Flet Kwaśniewskiego

Flet Kwaśniewskiego

Byłemu prezydentowi nie uda się zaczarować Polaków
Wpolityce wygrywa się słowami. Słowami politycy komunikują się ze swymi potencjalnymi wyborcami. Słowami niszczą przeciwników. Kto opanuje sferę języka, wygrywa wybory.

Wybierzmy przyszłość
Podczas wyborów prezydenckich 1995 r. Aleksander Kwaśniewski, polityk o nieładnym, koniunkturalnym, karierowiczowskim życiorysie w PRL musiał wygrać z polską legendą, noblistą i przywódcą "Solidarności". Tej "Solidarności", z której wszyscy mogliśmy być dumni, latami niszczonej przez reżim, którego Kwaśniewski był pupilem. Konfrontacja na biografie byłaby dla lidera postkomunistów zabójcza. W jego sztabie wymyślono więc hasło: "Wybierzmy przyszłość". Hasło genialne - dezawuowało tę sferę polityki, w której Kwaśniewski nie miał szans w konfrontacji z Wałęsą, afirmowało młodość kandydata, odwoływało się do mglistej perspektywy przyszłości (przyszłość zawsze jest mglista) i ośmieszało podnoszenie kwestii przeszłości, tego, jak kto zachowywał się w czasach komunistycznej opresji. W imię wyboru czegoś, czego nie ma (przyszłość), przekreślono coś, co realnie istniało (przeszłość) i mogło stanowić o wartości kandydatów. Dzięki temu młody lider postpeerelowskiego SLD wygrał z ikoną "Solidarności".
Ostatnim przykładem, jak przez zawłaszczenie języka wygrywa się wybory, była kampania w 2005 r. Wymyślony wówczas w sztabie PiS podział na Polskę solidarną i liberalną zepchnął od początku platformę do narożnika i aż do dnia samych wyborów nie pozwolił jej z niego wyjść. W roku 25-lecia powstania NSZZ "Solidarność" jakiekolwiek asocjacje z tą organizacją brzmiały dobrze (nawet młodzi liderzy SLD podpisywali się pod 21 postulatami Sierpnia). Można było obficie korzystać z atmosfery święta tego ruchu, tym bardziej że Kaczyńscy byli tej historycznej "Solidarności" aktywnymi działaczami i nie trąciło to uzurpacją. A liberalizm? W czasach PRL wyklęty i zwalczany, w III RP kojarzący się raczej z aferami, znienawidzoną prywatyzacją, Balcerowiczem, niźli z filozofią Smitha czy Hayeka. Na nic zdały się zabiegi Donalda Tuska, tłumaczącego liberalizm jako umiłowanie wolności, tak bliskiej przecież Polakom. Platformie przyklejono (dokonali tego spece z PiS) etykietkę "liberałów" i skutecznie straszono rodaków rządami bogatych i samolubnych biznesmenów, okradających lodówki biednych (i solidarnych) szaraków. Kaczyńscy opanowali na jesieni 2005 r. sferę języka, pole semantyczne politycznego sporu, narzucili wymyślony przez siebie alfabet - dzięki temu premierem jest Jarosław, prezydentem Lech.

