Niemiecka półdemokracja

Niemiecka półdemokracja

Niemieccy politycy krytykują lustrację w Polsce, ale u siebie nadal rozprawiają się z funkcjonariuszami dawnego reżimu
Niemieccy postkomuniści zwierają szeregi. Osiem lat po spektakularnym opuszczeniu sceny politycznej Oskar Lafontaine znów bryluje i skandalizuje. "Napoleon z Saary", jak nazywają go dawni towarzysze z SPD, jednoczy frustratów, którzy wystąpili z szeregów socjaldemokratów, a także związkowców i członków wschodnioniemieckiej PDS. Hasła starej-nowej lewicy Lafontaine'a to: dość obserwacji czerwonych dogmatyków przez tajnych agentów, dość politycznej izolacji, dość okradania obywateli ze zdobyczy socjalnych i dość nieodpowiedzialnej polityki międzynarodowej.
Lafontaine jest wielkim byłym. Zdobył wszystko prócz kanclerskiego fotela. Bliski sukcesu był w 1998 r., gdy pod jego dowództwem SPD przejęła ster rządu. Kanclerzem został jednak znienawidzony przez Lafontaine'a Gerhard Schröder. Towarzysz Lafo został w jego gabinecie ministrem finansów. Po pięciu miesiącach uciekł do swej willi w Saarbrücken i oddał wszystko: tekę ministra, szefostwo w SPD, mandat posła Bundestagu oraz legitymację partyjną (po 40 latach przynależności do socis). Powód? "Zdrada ideałów lewicy" przez kanclerza.

Lewica pod lupą
Dziś Lafontaine w ubraniach Bossa i z ustami pełnymi komunałów staje się przywódcą ortodoksyjnych lewicowców. Już 16 czerwca 2007 r. pod jego przywództwem nastąpi fuzja WASG i PDS pod nowym logo Die Linke. Choć PDS od lat wróżono polityczną śmierć, w niedawnych wyborach w Bremie ten nieformalny sojusz poparło 8,6 proc. społeczeństwa - postkomuniści pierwszy raz postawili stopę w parlamencie zachodniego landu. "To dopiero początek" - zapewnia bojowo Lafontaine.
Jakie znaczenie będzie miała Die Linke w życiu politycznym Niemiec? Niemałe. Jeśli SPD będzie miała okazję rządzić z podpórką Die Linke, zapewne z niej skorzysta. 64-letni Lafontaine nie myśli o fotelu kanclerza, ale umie namieszać w polityce. Jego priorytetem jest dziś zdjęcie z postkomunistów odium Stasi. Reprezentowana w Bundestagu PDS wciąż znajduje się pod obserwacją Federalnego Urzędu Ochrony Konstytucji, a tajni agenci śledzą każdy krok jej posłów.
"To skandal, deputowani mogą być szpiclowani przez tajne służby tylko w dyktaturach" - grzmi Lafontaine, który ogłosił, że w ciągu kilku tygodni złoży skargę w Trybunale Konstytucyjnym w Karlsruhe. Minister spraw wewnętrznych Wolfgang Schäuble nie zamierza zrezygnować z inwigilacji lewicy "ani teraz, ani w bliskiej przyszłości". Lafontaine odpowiada: "Jeśli Schäuble usprawiedliwia takie działanie, to sam jest wrogiem konstytucji". Lider Die Linke chce na zawsze zamknąć archiwa Stasi. Jego zabiegi są dla postkomunistów jak lek na chroniczny reumatyzm. Lothar Bisky, który ma współrządzić z Lafontaine'em, figuruje w aktach bezpieki od 1966 r. jako "nieoficjalny współpracownik" o pseudonimie Bienitz. Bisky potwierdził swoje kontakty ze Stasi, ale twierdzi, że nie udzielał informacji i nikomu nie szkodził.
Marianne Birthler, szefowa urzędu Gaucka, nie ma wątpliwości, że rozmowy Bisky'ego ze Stasi nie były towarzyskimi pogawędkami. W jego obronie wystąpił przedostatni premier NRD Hans Modrow, swego czasu walczący o zniszczenie akt, posądzony o współpracę z bezpieką, a dziś honorowy przewodniczący PDS. Gdy niedawno znów wygrzebano dokumenty Bienitza, za Biskym stanęła murem cała lewica dawnej NRD.

Kapitalistyczna szarańcza
Niemieccy politycy i media krytykują lustrację w Polsce, ale u siebie nadal rozprawiają się z funkcjonariuszami dawnego reżimu. Jeśli oskarżonym nie dowiedzie się działalności kwalifikującej do odpowiedzialności karnej, i tak nie mają szans na otrzymanie lub utrzymanie wysokich stanowisk publicznych. Takie kariery polityczne, jak prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, premierów Leszka Millera czy Józefa Oleksego, są w RFN niemożliwe. Oficjalne uzasadnienie obserwacji postkomunistów brzmi: ich działalność godzi w porządek demokratyczny i gospodarczy Niemiec. Za takim osądem stoją twarde argumenty. Ikona PDS Gregor Gysi został wręcz uznany przez Komisję Kontroli Wyborczej za donosiciela. Jak napisano w "Raporcie 13/10893", jego "współpraca ze Stasi jest udowodniona". Gysi, który jako prawnik bronił opozycjonistów w procesach politycznych, informował bezpiekę o swych klientach, m.in. o działalności ruchów wolnościowych, a nawet - jak podkreślił członek komisji Stefan Hilsberg - "wywierał na nie wpływ w interesie Stasi". Gysi zaskarżył to orzeczenie w najwyższym trybunale, lecz przegrał z kretesem. Ten znakomity orator i ulubieniec mediów niczego więcej w polityce już nie osiągnie. Jak powtarzają komentatorzy, płaci za dawne grzechy i złą książeczkę partyjną.
O współpracę ze Stasi posądzono też koleżankę Gysiego i Bisky'ego, posłankę Bundestagu Angelę Marquardt. Tygodnik "Der Spiegel" ujawnił, że tajne służby zarejestrowały ją w 1987 r. Na początku maja 2007 r. pod publiczny pręgierz trafiła kolejna aktywistka PDS Gudrun Tiedge vel Rosemarie Lehmann. Ta deputowana lewicy w parlamencie Saksonii-Anhalt donosiła na kolegów z klasy maturalnej, a później w prokuratorskiej todze wtrącała do więzień niedoszłych uciekinierów z NRD. Jak na ironię, wybrano ją do Rady Fundacji Ochrony Miejsc Pamięci. W obliczu podobnych faktów niektórzy mówią o "niemieckiej półdemokracji". Prezydent Horst Köhler uważa, że to pewna przesada. Jednak po niedawnej wizycie w tzw. celi naginania, półtorametrowej wysokości karcerze bez okien w dawnym więzieniu Stasi w Berlinie-Hohenschönhausen, wpisał w księdze pamiątkowej: "Tu nie można niczego zapomnieć, a sprawiedliwość wymaga wytrwałości".
Okładka tygodnika WPROST: 22/2007
Więcej możesz przeczytać w 22/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Spis treści tygodnika Wprost nr 22/2007 (1275)


ZKDP - Nakład kontrolowany