Koalicja z przeceny

Koalicja z przeceny

Rządy koalicji PO-PiS byłyby równie burzliwe jak obecne
Koalicja z Samoobroną i Ligą Polskich Rodzin jest dla PiS tania - personalnie i programowo. Jarosław Kaczyński oddał swoim partnerom w rządzie zaledwie pięć ministerstw, i to w dodatku nie najważniejszych. Cała realna władza leży w rękach PiS. To przedstawiciele tej formacji są szefami resortów siłowych i ministerstw gospodarczych. Dla LPR i Samoobrony zostały tak "kluczowe" ministerstwa, jak gospodarka morska i budownictwo.
PiS może być też zadowolone z tego, że program tego gabinetu jest w istocie programem partii Jarosława Kaczyńskiego. "Przystawki" cieszą się z samego udziału we władzy, a Andrzeja Leppera wydają się uszczęśliwiać dane mu zabawki: limuzyny, drogie garnitury, ochrona BOR. Ustępstwa, na które PiS musiało pójść wobec swoich koalicjantów, są kosmetyczne. Dotyczą zresztą sfery polityki prospołecznej i prorodzinnej. I tak bliskiej ideowemu profilowi PiS.

Droga platforma
Rządzenie z PO byłoby dla PiS nieporównanie droższe. Jeśli wierzyć premierowi, PO odrzuciła propozycję udziału we wspólnym gabinecie przy parytetowej obsadzie ministerstw - obie partie miały mieć po ośmiu ministrów, dodatkowo dla Donalda Tuska przygotowany był fotel marszałka Sejmu. Wiadomo też było, że w wypadku wejścia PO do rządu nie zadowoliłaby się ona resortami egzotycznymi i raczej wolałaby objąć kierowanie administracją, resortami gospodarczymi czy MSZ niż Ministerstwem Sportu. Kooperując z taką partią jak PO, Kaczyński musiałby się zgodzić na równoprawne traktowanie koalicyjnego partnera i sprawiedliwy podział władzy. Nie mógłby, jak obecnie, zamknąć przed koalicjantami drzwi do resortów siłowych czy Ministerstwa Finansów.
Programowo rządzenie z PO też byłoby mniej komfortowe - plan pracy wspólnego gabinetu musiałby być wynikiem kompromisu między liderami obu formacji, to znaczy zaledwie w połowie mógłby odpowiadać wyobrażeniom PiS o kształcie polityki nowego gabinetu. Prawdopodobnie w MSZ nadal trzeba byłoby tolerować "korporację Geremka", w urzędach wojewódzkich panoszyliby się ludzie "zbrodniarza" Rokity, a w edukacji szerzyłyby swoje wpływy tabuny "wykształciuchów".
Rząd tworzony przez PiS i PO byłby zapewne miejscem konfliktów i walk nie mniej spektakularnych niż obecne, choć ich powodem byłyby inne sprawy niż seks-afera czy debaty na temat kreacjonizmu. Rządy te byłyby równie burzliwe jak rządy koalicji AWS-UW czy SLD-PSL. Przypomnijmy: w czerwcu 2000 r. liderzy Unii Wolności nie wytrzymali ciągłych sporów z AWS i opuścili rząd, który stał się gabinetem mniejszościowym. PSL zostało w marcu 2003 r. wyrzucone z rządu przez premiera Leszka Millera. Jeśli ktoś chciałby przypomnieć sobie jeszcze wcześniejsze czasy, polecam lekturę gazet z okresu rządów Jana Olszewskiego, Hanny Suchockiej czy Waldemara Pawlaka - obraz życia wewnątrz koalicji przypominał opisywane przez Szekspira krwawe jatki na dworze królewskim. To wówczas modny był dowcip o stopniowaniu wrogości - wróg, wróg śmiertelny, koalicjant. Współpraca PO i PiS byłaby jeszcze trudniejsza, bo obie partie starałyby się przejąć elektorat swego partnera i stać się najważniejszą formacją polskiej prawicy, a to jedynie podgrzewałoby atmosferę wzajemnych podejrzeń co do intencji koalicjanta i utrudniałoby współpracę.

