Śmierć za rogiem

Śmierć za rogiem

Film "Turistas" to horror doby terroryzmu
Horrory kręci się tanio i szybko. Bez gwiazd, bez kosztownych efektów specjalnych. Wchodzący na ekrany film "Turistas" jest zarówno przykładem tego trendu, jak i symptomem zmianr dokonujących się w obrębie gatunku po 11 września 2001.

Nowa fala przerażaczy
Czasem horrory powstają w niszczejących, przeżartych korozją i brudem dawnych obiektach przemysłowych, by wspomnieć trzy "Piły". Czasem w opuszczonych, rozpadających się miastach-widmach prowincjonalnej Ameryki ("Dom woskowych ciał" ,"Wzgórza mają oczy"). Ale coraz częściej ich sceną jest nieprzyjazny - zwłaszcza Amerykanom - kraj łże-Trzeciego Świata, jak - o zgrozo - Słowacja ("Hostel") albo Brazylia ("Turistas"). Twórcy tych opowieści to nowicjusze, często debiutanci przed trzydziestką. Ale tak właśnie zaczynali klasycy gatunku, tacy jak Wes Craven i John Carpenter. A i Steven Spielberg, nim nakręcił "Szczęki", zaczynał nakręconym za centy, lecz jakże sugestywnym "Pojedynkiem na szosie". W horrorze - najbardziej żywotnym i stale odradzającym się gatunku w historii kina - liczą się nie budżety czy nazwiska, lecz pomysły. W 2003 r. "Ocean strachu" o amatorach nurkowania pozostawionych w oceanie na pastwę rekinów, miał budżet w wysokości ledwie 200 tys. dolarów. Zarobił 53,5 mln dolarów. Rok później kosztująca ledwie 1,5 mln dolarów "Piła" przyniosła 103 mln wpływów kasowych na świecie. Dwie następne jej części zostały nakręcone w sumie za 30 mln dolarów, a zarobiły dziesięć razy tyle.

Bohater naszych czasów
Od "Piły" i jej sukcesu rozpoczęła się nowa filmowa gorączka złota. Zaskoczyła Hollywood, który właśnie stawiał na opowieści o duchach, seryjnie przerabiając japońskie horrory ("Ring", "The Grudge - Klątwa" czy "Dark Water - Fatum"). "Piła" odwróciła ten trend. Wprowadzając motto - "ci, którzy nie potrafią docenić swojego życia, na życie nie zasługują" - odwołała się wprost do własnych hollywoodzkich krwawych jatek. No, bo po co komu jakieś duchy i ich klątwy? Realny świat oferuje nieporównanie bogatszą paletę makabrycznych atrakcji niż wszystkie duchy, kosmici, wampiry, wilkołaki i rozmaite inne potwory razem wzięte. Morderca z "Piły" - Jigsaw - jest więc ukoronowaniem amerykańskiej tradycji psychopatów kalibru Michaela Myersa ("Halloween"), Freddy'ego Kruegera ("Koszmar z ulicy Wiązów") i Jasona Voorheesa ("Piątek trzynastego"). Ten geniusz od konstruowania wyrafinowanych morderczych pułapek i wymyślania okrutnych gier na śmierć i życie jest tym bardziej przerażający, że jego sadyzm podszyty jest fanatyzmem moralnym. Przypomina tym Johna Doe z "Siedem" Davida Finchera.

Zła pora, złe miejsce
George Romero, twórca legendarnej "Nocy żywych trupów" (1968) tłumaczy powrót krwawych horrorów zmianą świadomości Amerykanów po zamachach terrorystycznych z 11 września 2001 r. O szczególnej krwistości tych filmów decyduje jeszcze konieczność konkurowania z telewizją, która dawno zatraciła umiar w serwowaniu autentycznych horrorów z kraju i ze świata. Oraz z Internetem, pełnym makabrycznych migawek z masakr czy egzekucji bez choćby szczątkowej cenzury. Na fali nowej popularności kina grozy w 2003 r. powstał remake kultowego "slashera" "Teksańska masakra piłą mechaniczną" o zdeformowanym zabójcy, który żywi swoją rodzinę świeżo upolowanym ludzkim mięsem. Reżyser Michael Winner (cykl "Życzenie śmierci") uważa oryginał Tobe'a Hoopera z 1974 r. za horror wszech czasów: "Jest coś przerażająco wiarygodnego w tej historii o grupie młodych ludzi, którzy trafiają na farmę gdzieś w środku nigdzie, na której mieszkają świry z piłami mechanicznymi. Każdy wie, że tacy ludzie istnieją, i że każdego dnia ktoś zostaje porąbany przez jakiegoś szaleńca". Dla generacji twórców spod znaku "Piły" "Teksańska masakra piłą mechaniczną" jest jednym z głównych źródeł inspiracji, bo mówi wprost, że ofiarą może się stać każdy. Wystarczy, że znajdzie się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze.

