Wencel gordujski - Piraci z Karasiówki

Wencel gordujski - Piraci z Karasiówki

Polowanie na tłumaczy filmowych dialogów to idealny temat dla Mrożka
Pan młody miał ukryte pod lasem CD-ROM-y z 250 GB nielegalnie skopiowanych filmów i coś ze dwa laptopy na dnie furmanki, a w samym obejściu nieduży, ale schludny pecet ze stałym łączem. Pannie młodej ojciec dawał w posagu bibliotekę pełną słowników, w dobrym punkcie, w samym środku wsi, przy kościele. A do tego miała w malowanym kufrze chyba ze sześć świadectw ukończenia kursów językowych i dyplom filologii angielskiej. Nic dziwnego, że młodzi byli dobrani i rodzice obojga wnet się na małżeństwo zgodzili. I ogłoszono w Karasiówce wesele.Najpierw były śmiechy i brawa, bo ludziska jęli filmowe hity oglądać, co to ich jeszcze w polskich kinach nie ma, a w Hameryce są już nawet na DVD. Ale że licho nie śpi, przed zmierzchem zawitał do wsi przedstawiciel firmy dystrybucyjnej z pobliskiego miasteczka. No i się zaczęło. Nowy gość przy stole usiadł, notebooka z legalnym oprogramowaniem wyjął i oryginalną wersję "Spider-Mana" jął prowokacyjnie oglądać. Na to pan młody cichaczem dystrybutora zaszedł i niespodziewanie wypalił mu pirackimi napisami do filmu, co je miał schowane za pazuchą. Gość zatoczył się i zaczął chciwym okiem na napisy zerkać, żeby coś z filmu zrozumieć, ale zdążył jeszcze pudełko od filmu otworzyć i srebrnym hologramem w oczy tamtemu zaświecić. Byłby niewątpliwie pana młodego wykończył, gdyby nie to, że słońce już zachodziło i siła rażenia hologramu wyraźnie osłabła.
Nie wiadomo, kto w tym rwetesie miał tyle pomyślunku, że policję zawezwał, i to od razu z województw śląskiego, małopolskiego, zachodniopomorskiego i podlaskiego. Faktem jest, że policja przyjechała i zatrzymała dziewięć osób zajmujących się prowadzeniem serwisu internetowego napisy.org. Głównie studentów, bo tylko oni mają tyle pasji i wolnego czasu, żeby bez korzyści majątkowych tłumaczyć filmowe dialogi.
Cytowana wyżej kronika weselna to naturalnie czysta fikcja, parafraza "Wesela w Atomicach" Sławomira Mrożka. Informacja o interwencji stróżów prawa i sprawiedliwości jest jednak całkiem autentyczna. Chłopcy w błękitnych mundurach naprawdę uznali, że głównym zagrożeniem dla obywateli IV RP jest możliwość ściągania z Internetu spolszczeń zachodnich filmów. I rzeczywiście aresztowali młodych tłumaczy, których dokonania stanowiły dotychczas alternatywę dla przekładów kinowych zawodowców.
W efekcie po powrocie z multipleksu nie mamy już wyboru. Nie znajdziemy w sieci dialogów, które moglibyśmy - ku uciesze bliźnich - przytoczyć na weselu w Karasiówce albo w felietonie. Możemy tylko wspominać odczytane podczas seansu napisy z hologramem, w których wyrażenie "fuck off" zawsze jest tłumaczone jako "odczep się".
Swoją drogą, nasi policjanci, którzy przecież nie uchodzą za poliglotów, znaleźli się podczas akcji w wyjątkowo szczęśliwym położeniu, mimo że w likwidowaniu nielegalnego serwisu pomagali im koledzy z zaprzyjaźnionych Niemiec. Gdyby robili nalot na pruszkowskich bandytów, mogliby nie dogadać się ze wspólnikami, a tak mieli full service na miejscu. Wyobraźmy sobie tylko: tradycyjnie o szóstej rano polsko-niemiecka grupa szturmowa wpada do siedliska tłumaczy filmów. Komisarz zza Odry krzyczy: "Hände hoch!", zrezygnowani tłumacze unoszą ręce, a polscy aspiranci pytają ich na wyścigi: "Co powiedział? Co powiedział?".
Szczerze mówiąc, ilekroć ktoś nazywa miłośników divixów "piratami", chce mi się ziewać. Piraci to byli, proszę panów, z Karaibów, a nie z Karasiówki. Oczywiście, można pomylić kapitana Haka ze złośliwym hakerem, ale co mają do tego amatorzy filmów? Jasne, wymieniając się nieautoryzowanymi kopiami, łamią prawa autorskie. Ale czy hollywoodzki moloch na tym traci? Ciekawe, ilu widzów chodziłoby do kina na konkretny film, gdyby nie opowiadali o nim wcześniej krwiożerczy "piraci". A już polowanie na tłumaczy dialogów to idealny temat dla Mrożka: dowód, że mimo upływu lat groteski ci u nas dostatek. Być może polska policja rozwiązała już wszystkie inne problemy: wyłapała morderców, gwałcicieli i przemysłowych aborcjonistów. Ale jeśli nie, to radziłbym zachować trochę zdrowego rozsądku. Inaczej konferencje ministra Ziobry staną się tylko pustym rytuałem, a cały naród podpisze się pod skrótem "CHWDP". Co - zgodnie ze standardami kinowych przekładów - należy rozumieć jako: "Chyba wam dętka pękła".


Ilustracja: D. Krupa
Okładka tygodnika WPROST: 22/2007
Więcej możesz przeczytać w 22/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Spis treści tygodnika Wprost nr 22/2007 (1275)


ZKDP - Nakład kontrolowany