Idealizm racjonalistów

Idealizm racjonalistów

Wierzę, że wyrwiemy się spod władzy wiary i wrócimy pod władzę rozumu
Nie wiem, czy Państwo zauważyli, jaką zdumiewającą karierę zrobiła w naszych czasach wiara? Nie myślę tu o wierze religijnej, wierze w Boga, w Absolut, w porządek rzeczy, tylko o wierze jako fundamencie polityki albo planowania gospodarczego. Wierze jako podstawie kształtowania stosunków międzynarodowych, bazie decyzji wyborczych albo finansowych. Wierze, która zastępuje wiedzę, analizę, a nawet zdrowy rozsądek przy osądzie spraw i wydarzeń. Kiedyś mówiło się: wiem, przypuszczam, sądzę, mniemam, jestem pewny. Jeśli w ocenie spraw świeckich była mowa o wierze, to nie o wierze sauté. Mówiło się: mam podstawy, aby wierzyć. Dziś większość wypowiedzi publicznych na najrozmaitsze tematy zaczyna się od frazy: Wierzę, że...
Czy można mieć zaufanie do mężów stanu, którzy politykę państwa opierają na rzeczy tak bezpodstawnej jak czysta wiara, i to nie w zbawienie po śmierci, ale w polityczne cuda za życia? Cała sfera polityki, która powinna być twierdzą racjonalizmu, a nawet cynizmu, przeżarta jest irracjonalizmem. Co chwila ktoś nam oznajmia swoje kredo. Wierzy, że bezrobocie spadnie, a gospodarka się rozwinie, albo - jeśli jest z opozycji - że wszyscy zostaniemy bez pracy, a gospodarka upadnie, choć akurat ekonomia nie powinna być oparta na aktach strzelistych, tylko na znajomości przedmiotu, faktach i ich naukowej analizie. Politycy wierzą, że Rosja się zdemokratyzuje i ucywilizuje swoje stosunki z sąsiadami i na takiej wierze budują przyszłość. Z kolei inni nie wierzą w przemiany rosyjskie, a raczej wierzą, że one nigdy nie nastąpią. Ani jedna, ani druga wiara nie są wiarygodne, jeśli tak można się wyrazić o wierze. Lepiej by było, aby polityka wobec Rosji opierała się na informacjach i ocenach.
Politycy ugrupowań, szczególnie tych, które są pod kreską poparcia społecznego, wierzą, że wygrają wybory. Wiara, że jesteśmy wszyscy razem, obywatele i wyborcy, naiwnymi głupkami napędza wewnątrzpartyjne reformy i zmiany personalne w ugrupowaniach politycznych, ich podziały oraz łączenie się z powrotem w koalicje. Wielkie afery kryminalne III Rzeczypospolitej są wyjaśniane - czy raczej zaciemniane - z użyciem wiary. Nie wierzę, żeby mógł ukraść. Nie wierzę, żeby był zamieszany. Wierzę, że jest człowiekiem uczciwym - tak mówi się o osobach podejrzanych niebezpodstawnie o najrozmaitsze przekręty. Sami zainteresowani też nie mogą uwierzyć, że złamali prawo. Wierzą, że padli ofiarą ohydnej politycznej intrygi i podłej manipulacji.
Idealizm czy fideizm, w tym wypadku rozumiany jako czysta wiara w jej sprawczą moc, szerzy się w polskim życiu publicznym jak pożar buszu. Filmowcy wierzą, że jeśli dostaną odpowiednią ilość gotówki z pieniędzy publicznych, ich talenty ulegną natychmiast takiemu wzmożeniu, że produkować zaczną taśmowo arcydzieła, które rzucą świat na kolana. Pozazdrościć. Wiara przenosi góry - powiada staropolskie przysłowie. Nigdy nie miałem nabożeństwa do przysłów, ale to jest wyjątkowo głupie. Aby przenieść górę, jeśli w ogóle istnieje taka potrzeba, nie wystarczy wiara, konieczna jest wiedza inżynieryjna, organizacja i odpowiednie narzędzia. Tak nam dyktuje poczucie realizmu. Tymczasem racjonaliści nasi przechadzają się wokół góry i wyrażają wiarę, że już wkrótce ruszy się ona z posad i przeniesie na lepsze miejsce. Napędzana wiarą. Słabym pocieszeniem jest to, że zjawisko nie jest polskie, tylko ogólnoeuropejskie. Cała Europa - na tym polega jej nieszczęście spisane dokładnie w konstytucji, która padła we Francji, kolebce laickiego fideizmu - jest zagłębiem wiary. Przekonania, że jeśli będziemy wierzyli dostatecznie gorąco, bez wątpliwości, przedmiot naszej wiary zrealizuje się sam. Europa się zintegruje bez reszty, zanikną narodowe interesy i egoizmy, wygramy gospodarczą rywalizację z USA, podnosząc podatki i świadczenia socjalne, zlikwidujemy bezrobocie, podnosząc wszystkim płace do poziomu menedżerskiego oraz wygramy wyścig technologiczny, zwiększając nakłady na badania socjologiczne i analizy społeczne.
Zapędziliśmy się, a raczej zostaliśmy zapędzeni w dziwaczny fideizm, wypełniony wiarą, że każdy powinien mieć pieniądze bez pracy, wszystkim należy się praca bez kwalifikacji i wysiłku, że wszyscy są odpowiedzialni za każdego, a nikt nie jest odpowiedzialny za siebie. Ja też wierzę. Wierzę, że ten obłęd rychło się skończy. Że wyrwiemy się spod władzy wiary i wrócimy pod władzę rozumu. Wierzę dlatego, że nie mam wielu racjonalnych podstaw, by tak sądzić i przewidywać. Też jestem idealistą i fideistą. I też pewnie poniosę klęskę.

Autor jest publicystą "Dziennika" i "Faktu"
Okładka tygodnika WPROST: 14/2007
Więcej możesz przeczytać w 14/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Spis treści tygodnika Wprost nr 14/2007 (1267)


ZKDP - Nakład kontrolowany