Boże, chroń demokrację
Dziś Aleksander Kwaśniewski i jego akolici chcą zdefiniować polityczny spór jako walkę "zamordystów" z demokratami, autorytarnego reżimu z piewcami wolności, dyktatury ciemniaków z Europejczykami. To nie były prezydent wymyślił tę dychotomię, mamy z nią do czynienia od początku powstania obecnej koalicji rządowej - najpierw podjęli ją niechętni rządowi publicyści i intelektualiści. Potem ich hasła podchwyciła polityczna opozycja. Obóz władzy dostarczał zresztą amunicji do tego typu ataków - wypowiedzi przedstawicieli męskiej części rodziny Giertychów, próby intronizacji Chrystusa na króla Polski, nieszczęśliwe deklaracje Ziobry, homofobiczne deklaracje Wierzejskiego, umiłowanie Leppera do niektórych rozwiązań w Rosji, Chinach czy na Białorusi. Wszystko to, przy odrobinie złej woli, a tej opozycji - jak każdej opozycji - nie zabrakło, mogło być interpretowane jako zapowiedzi nadciągającego faszyzmu.
Kulminacją procesu przyłapywania rządu na dyktatorskich zapędach była walka o lustrację i - równocześnie - śmierć Barbary Blidy. Do walki z ustawą lustracyjną stanęła ochoczo cała grupa naukowców, polityków i dziennikarzy. Argumenty, które wówczas padały, przypominały apele z ciemnych lat PRL - wskazywano na stosowanie odpowiedzialności zbiorowej, szczucie jednych środowisk na drugie, zbytnią ingerencję władz w życie prywatne obywateli, łamanie praw obywatelskich, wzrost aparatu represji itp. Porównywanie Kaczyńskich do Gomułki, Moczara i Gierka było na porządku dziennym. Śmierć Blidy pozwoliła wykrzyczeć hasła o tym, że IV RP ma krew na rękach i oskarżać poszczególnych ministrów o przyczynienie się do tego politycznego mordu. Grunt został przygotowany. I na ów żyzny i zaorany teren wkroczył Kwaśniewski - chce mobilizować wyborców do walki o demokrację, o europejskie standardy, o rządy prawa i wolność. Chce narzucić swój język, wepchnąć PiS w rolę autokraty, tłumaczącego się ze swych dyktatorskich posunięć i inklinacji.
Podkreślanie swej demokratyczności, europejskości, łaszenie się do zdezorientowanego Wałęsy, obrona wolnościowych standardów - to wszystko pozwala na ukrycie politycznych intencji, nieodpowiadanie na pytania o program pozytywny, o proweniencję, przynależność do takiej lub innej grupy ideologicznej. Rola obrońców wolności i demokracji pozwala na lekceważenie pytań o pochodzenie osobistych majątków (to atak polityczny), o przyszłe koalicje (to jedynie ruch obywatelski), o podejrzane otoczenie (nikomu nie można zabronić włączyć się do walki o prawa człowieka). Ta pozycja jest także dogodna, bo odwołuje się do powszechnie szanowanych wartości - większość z nas pozytywnie postrzega Europę, chce demokracji, poszanowania praw człowieka.
Kwaśniewski, miast wejść w nurt normalnej polityki (tak nie lubianej przez Polaków), objawia się "w okolicznościach przyrody" niezwykle dla niego korzystnych - na uniwersytetach, wśród luminarzy polskiej nauki, wybitnych artystów. Dyskutuje nie o kwotach rolnych, koniecznych reformach w służbie zdrowia czy szkolnictwie, nie uczestniczy w żmudnych nasiadówkach, dotyczących zalesiania czy rybołówstwa dalekomorskiego. Nie, on sam wybiera wydarzenia i otoczenie, w którym chce się zaprezentować wyborcom. Chce się stać nie tylko szefem rady programowej LiD, chce stanąć na czele ruchu sprzeciwu wobec łamania praw człowieka w naszym kraju, chce być przywódcą szerokiego frontu społecznego (od aktywistów SLD, SdPl i UP, przez kombatantów z PD, młodych alterglobalistów i ekologów, po uciekinierów z PO - pod przywództwem Olechowskiego i Piskorskiego, oraz zagubionego Wałęsę, ze szczęśliwie odnalezionym Wachowskim). Wszyscy, którzy są niechętni Kaczyńskim, są na wagę złota, nikt nie zostanie odtrącony.

Lunatycy
Czy plan Kwaśniewskiego ma szanse powodzenia? Czy ten język, ta retoryka zostaną zaakceptowane jako adekwatnie oddające istotę sporu? Tylko do pewnego stopnia. Prawdziwym podziałem na polskiej scenie politycznej jest ten, który dzieli koalicję i opozycję - podział na zwolenników (opozycja) i przeciwników (koalicja) III RP. Ten nowy podział zastąpił stary, który był istotny od 1989 r. - na "postkomunę" i "postsolidarność". Jest, co prawda, część wyborców, którzy ulegną czarowi słów Kwaśniewskiego, ale jest ich mniej, niż mogłoby to zapewnić mu premierostwo. Zresztą oni uwierzyliby we wszystko, co były prezydent by im powiedział. Elementem jednoczącym te środowiska jest niechęć, by nie rzec - nienawiść, do planu Kaczyńskich i jego realizacji. Z dużym ryzykiem można ocenić, iż wyborców takich może być w następnych wyborach co najwyżej 20 proc.
Tym razem nie uda się więc politykom tak zaczarować Polaków, by w swej większości uznali zaproponowany podział za adekwatny wobec rzeczywistości. Nie znaczy to, że nie będziemy mieli okazji oglądać tabunów zaczarowanych, którzy będą podążać za fletem Kwaśniewskiego.
Okładka tygodnika WPROST: 22/2007
Więcej możesz przeczytać w 22/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Spis treści tygodnika Wprost nr 22/2007 (1275)


ZKDP - Nakład kontrolowany