Niewolnik panem

Niewolnik panem

Liberia, czyli kiepski eksperyment białych dla czarnych
W szary styczniowy dzień 1820 r. z portu w Nowym Jorku wypłynął żaglowiec. Jego maszty szybko rozpłynęły się w sinej mgle zalegającej nad Atlantykiem. Statek, na którego burcie widniała nazwa "Elizabeth", wziął kurs na południowy wschód. "Elizabeth" nie była zwykłym transportowcem. Na jej pokładzie znajdowało się kilkudziesięciu czarnoskórych ochotników, byłych niewolników, którzy po latach spędzonych na plantacjach bawełny wracali do Afryki, skąd niegdyś porwano ich rodziców.
"Elizabeth" po kilku tygodniach żeglugi po Atlantyku dotarła do wyspy Sherbro u wybrzeży Sierra Leone. To tu, na ziemi przekazanej przez brytyjskie władze kolonialne, miało się zacząć nowe życie byłych niewolników. Niestety, szybko okazało się, że warunki panujące na wyspie są nie do zniesienia. Bagnisty teren, wszechobecna wilgoć i chmary moskitów roznoszących tropikalne choroby spowodowały śmierć części przesiedleńców. Zamiast do obiecywanego przez białych raju trafili do piekła.

Murzyn zrobił swoje i niech wraca
Organizatorem wyprawy było Amerykańskie Towarzystwo Kolonizacyjne (ACS). Utworzyła je w grudniu 1816 r. grupa wybitnych postaci amerykańskiego życia publicznego. Wśród założycieli towarzystwa znaleźli się między innymi Andrew Jackson, zwycięzca spod Nowego Orleanu w wojnie z Brytyjczykami w 1812 r. i późniejszy prezydent USA (1829-1837), autor amerykańskiego hymnu Francis Scott Key i Bushrod Washington, ukochany bratanek pierwszego prezydenta USA, sędzia Sądu Najwyższego.
Panowie spotkali się po raz pierwszy w waszyngtońskim hotelu Davis, gdzie ustalili, że ich celem jest pozyskanie funduszy na akcję przesiedlania czarnoskórych niewolników i ich potomków do Afryki. Jak odnotowała ówczesna gazeta "Daily National Intelligencer", podczas spotkania nie rozważano kwestii wyzwolenia niewolników "ani teraz, ani w przyszłości". Warunkiem uzyskania wolności przez niewolnika miało być opuszczenie przez niego Ameryki. Do ACS należało zorganizowanie akcji przesiedleńczej. Inicjatywa towarzystwa oddawała ducha tamtych czasów - z jednej strony rozumiano, że handel ludźmi jest barbarzyństwem, jednak z drugiej strony, rasistowskie poczucie wyższości nad Murzynami wykluczało jakąkolwiek formę społecznego współżycia z nimi w przyszłości.
Pomysł tworzenia w Afryce kolonii byłych niewolników nie był oryginalną ideą ACS. Pierwsi wpadli na to Anglicy, tworząc w 1787 r. w zachodnioafrykańskiej kolonii Sierra Leone Freetown, miasto wyzwolonych niewolników. Francuzi z kolei założyli podobną osadę w Gabonie. Nazwali ją Libreville, stało się to jednak dopiero w 1849 r. Ogarniające pod koniec XVIII wieku i na początku XIX stulecia cały zachodni świat prądy oświecenia rozbudziły świadomość, że niewolnictwa nie da się pogodzić z coraz powszechniejszym dążeniem do wolności. W Ameryce takie przekonanie wzmagała ponadto ożywiona działalność protestanckiej sekty kwakrów. Kwakrzy twierdzili, że niewolnictwo jest sprzeczne z chrześcijańską ideą równości każdego człowieka i domagali się abolicji, czyli zniesienia niewolnictwa. Gorąco wspierali pomysł przesiedlania wyzwoleńców do Afryki, widząc w tym szansę na działalność misyjną - nawróceni dawni niewolnicy mieli nieść w Afryce Słowo Boże.

