkie szczeble od handlowca do menedżera w Procter & Gamble, potem został członkiem zarządu operatora telekomunikacyjnego Pilicka Telefonia, będącego w 100 proc. własnością kapitału amerykańskiego (obecny MNI Telecom). Po 15 latach kariery, na początku 2005 r., wraz z żoną, byłą nauczycielką, otworzył pierwsze prywatne przedszkole w rodzinnym Radomiu. - Zarabiam na poziomie porównywalnym z dawną pensją, za rok ją przekroczę. Za to stres jest mniejszy - mówi Bartosiak.

Ucieczka ze świata Dilberta
"Zewnętrzni konsultanci muszą być wiarygodni, skoro nie byli na tyle głupi, by zatrudnić się w twojej korporacji" - to jedno z powiedzonek Dilberta, bohatera komiksu Amerykanina Scotta Adamsa. Adams, wieloletni pracownik m.in. koncernu telekomunikacyjnego Pacific Bell (dziś AT&T Inc.), obecnie ma własną firmę spożywczą, a krocie zarabia na bestsellerowych książeczkach drwiących z pracy w "przegródkach" i tzw. kultury korporacyjnej.
Dla większości fanów Dilberta wadą wielkich korporacji nie jest nawet to, że ceną za szybką karierę może być równie szybkie fizyczne wypalenie się, ale typowe dla dużych organizacji przejawy bezsensu części ich działalności, biurokratycznej inercji. - We własnej firmie pracuję krócej, ale efektywnie wykorzystuję 80 proc., a nie 20 proc. czasu - mówi 41-letni Leszek Paczyński z Warszawy. Był dyrektorem ds. sprzedaży w firmach Unilever, Schwarzkopf & Henkel, szefem marketingu i sprzedaży w TP SA. Wiosną 2006 r. porzucił posadę w telekomie i założył prywatną firmę deweloperską. - Stres ma tu bardziej racjonalny charakter - odpowiadam przed samym sobą za własne pieniądze. Koncernem rządzi inna logika. Przedsiębiorczość i gospodarność jest mniej ceniona niż podporządkowanie się wytycznym centrali - twierdzi Paczyński. Podobnie uważa 39-letnia wrocławianka Wioletta Jastrzębska, która po latach pracy na stanowiskach menedżerskich w dużych firmach założyła razem z dwiema wspólniczkami agencję public relations PReria. - Gdy muszę pomyśleć nad projektem, mogę to zrobić w parku, zamiast tkwić za biurkiem. A właśnie wedle tego kryterium w niektórych koncernach ocenia się wydajność pracownika. Własna firma działa prężniej niż najbardziej nawet samodzielny dział w koncernie - mówi Jastrzębska.
- W pracy na własny rachunek frajdę przynosi każdy detal, ot, choćby wymyślone i zaprojektowane dla swojej firmy logo. Człowiek odzyskuje poczucie, że jego działania przekładają się na realne wyniki - mówi Maciej Kossowski, który po sześciu latach pracy analityka w Expanderze został współzałożycielem firmy Wealth Solutions.

