Ucieczka z PRL

Ucieczka z PRL

Nawet taśmy Oleksego nie  ożywią sporów o komunizm
Taśmy Oleksego mogą w Polsce wiele zmienić. Mogą ostatecznie skompromitować postkomunistyczną lewicę. Ta jednak nie z takich opałów już wychodziła, więc pewnie i to przeżyje. W końcu Polska to nie Węgry, by jawne przyznanie, że się miało wyborców w dupie, kogokolwiek oburzyło.
Taśmy już wywołały Aleksandra Kwaśniewskiego z lasu, a jego powrót do polityki może lewicę uratować i wywindować w sondażach. Ba, w perspektywie tenże Kwaśniewski mógłby nawet niechcący reanimować ideę PO-PiS. Platforma Obywatelska, osłabiona podgryzaniem z lewej strony, może odpuścić sobie kalkulacje, by zgarnąć całą pulę w następnych wyborach, i już teraz przeprosić się z Kaczyńskimi. Szanse na taki rozwój wypadków są jednak raczej zerowe, chociaż - jak wiadomo - w Polsce nie ma rzeczy niemożliwych.

Rozgrzebana rewolucja
Scenariuszy, które mogą powstać na podstawie taśm Oleksego, jest sporo. Jednego owe taśmy nie spowodują na pewno. Nie ożywią sporów o komunistyczną przeszłość. Czas dyskusji o komunie, PRL i esbekach dobiegł końca. Historycy, publicyści, a zapewne i przeciętni Polacy nieraz będą się o to kłócić zawzięcie, ale przeszłość przestała być paliwem politycznym. Odwrót od rozliczeń, koniec dekomunizacji i walki z agentami ogłaszano w ciągu ostatnich kilkunastu lat wielokrotnie. Za każdym razem powód miał być jeden - młodych ludzi żadna komuna nie interesuje, a i starsi nie chcą już wracać do wydarzeń sprzed lat. Rozumowanie to okazało się jednak głęboko nietrafne. To właśnie aktywna politycznie część młodych ludzi miała serdecznie dosyć niedokończonej rewolucji, reglamentowania prawdy historycznej i niejawnych powiązań rodem z PRL. To właśnie oni głosowali na PO i PiS, obiecujące uporanie się z komunistyczną przeszłością. Dlaczego więc te argumenty miałyby przestać do nich trafiać? Z pewnością nie dlatego, że rozliczono się już ze spadkiem po reżimie.
Najlepszym przykładem tego, jak niewiele zrobiono, by się od reżimu uwolnić, jest sprawa lustracji. Druga, a właściwie już trzecia obowiązująca ustawa, 10 lat lustrowania polityków, 7 lat działalności IPN, tysiące polemik i sporów, procesów i oskarżeń, a esbeckie archiwa nadal pozostają zamknięte. Może nie zamknięte na głucho, bo historycy mają do nich dostęp, ale najprostsze, jedyne logiczne rozwiązanie, jakim byłby powszechny dostęp do teczek, wciąż nie doczekało się pełnej realizacji i zapewne się nie doczeka.
Lustracja była w rozliczeniach z PRL sprawą symboliczną, ale sferę symboli zaniedbano jak żadną inną. Przez ostatnich siedemnaście lat zabrano emeryturę jednemu (!) sędziemu z całej armii tych, którzy w latach 80. skazywali opozycjonistów na najcięższe kary. Nie tylko żaden z nich nie trafił do więzienia, ale wszyscy albo sądzą nadal, albo pobierają (poza jednym pechowcem) sowite emerytury. Jednocześnie Anny Walentynowicz nie stać na wykupienie lekarstw. Przykłady te najlepiej świadczą o tym, jak niepodległa Polska potrafiła nagrodzić ludzi walczących o jej wolność i ukarać przestępców.
Nie złamano ubecko-nomenklaturowego układu oplatającego całe branże gospodarki (firmy ochroniarskie), nie uleczono skorumpowanych korporacji zawodowych, nie odkryto prawdy o demoralizacji panującej w nauce i szkolnictwie. Przykłady można mnożyć. Skoro więc z idei IV RP została tylko idea, a z hasła rewolucji moralnej łup dla satyryków, to dlaczego pomysł uczciwego, nie opartego na zemście, lecz na prawdzie rozliczenia z przeszłością miałby odejść do lamusa?