Stany zjednoczone białych
Ruch abolicyjny przybrał na sile po ogłoszeniu niepodległości przez Stany Zjednoczone w 1776 r. Kraj, który powstał jako ucieleśnienie oświeceniowych ideałów wolności, nie mógł tolerować niewolnictwa. Pierwszy zniósł je (już w 1777 r.) stan Maryland. Jego śladem poszły następne. W 1804 r. w żadnym północnym stanie nie było niewolnictwa, a trzy lata później oficjalnie zakazano handlu żywym towarem.
Nie oznaczało to jednak, że w Ameryce nie było niewolników. Ich ogromne rzesze wciąż pracowały na bawełnianych plantacjach Południa. Plantatorzy nie zamierzali iść z duchem czasu. Po pierwsze dlatego, że brakowało im taniej siły roboczej, a po drugie, ich mentalność zmieniała się zbyt wolno, by nagle zrozumieć, że czarnoskóry niewolnik nie jest wołem roboczym, lecz takim samym człowiekiem jak oni. Na Południu nadal więc kwitł handel niewolnikami, a nielegalne transporty "świeżej siły roboczej" przybijały do portów jeszcze w 1862 r.
Północ też nie była oazą tolerancji. Większość Amerykanów nie chciała żyć wspólnie z czarnoskórymi wyzwoleńcami. Traktowano ich jak prymitywnych dzikusów, obawiano się ich i trzymano od nich z daleka. W tym czasie na Haiti wybuchło murzyńskie powstanie. To działało na wyobraźnię białych Amerykanów, zwłaszcza że bunty niewolników w południowych stanach Ameryki nie należały do rzadkości i wiele z tych rebelii miało wyjątkowo krwawy przebieg. Nie było więc pewności, czy Murzyni nie wzniecą ogólnokrajowej rewolty. Pomysł przesiedlenia ich z powrotem do Afryki był zatem nie tyle próbą zadośćuczynienia za wyrządzone im wcześniej krzywdy, ile sposobem pozbycia się niechcianej społeczności. Dlatego inicjatywa ACS została życzliwie przyjęta przez Kongres USA, który przyznał towarzystwu 100 tys. USD na rozpoczęcie działalności. Ogromny entuzjazm wykazał też prezydent Stanów Zjednoczonych James Monroe, który w dowód wsparcia dla akcji przesiedleńczej zapisał się do ACS.

Liberty za 300 dolarów
Początkowo byli niewolnicy mieli trafiać na wyspę Sherbro. Gdy okazało się, że panujący tam klimat uniemożliwia kolonizację, towarzystwo wysłało do Afryki swojego przedstawiciela Eli Ayresa, który wraz z porucznikiem marynarki Robertem Stocktonem rozpoczął poszukiwania obszarów, na których warunki byłyby bardziej sprzyjające. Wybrano przylądek Mesurado, gdzie wytypowano do zasiedlenia pas wybrzeża o szerokości prawie 5 km i długości 58 km. Ayres odkupił ten teren od tubylczych plemion. Zapłatą była broń, alkohol i błyskotki o wartości niespełna 300 USD. Nowa ziemia obiecana otrzymała nazwę Liberia od słowa liberty, czyli wolność.
25 kwietnia 1822 r. do Liberii przybyli pierwsi wyzwoleńcy z Ameryki. Dołączyła do nich grupa niedobitków z wyprawy "Elizabeth", którym udało się przetrwać dwa koszmarne lata na wyspie Sherbro. Początkowo wszystko szło całkiem nieźle, do portu Christopolis (przemianowanego na cześć prezydenta Monroe na Monrovię) przybywały kolejne transporty dawnych niewolników. Wkrótce w ślad za ACS powstały kolejne instytucje organizujące akcję przesiedleńczą. Własne kolonie na wybrzeżu liberyjskim założyli m.in. kwakrzy, Towarzystwo Kolonizacyjne Stanu Maryland oraz podobne grupy z Wirginii i Missisipi. Wszystkie te kolonie połączyły się w ciągu następnych lat we Wspólnotę Liberyjską.
W 1847 r. Liberia formalnie ogłosiła niepodległość, stając się drugim obok Etiopii suwerennym państwem na rozszarpywanym przez europejskie mocarstwa Czarnym Lądzie. Pierwszym prezydentem został urodzony w Ameryce przesiedleniec Joseph Jenkins Roberts, dotychczasowy gubernator wspólnoty.