Druga Kalifornia
O ból głowy działy rekrutacyjne koncernów przyprawia to, że odchodzących yuppies coraz trudniej zastąpić. Na rynek pracy wkracza nowe pokolenie ochrzczone mianem generacji Y - młodzi ludzie umiejący jednocześnie grać na konsoli, wysyłać SMS-y, oglądać amatorskie wideo na YouTube i prowadzić czat o wadach telewizorów plazmowych. "To najbardziej kreatywna i wydajna siła robocza w historii, ale też najdroższa w utrzymaniu" - stwierdził w majowym wydaniu magazynu "Fortune" Bruce Tulgan, współzałożyciel firmy badawczej RainmakerThinking.
Do wyobraźni "igreków" przemawia Googleplex, siedziba internetowego potentata Google w kalifornijskim Mountain View - miejsce, w którym widok programistów grających w karciane role-playing na korytarzach nikogo nie dziwi (są zachęcani do poświęcenia jednej piątej czasu pracy na rozwój zainteresowań). Amerykański bank inwestycyjny Merrill Lynch organizuje m.in. "rodzinne dni otwarte", by rodzice mogli zwiedzić biura, w których pracują ich dorosłe dzieci (i wpłynąć na nie, by nie porzucały tak świetnych posad).
W Polsce o podobnym zjawisku świadczy na przykład rozwój swoistej oferty socjalnej, którą kuszą pracowników korporacje. Do należących do standardu opieki medycznej, programów emerytalnych, polis na życie czy szkoleń dochodzą dziś firmowe żłobki i przedszkola, niekonwencjonalne metody wynagradzania (jak premie za wciągnięcie do pracy w koncernie znajomych). Mimo to coraz częściej zasadniczą sprawą staje się czas i forma pracy. - Żadna korporacja nie może ignorować tego trendu, jeśli chce pozyskać najlepszych pracowników i utrzymać ich przez całą ich karierę - od stażysty do współwłaściciela. W ostatecznym rachunku jest to dla niej korzystne: firma dużo więcej osiągnie w biznesie, jeśli będzie się opierać na usatysfakcjonowanych, zmotywowanych pracownikach - mówi Ewa Zając.
Gdy obecni absolwenci słyszą, że mają pracować 60 godzin tygodniowo, pytają, co jest nie tak z firmą, skoro nie potrafi wykonać tych zadań w 40 godzin. Nie chcą drugiej Japonii, lecz drugą Kalifornię.


Wojna o talenty
Joanna Chylewska
konsultant zarządzający Hewitt Associates
Osłabł znany z lat 90. "wyścig szczurów". Coraz częściej spotykam menedżerów, którzy zamienili wysokie stanowiska w koncernach na posady w małych i średnich firmach. Wynagrodzenia w gospodarce na ogół osiągnęły już poziom gwarantujący zabezpieczenie podstawowych potrzeb, więc rośnie znaczenie świadczeń pozafinansowych. Pracodawcy, aby wygrać "wojnę o talenty", oferują m.in. elastyczny czas pracy, możliwość zatrudnienia na część etatu lub pomoc w organizowaniu życia osobistego. Znaczenia nabiera też tzw. kultura organizacyjna firmy. Niekiedy pracodawcy świadomie proponują aplikantom pensję znacznie niższą od rynkowej, uważając, że osoba ceniąca specyficzną kulturę pracy jest w stanie to zaakceptować. Małej firmie często łatwiej spełnić tego rodzaju wymagania niż dużej korporacji.
Trend ten wzmacnia też wejście na polski rynek pracy pokolenia niżu demograficznego. Ci młodzi ludzie nigdy o nic nie walczyli, nie buntowali się. Wszystko przychodzi im łatwiej, a zarazem bardzo się cenią. Nasi klienci skarżą się, że oczekiwania młodych aplikantów są niewspółmierne do realiów. Dla większości z nich nie istnieje słowo "dyspozycyjność".

Firma w oczach Polaków
75%
narzeka na częste przeciążenie pracą

57%
sądzi, że musiałyby wystąpić szczególnie ważne powody, by odeszli z firmy

50%
poleciłoby swoją firmę znajomym

49%
uważa, że zachowuje równowagę między życiem osobistym i zawodowym

48%
uważa się za zaangażowanych w działalność firmy (gotowych do dodatkowego wysiłku, aby odniosła sukces)

31%
uważa, że cieszy się w firmie uznaniem

41%
uważa, że wizerunek firmy jest zgodny z ich własnymi doświadczeniami z pracy w niej

39%
jest zadowolonych z praktyk i procedur obowiązujących w swojej firmie

27%
jest zadowolonych z poziomu wynagrodzenia i innych świadczeń


Fot: K. Pacuła
Okładka tygodnika WPROST: 28/2007
Więcej możesz przeczytać w 28/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Spis treści tygodnika Wprost nr 28/2007 (1281)


ZKDP - Nakład kontrolowany