Amerykanie na śniadanie
Sporo horrorów z generacji "Piły" sięga wprost do faktów, z jakimi można niemal na co dzień zetknąć się w mediach. Twórców "Hostelu" zainspirował anons znaleziony w Internecie, że w pewnym klubie w Tajlandii można za opłatę 10 tys. dolarów zabić człowieka. I to bezkarnie. Podobno nie brakuje miejscowych nędzarzy, chętnych poświęcić swe życie dla poprawienia bytu rodzinie. W filmie wyreżyserowanym przez Eliego Rotha do takiej spelunki, gdzie można torturować i zabijać za odpowiednią opłatę - ale w stolicy Słowacji, Bratysławie - zwabionych zostaje dwóch Amerykanów i ich kolega z Islandii. Tyle że w roli ofiar. Z kolei w "Turistas" grupka młodych, równie mało sympatycznych Amerykanów grzęźnie wskutek awarii autokaru w jakiejś zapadłej dziurze w brazylijskim interiorze i... ląduje w klinice, gdzie pobierane są organy do transplantacji. Chirurg nadzorujący ten proceder wyjaśnia swym nowym "pacjentom", że ich organy trafią do szpitala dla biedoty z Rio de Janeiro. I dodaje: "W ten sposób przywracamy równowagę między nami a waszym Pierwszym Światem". "Hostel" i "Turistas", pokazują w jak drastyczny sposób w ostatnich latach zmienił się stosunek tzw. szerokiego świata do Amerykanów. Nawet natura coraz srożej traktuje turystów z bogatego Zachodu. "Ocean strachu" zainspirowany został prawdziwymi wydarzeniami sprzed kilku lat. Para amatorów nurkowania została pozostawiona w morzu przez niefrasobliwych organizatorów wyprawy na Wielką Rafę Koralową w Australii, gdzie stali się pokarmem dla rekinów. W tej wakacyjnej opowieści brak miejsca na cukierkowe fotki z rajskich wysp, gdzie w oddali niby złote rybki pływają sobie rozleniwione słońcem zębate żarłacze. "Ocean strachu" przypomina, że nawet w raju można w mękach wyzionąć ducha.

Koszmar obłaskawiony
Jak wskazują badania, na tego rodzaju filmy - omijane przez ludzi o słabych nerwach i pełnym żołądku - najchętniej chodzą młodzi w wieku od 15 do 25 lat. A więc należący do pokolenia otrzaskanego z nową rzeczywistością, makabrą ziejącą z telewizyjnych newsów i Internetu oraz pełnymi przemocy grami komputerowymi. Stanowią oni prawie 80 proc. widowni. Czy mamy do czynienia z pokoleniem nieczułym na okrucieństwo i wszelkie dewiacje? "Może się czasem zdawać, że ludzie chodzą do kina po to, by się pośmiać - mówi producent Mark Canton z wytwórni Atmosphere Entertainment. - Ale przecież nikt też się nie odwraca plecami od telewizora, gdy na ekranie ukazują się najprawdziwsze przerażające obrazy z życia. Taka jest ludzka natura. Idziesz do kina po to, by dać się przestraszyć. Wraz z tłumem podobnych ci ludzi. Idziesz po to, by wspólnie w nimi odreagować swoje strachy". 
Okładka tygodnika WPROST: 14/2007
Więcej możesz przeczytać w 14/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Spis treści tygodnika Wprost nr 14/2007 (1267)


ZKDP - Nakład kontrolowany