Chcemy do Ameryki!
Życie osadników, choć znośniejsze niż na wyspie Sherbro, dalekie było od sielankowego obrazu, jaki kreślono wyzwolonym niewolnikom w Ameryce. Odzwyczajeni od afrykańskiego klimatu amerykańscy Murzyni zapadali na malarię i żółtą febrę. Szybko też popadli w konflikt z tubylcami. Przybysze z Ameryki nazywający samych siebie Ameryko-Liberyjczykami uważali miejscowe plemiona za nieokrzesanych dzikusów, odmawiali im elementarnych praw obywatelskich i traktowali niemal jak niewolników. Okazało się, że amerykańscy przesiedleńcy przenieśli do Liberii wzory zachowań, jakie znali z amerykańskich plantacji bawełny. Tym razem to oni zajęli miejsce pana, a niewolnikami stali się tubylcy.
Mimo że na akcję przesiedleńczą zebrano duże fundusze, chętnych do wyjazdu szybko zaczęło brakować. Ruch abolicyjny był coraz silniejszy i coraz więcej Murzynów odzyskiwało wolność. Jednocześnie większość z nich nie czuła już żadnych związków z Afryką i nie chciała wyjeżdżać. Czarni Amerykanie z nieufnością patrzyli na towarzystwa przesiedleńcze, doszło nawet do tego, że ci, którzy wyjechali do Liberii, chcieli wracać do Ameryki. W sumie akcja zakończyła się fiaskiem, do Liberii przesiedlono zaledwie 14 tys. osób.
Działalność towarzystw kolonizacyjnych praktycznie ustała po wojnie secesyjnej (1861-1865), gdyż w 1862 r. prezydent Abraham Lincoln, chcąc zyskać poparcie czarnoskórej ludności mieszkającej na Południu, proklamował zniesienie niewolnictwa (Emancipation Proclamation). Epoka niewolnictwa w Ameryce skończyła się, a wraz z nią idea państwa wyzwolonych niewolników.


Chata wuja Sama
Niewolnictwo jest znane od zarania cywilizacji. Było powszechnie akceptowane w starożytności - w Egipcie, Mezopotamii, Grecji i Rzymie. W epoce chrześcijańskiej zanikło, choć w innych kulturach, np. w świecie islamu, było nadal praktykowane. Prekursorami nowożytnego niewolnictwa stali się Hiszpanie, którym zabrakło rąk do pracy w amerykańskich koloniach. W miejsce Indian, którzy masowo wymierali na przywleczone z Europy choroby, sprowadzano z Afryki Murzynów. Pierwszy transport czarnoskórych niewolników dotarł na Karaiby już w 1517 r., a więc zaledwie ćwierć wieku po odkryciu Ameryki. Wraz z podbojami kolonialnymi liczba niewolników rosła. Do Ameryki Północnej niewolników masowo sprowadzali Anglicy. Pierwsi Murzyni znaleźli się na obszarze dzisiejszych Stanów Zjednoczonych w 1617 r. Początkowo pracowali na farmach tytoniowych i plantacjach trzciny cukrowej, potem większość wykorzystywano na plantacjach bawełny. W 1619 r. w Ameryce Północnej było zaledwie 2 tys. niewolników, w połowie XIX wieku ich liczba przekroczyła 4 mln. XVIII stulecie przyniosło zmiany w postrzeganiu niewolnictwa. Uznano je za zjawisko sprzeczne z ideą wolności każdego człowieka. Państwa kolonialne stopniowo zaczęły ograniczać niewolnictwo. Wielka Brytania zakazała go w swoich koloniach na zachodniej półkuli w 1833 r., Francja w Indiach Zachodnich - w 1848 r., Amerykanie znieśli je dopiero po wojnie secesyjnej, w 1865 r. Ostatnim krajem, który akceptował niewolnictwo, była położona na zachodnim skraju Sahary Mauretania. Tam zniesiono je dopiero w 1980 r.
Więcej możesz przeczytać w 33/2003 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0

Spis treści tygodnika Wprost nr 33/2003 (1081)