Ryba po polsku - Uczciwi krętacze

Ryba po polsku - Uczciwi krętacze

Polacy wierzą, że bez polityki nie byłoby pór roku ani kwadr księżyca, sukcesów Małysza i filmu o Chopinie
Jesteśmy, my, Polacy, straszliwie upolitycznionym narodem. Nie rozpolitykowanym, ale właśnie upolitycznionym. Wszyscy wprawdzie rozprawiają bezustannie o polityce, ale to nie dlatego, że tak ich kwestie polityczne pasjonują, ale że sądzą, iż wszystko dookoła zależy od polityki. Ich byt codzienny, los rodzinny, żywot wszelki. Wierzą, że bez polityki nie byłoby pór roku ani kwadr księżyca, sukcesów Małysza, programu "Big Brother" w telewizji, oziminy i filmu o Chopinie.
Polityka dla przeciętnego Polaka jest jedna. Widać to nawet w sferze językowej, bo po polsku polityka występuje tylko w liczbie pojedynczej. Polityka może być dobra i zła, słuszna lub niesłuszna, ale jest jedna do wszystkiego i wszędzie. Tak monolitycznie pojmowana, zresztą zgodnie z klasyczną definicją Arystotelesa jako sposób zdobycia i utrzymania się u władzy, polityka to w oczach Polaka domena małej grupy ludzi w Warszawie, kręcących w polityce i polityką. Toteż Polak, rezonujący o polityce od świtu do nocy, pozostaje w dalszym ciągu nie rozpolitykowany, ale upolityczniony. Uznaje się za w pełni zależnego od tej grupy robiącej w polityce, po prostu od kasty politycznej. Jest przedmiotem polityki, ale ani mu w głowie, żeby być podmiotem.
Historycznie rzecz biorąc, przetrwało do naszych czasów rozumienie polityki z okresu PRL i istnienia Biura Politycznego. Było biuro projektów, zajmujące się projektowaniem, biuro pisania podań, zajmujące się pisaniem podań, i biuro podawcze, zajmujące się podawaniem, i Biuro Polityczne dane na politykę. Nawet kiedy Polacy się buntowali, to nie przeciw samej idei, ale dlatego, że chcieli, by projekty i polityka były lepsze. To zostało do dziś, a jedyna reforma, jaka naprawdę nastąpiła, to ta, że upolityczniony, to znaczy stanowiący obiekt polityki, Polak może sobie bezkarnie pomarudzić, ponarzekać, powyrzekać na politykę. Z wolności, jakie sobie obiecywaliśmy po III RP, zrealizowaliśmy w pełni jedynie wolność recenzowania polityki.
Być może uczestnictwo w polityce jest już dla Polaka zbyt męczące, zwłaszcza w tej, która najbardziej go dotyka, to znaczy miejscowej, gminnej, regionalnej, gdzie chodzi o jakieś wstydliwe głupstwa w rodzaju oczyszczania ścieków, kanalizacji i wodociągów, w dodatku bez widoków na objęcie stanowiska premiera. Nie opłaca się, nie warto. Lepiej recenzować tych, którzy są politykami w Warszawie i od których, taki jest przynajmniej powszechny pogląd, każdy Polak zależy całkowicie.
Od kilku lat obserwuję upolitycznionego w ten sposób Polaka wystawiającego recenzje i rezonującego o polityce. Stale pogłębiam swoją wiedzę i od czasu do czasu reorganizuję moją prywatną systematykę gatunku. Otóż, Polak rezonujący dzieli się na dwie podgrupy: komplikatorską i symplicyzującą. Po polsku mówiąc, jeden wikła wszystko, a drugi wszystko upraszcza. Do granic możliwości. Jeden powiada, że owszem, należy sprawę rozważyć, ale uwzględniwszy uprzednio wpływ zamierzonego na pogłowie owiec w Bieszczadach oraz stosunki polsko-mołdawskie. Należy wziąć pod uwagę rozwój wilkliniarstwa na Podlasiu w latach 30., zasięgnąć opinii Kaszubów i autokefalicznej Cerkwi prawosławnej, powołać komisję dla zbadania poziomu wód gruntowych w Bełchatowie, a dopiero po dokonaniu tego wszystkiego odłożyć sprawę na następne 20 lat. Drugi zaś mówi, że wszystko i tak nie ma sensu, bo wiadomo z góry, że chodzi tylko o to, by parę osób mogło ukraść pieniądze publiczne i się bezkarnie wzbogacić. A wiadomo stąd, że wszyscy są złodzieje.
Obie postawy nie wynikają wcale, jak mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać, z przesłanek psychologicznych. To znaczy w pierwszym wypadku z nadmiernej ostrożności i dążenia do zabezpieczenia jakiegoś planu, ukutego przez polityków, przed negatywnymi skutkami, a w drugim - z pesymizmu integralnego i filozoficznego przekonania o nieuniknionej słabości natury ludzkiej. Obie postawy wynikają z jednakowego stosunku do polityki - ja w tym nie uczestniczę, oni tam coś kombinują przeciw mnie, muszę się bronić. No to pogadam o imponderabiliach albo im po prostu dokopię. Pierwszy z tych facetów uchodzi w swoim otoczeniu za eksperta politycznego i znawcę problemów, drugi zaś za człowieka kryształowo uczciwego i patriotę. Na żadnego nigdy nie spadnie odium, bo żaden tak naprawdę niczym się nie zajmuje. Fakt, że oba kierunki mają nie tylko swoich przedstawicieli w Sejmie, ale nawet dysponują w parlamencie klubami, jest natomiast zastanawiający. Ale kto się dziś zastanawia nad takimi głupstwami? Milcząca większość Polaków i tak wie, że nawet uwzględniwszy nośność drobiu, taryfę celną i czytelnictwo gazet, wszyscy politycy to złodzieje i krętacze.
Okładka tygodnika WPROST: 22/2007
Więcej możesz przeczytać w 22/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Spis treści tygodnika Wprost nr 22/2007 (1275)


ZKDP - Nakład kontrolowany