Gruba kreska Kaczyńskiego
Polacy przekonali się, że prawdziwego rozliczenia z przeszłością nie da się zrobić. Po pierwsze, nie ma kto tego zrobić. Nie ma wśród polskich polityków ludzi bardziej zdeterminowanych niż Kaczyńscy, by zwalczyć pozostałości po PRL, by uporać się z komunistycznym garbem. Jeśli więc za rządów tych ludzi wymazywanie śladów po komunie idzie tak marnie, to za rządów kogokolwiek innego byłoby tylko gorzej - ta konstatacja została przez rodaków przyswojona. Ci, dla których sprawa stosunku do najnowszej historii ma fundamentalne znaczenie, nadal będą głosować na PiS lub - z drugiej strony - na SLD czy Samoobronę. Większość wyborców uzna jednak w tej sytuacji, że rozliczenie z przeszłością jest problemem nierozwiązywalnym. Tak jak nie da się w ciągu miesiąca zlikwidować bezrobocia, rozdać zapomóg wszystkim biednym i z każdego szpitala zrobić kliniki jak z "Na dobre i na złe", tak też widocznie nie da się zerwać z przeszłością raz, a dobrze.
Rozumieją to wyborcy, pojęli i politycy. Na konwencji programowej PiS o przeszłości nie było ani słowa. Cała ta impreza została zrealizowana wręcz po to, by pokazać rodakom, że kojarzące się im wyłącznie z rozliczeniami PiS to zupełnie inna formacja. Jej liderzy powiedzieli wprost: przeszłość odcinamy grubą kreską.
Problem z rozliczeniem peerelowskiej przeszłości nie polega jednak tylko na braku kadr. Nie bardzo też wiadomo, jak miano by się z tą przeszłością uporać. W sferze symboli rzecz jest dość prosta: Ordery Orła Białego dla ludzi pokroju Andrzeja Gwiazdy czy Anny Walentynowicz są czytelniejszym komunikatem niż setki orędzi i przemówień, a dobrze zrobione Muzeum Powstania Warszawskiego więcej mówi o tym, co dla Polaków jest ważne, niż wszystkie uchwały Sejmu ostatnich kadencji. Znacznie trudniej jednak pokonać postkomunistyczny nowotwór w gospodarce czy życiu społecznym. Dekomunizatorzy szybko się przekonali, że prawo własności trzeba szanować i nic nie zmieni tu twierdzenie, że właściciel jest szubrawcem, a wszelkie komisje do zbadania złodziejskiej prywatyzacji świetnie wyglądają tylko podczas kampanii wyborczych. Sędziów niegodnych swych tóg też nie można było skazać, nie tylko dlatego, że sądzili ich koledzy, ale i dlatego, że zabrakło odpowiednich przepisów. Politycy, którzy chcieli dokonać szybkich rozliczeń z przeszłością, mogli więc swe starania skwitować Witkiewiczowską frazą: "Są tylko dwa pytania: kto i po co? Jest jeszcze trzecie pytanie: jak? I na to mam odpowiedź - otóż jeśli nie znamy odpowiedzi na dwa pierwsze pytania, to wszystko jedno jak".

Goleń zamiast sierpa
W 2007 r. dowody osobiste odbiorą Polacy urodzeni już w III RP. Dokonywane w latach 80. przez "nieznanych sprawców" morderstwa księży czy prześladowania robotników to dla nich rzeczywistość równie odległa jak carskie zsyłki na Sybir. Ci ludzie nie będą protestować przeciw ujawnieniu "nieznanych sprawców", być może temu nawet przyklasną, ale trudno od nich wymagać, by mieli do tego emocjonalny stosunek, by było to dla nich decydujące kryterium podczas dokonywania politycznych wyborów.
Nie jest to wcale taka zła wiadomość. Zamiast lamentować nad upadkiem moralnym młodych, dostrzeżmy, że odejście od kołowrotu z nieustannymi próbami rozliczenia komuny pomoże zracjonalizować politykę. Skoro już nie lustracja i dekomunizacja będą porządkować scenę polityczną, to może wreszcie dowiemy się np., czy PiS kiedykolwiek obniży podatki. Dziś za program wystarczy antykomunistyczna przeszłość, ale może za dwa lata partie będą zmuszone powiedzieć, jak konkretnie wyobrażają sobie przyszłość "darmowej", ale zdychającej służby zdrowia.
Nawet ewentualne założenie przez Kwaśniewskiego nowej partii - ekumenicznie łączącej przeciw faszyzmowi Kaczyńskich takich polityków, jak Miller, Janik i Olejniczak z Geremkiem, Onyszkiewiczem czy Piskorskim - nie wywoła upiorów PRL. Cokolwiek by mówić, Polakom Kwaśniewski i Miller kojarzą się przecież z III RP, a nie z komunizmem. Spory o jej dorobek pozostaną żywe tak długo, jak długo aktywni będą w polityce jej twórcy, ale do walk z księstwem Prezia i Księżniczki sierp i młot już się nie przydadzą. Raczej mercedes Pęczaka i kontuzjowana goleń.


Fot: A. Jagielak
Okładka tygodnika WPROST: 14/2007
Więcej możesz przeczytać w 14/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Spis treści tygodnika Wprost nr 14/2007 (1267)


ZKDP - Nakład kontrolowany