Rząd zaprogramowany
Prawdziwym kosztem mariażu z populistami jest dla PiS utrata twarzy i opinii partii walczącej o "rewolucję moralną" i sanację obyczajów publicznych. PiS - będąc jeszcze w opozycji - cieszyło się sympatią większości mediów i życzliwą neutralnością wielu komentatorów życia publicznego. Dziś trudno w to uwierzyć, ale ogromna część wykształconych Polaków jeszcze przed dwoma laty upatrywała w tej formacji akceleratora zmian w dziele odrodzenia moralnego klasy politycznej i życia publicznego. Sojusz rządowy z LPR i Samoobroną nadwerężył to zaufanie i wepchnął lwią część tej grupy społecznej do grona zaciekłych krytyków partii Kaczyńskiego. Dziś atakują oni PiS za zdradę ideałów i zaprzepaszczenie szansy na modernizację kraju, pomstują na zaprzedanie się "bożkowi władzy", "falandyzację" prawa, łamanie demokracji, ośmieszanie nas na arenie międzynarodowej.
Jeśli jednak zgodzimy się ze stwierdzeniem, że obecny skład rządu pozwala PiS łatwiej i taniej realizować swój program, to można zaryzykować tezę, iż partia ta ma szansę na utrzymanie poparcia w swoim elektoracie. Jeśli bowiem będzie spełniać zdecydowaną większość swych najważniejszych haseł wyborczych, może liczyć na sympatię dotychczasowych zwolenników. Wniosek to dosyć paradoksalny, ale obecna popularność PiS wskazuje na to, że utrzymuje ono poparcie większości wyborców z 2005 r. Czy mogą się oni czuć zawiedzeni niektórymi posunięciami partii Jarosława Kaczyńskiego? Oczywiście tak, zwłaszcza jeśli upatrywali w niej nosiciela haseł bliżej nieokreślonej "rewolucji moralnej" czy też sanacji obyczajów publicznych. Rządy z ludźmi "o podejrzanej reputacji" nie mogą być miłe dla tej części elektoratu. W innych dziedzinach wyborcy PiS mają jednak prawo do satysfakcji z działań partii. Wymieńmy kilka z nich: polityka prospołeczna i prorodzinna, zwiększanie roli związków zawodowych, wprowadzanie paktu społecznego, reformy Ziobry, ostrzejsza polityka względem UE, konfrontacyjne stanowisko wobec Moskwy, plany budowy autostrad i taniego mieszkalnictwa, powołanie do życia CBA, rozwiązanie WSI, lustracja i wysiłki zmierzające do dywersyfikacji dostaw gazu i ropy naftowej.
Czy Jarosław Kaczyński może być z siebie zadowolony? Raczej tak. Przeciętny wyborca PiS to nie wielkomiejski inteligent, ale średnio wykształcony mieszkaniec małej miejscowości. A dla niego dotychczasowe dokonania obecnego rządu mogą być przekonujące. On nie chciał podatku liniowego, nie drży o niezależność Trybunału Konstytucyjnego, nie życzy sobie "uelastycznienia" kodeksu pracy, pragnie lustracji, walki z "pedalstwem", rozwydrzoną młodzieżą, chce spokoju społecznego, ograniczenia pornografii itp. I obecna władza spełnia jego życzenia. Postulowany przez niego kształt życia publicznego jest bliski wizji liderów PiS, to zaś oznacza, że realizacja programu wyborczego tej partii może zapewnić jej trwałą obecność na scenie politycznej.

Zamiast kary - nagroda
Jeśli zatem obecny gabinet w dużym stopniu realizuje program PiS, a program ten bliski jest sercu przeciętnego wyborcy, może to oznaczać, że PiS wcale nie musi być skazane na klęskę, jakiej życzą mu przeciwnicy. Kaczyński nie musi zostać ukarany przez wyborcę za sojusz z populistami, choć dziś trudno ocenić, jaka może go spotkać kara za odstąpienie od haseł "rewolucji moralnej". Lider PiS może zostać nagrodzony za realizację programu społeczno-gospodarczego, nawet jeśli wielu z nas ten program się nie podoba.
Stałe poparcie dla PiS w wysokości dwudziestu kilku procent być może świadczy właśnie o tym, że duża część jego wyborców nie oczekuje świętoszkowatych zapewnień o przełomie moralnym w polityce i odruchów obrzydzenia na myśl o współpracy z partiami ekstremalnymi, ale realizacji tych obietnic, które pomogły PiS wygrać wybory w 2005 r.


Fot: M. Stelmach
Okładka tygodnika WPROST: 14/2007
Więcej możesz przeczytać w 14/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Spis treści tygodnika Wprost nr 14/2007 (1267)


ZKDP - Nakład kontrolowany