Skibą w mur - Rocznica Cyca

Skibą w mur - Rocznica Cyca

Dodano:   /  Zmieniono: 
Big Cyc narodził się z absurdalnych ulicznych happeningów. Rockowe dziecko podziemia było rozkrzyczane i brzydkie
Zaczynaliśmy jako happenerzy Pomarańczowej Alternatywy, biegając po ulicach w żółtych kalesonach z tabliczkami "Galopująca inflacja". Urządzaliśmy dziwne akcje, takie jak "Niezależne obchody Dnia Dziecka" czy "Międzynarodowy Dzień Tajniaka". Przebrani za krasnoludki okupowaliśmy dachy kiosków Ruchu i rzucaliśmy landrynkami w milicjantów, krzycząc do nich: "Smerfy!". Na kolegium ds. wykroczeń broniliśmy się przed zarzutami o "czynną napaść na funkcjonariuszy", twierdząc, że słodycze, którymi "obdarowaliśmy" stróżów prawa, to były miękkie toffi i krówki ciągutki - towar w socjalizmie niemalże luksusowy.
Ruch Pomarańczowej Alternatywy przedrzeźniał siermiężną rzeczywistość u schyłku szarej komuny. Uznaliśmy, że sytuacja jest chora i wymaga natychmiastowej pomocy lekarza. Uzbrojonym w pały zomowcom wręczaliśmy tabletki od bólu głowy i dezodoranty Brutal, bandażowaliśmy drzewa i znaki drogowe. Niestety, próba zagipsowania radiowozów się nie powiodła. Z absurdalnych ulicznych happeningów narodził się Big Cyc. Rockowe dziecko podziemia było rozkrzyczane i brzydkie. Poród zespołu nastąpił z wielkim hukiem. Zaproszenie, które rozesłaliśmy mediom, zawiadamiało o "Turnieju biustów", który miał się odbyć w rocznicę wynalezienia biustonosza. Instynktownie czuliśmy, że gołe cyce będą dla dziennikarzy większym magnesem niż muzyka rockowa. Na oglądanie cyców do małego klubu studenckiego przyjechało kilkudziesięciu dziennikarzy, w tym ówczesna reporterka Trójki Monika Olejnik. Gdy okazało się, że jedyny biust, jaki możemy pokazać, to owłosiony tors naszego basisty, wybuchła panika. Dziennikarze, słysząc "utwory" zespołu, uciekali w popłochu, gubiąc aparaty fotograficzne, prezerwatywy i portfele. Ten wspaniały widok przekonał nas, że słodko jest być gwiazdą rocka.
Gdy dwa lata później ukazała się nasza pierwsza płyta (z okładką przedstawiającą Lenina z punkowym irokezem), staliśmy się sensacją sezonu. Ja, mimo że zupełnie nie potrafię śpiewać, nagle zostałem cenionym wokalistą. Mieliśmy przeboje w radiu i tłumy na koncertach. Piraci sprzedawali nasze płyty na łóżkach polowych przed Pałacem Kultury razem z tak cennymi dobrami, jak damskie rajstopy i niemieckie puddingi. Dziewczyny rzucały biustonosze na scenę, a pracownicy filharmonii dostawali biegunki na sam nasz widok. W tamtych zamierzchłych czasach normalką były bójki na koncertach i wynoszenie zębów wiadrami. Niestety, ponieważ staliśmy na scenie i trzymaliśmy gitary, nie zawsze mogliśmy brać w nich udział. W branży muzycznej powszechnie uważano nas za osobników niebezpiecznych i chorych psychicznie.
Mimo powszechnej opinii głoszącej, że kontakt z Big Cycem grozi serią bolesnych zastrzyków, mieliśmy wielu fanów wśród społeczności profesorskiej. Naszym wielkim sympatykiem okazał się profesor Ryszard Bender, który będąc członkiem Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, publicznie pochwalił się, że ma plakat Big Cyca. Na plakacie tym widniała zakonnica susząca prezerwatywy i z pewnością to właśnie ten obrazek tak bardzo spodobał się Rysiowi. Z kolei wybitny językoznawca profesor Jan Miodek na płycie "Z gitarą wśród zwierząt" zgodził się wygłosić wykład na temat pochodzenia słowa "cyc". Jak się okazało, "cyc" to słowo będące prowokacją stylistyczną opartą na naturalnym dźwięku ssania niemowlęcego. Naukowcy odkryli, że pierwszym słowem wypowiadanym przez noworodka nie jest ani "mama", ani "tata", tylko właśnie "cyc". Triumfowaliśmy, gdy dowiedziono, że dzieci karmione cycem są inteligentniejsze od tych karmionych mlekiem z butelki.
Jedni nas kochali, inni nienawidzili. Wokalistka disco polo Shazza obraziła się za piosenkę o sobie, a Krzysztof Krawczyk i Grzegorz Ciechowski gratulowali złośliwych parodii. Fani Radia Maryja pikietowali nasz koncert w Vancouver, sprzeciwiając się "rozpasaniu wśród kanadyjskiej Polonii", a studenci języków słowiańskich z Bazylei uczyli się polskiego, tłumacząc tekst piosenki o babci klozetowej. Ksiądz Jankowski modlił się za nas w kościele, a policja uznała, że każdorazowy przyjazd zespołu do miasta to najwyższy stopień zagrożenia. Korwin-Mikke zgodził się zjeść ze mną deklaracje podatkowe przed Ministerstwem Finansów, a premier Buzek dostrzegł, że nie chodzę do solarium. Z czasem Big Cyc - podobnie jak Aleksander Małachowski - stetryczał i złagodniał. Zdarza nam się jeszcze stroić głupie miny i ugryźć kogo trzeba, ale robimy to bardziej z przyzwyczajenia niż z rewolucyjnego żaru. Tydzień temu w Gdańsku hucznie obchodziliśmy piętnaste urodziny zespołu. Był koncert, parada uliczna, zianie ogniem, szampany, tort w kształcie cycków i czterdzieści tysięcy fanów. Teraz mamy już moralne prawo zacząć budować sobie mauzoleum. Tym bardziej że ja po piętnastu latach grania w tym zespole dorobiłem się nadwagi, nadciśnienia i płaskostopia mózgu.
Więcej możesz przeczytać w 33/2003 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0

Spis treści tygodnika Wprost nr 33/2003 (1081)