Niemiecki haust

Niemiecki haust

Gospodarczy sukces Niemiec opłaca się głównie Polsce
Nasze państwo pływa w pieniądzach. Na konta fiskusa spada złoty deszcz" - zachłysnął się bulwarowy "Bild". Do 2011 r. do budżetu Niemiec wpłynie o 80 mld euro więcej, niż zakładano. Chadecka kanclerz Angela Merkel dowiedziała się o tym na włoskiej plaży. Socjaldemokratycznego ministra finansów Peera Steinbrücka ta wiadomość dopadła w Namibii, też na urlopie. Niech odpoczywają, bo im się należy - szemrze nie mniej zadowolony niemiecki lud.

Popularność Merkel bije w kraju rekordy. Za granicą także - z wyjątkiem Rosji - kanclerz zdobywa punkty. Poprawa kondycji gospodarczej Niemiec to dla Polski też dobry prognostyk, bo zawsze lepiej sąsiadować z krajem zdrowym i bogatym niż chorym i biednym.

Merkel nie szkodzi
Już dawno między Odrą a Renem nie panował tak dobry nastrój. Po cudzie gospodarczym Ludwiga Erharda i latach prosperity sprzed zjednoczenia Niemcy stały się wzorem tego, czego nie robić, by nie udławić się własnym sukcesem.
W państwie, którego powinnością było kupowanie bezrobotnym złotych obrączek, wyposażanie i opłacanie im mieszkań, narósł astronomiczny dług publiczny, a z powodu wybujałych kosztów pracy przedsiębiorcy dokonywali masowych zwolnień i wynosili się za granicę. Jeszcze niedawno pracy szukało prawie 5 mln osób, dziś 3,81 mln. Eksperci przepowiadają rozwój gospodarki na poziomie 2,7 proc. PKB. Czy Niemcy przeżywają drugi cud? Raczej łapią drugi oddech, w którym zasługi kanclerz Merkel polegają na tym, że nie szkodzi.
Niezależnie od uzasadnionych zastrzeżeń Polaków (i nie tylko) co do Gerharda Schrödera, obecnie pracownika i lobbysty prezydenta Władimira Putina, byłemu kanc-
lerzowi Niemcy mogą dziś dziękować za "złoty deszcz". W chwili gdy przejmował ster rządu, gospodarka i finanse państwa znajdowały się w opłakanym stanie. Wzrost gospodarczy spadł do zera, a bezrobocie w niektórych okręgach sięgało nawet 49 proc. Niemcy płacili słoną cenę za lata reformatorskich zaniedbań, brak przygotowania do wyzwań globalizacji i zrealizowane
na hura zjednoczenie z NRD.

3xk
Już Helmut Kohl dostrzegł, że nie da się utrzymać erhardowskiej opiekuńczej gospodarki wolnorynkowej. - Staliśmy się towarzystwem wolnego czasu: nasz robotnik pracuje najkrócej, wypoczywa najdłużej, a zarabia najwięcej - ostrzegał. Na zjeździe CDU w Bremie w 1998 r. chadecy uchwalili "Program przyszłości", obejmujący reformę podatków i cięcia socjalne, ale "ojciec zjednoczenia" nie zdążył zrealizować tych planów. Schröder przejął pałeczkę z hasłami, że najlepszą formą opieki społecznej jest zapewnienie pracy. Jego reformy zawarte w pakietach Agenda 2010 i Hartz IV wybiegły jeszcze dalej niż propozycje ekipy Kohla.
Skalę zaordynowanej przez niego kuracji odchudzającej najlepiej obrazuje rozkwit interesów firm przewozowych. Po cięciach w stawkach czynszów refundowanych bezrobotnym połowa biorców zasiłków zamieniła mieszkania na mniejsze. Tylko w Berlinie przeprowadziło się 70 tys. mieszkańców. Chadecy przyjęli pakiet reform opracowany przez zespół Petera Hartza, jednego z szefów koncernu VW na usługach kanclerza. Gdyby nie zrealizował ich rząd Schrödera, zadanie redukcji długu i nadopiekuńczego rozdawnictwa spadłoby na chadeków.
Po przepchnięciu reform przez Schrödera biorcy zasiłków musieli się przesiąść
z BMW do mniej komfortowych aut, drobiazgowo spowiadają się ze stanu majątkowego i nie mogą bez konsekwencji finansowych odrzucać ofert pracy. Ale trudy przebudowy gospodarki i zaciskanie pasa szybko wyczerpały rezerwy poparcia dla kanclerza. Zirytowany ciągłym krępowaniem rąk przez dogmatyków z własnej partii po niemal dwóch kadencjach postawił wszystko na jedną kartę - to obywatele mieli przesądzić w przedterminowych wyborach, co dalej. Kanclerz wierzył, że uda mu się zabić dwie muchy jedną łapką - pozbyć się czerwonej kuli u nogi w szeregach SPD i uzyskać mandat społeczeństwa na kolejną kadencję. Przegrał i nie zdołał odciąć kuponów od swoich reform. Śmietankę spija rządząca od końca 2005 r. kanclerz Merkel.
Chadecy nie unieważnili żadnej ustawy autorstwa poprzedniej ekipy. Niemcy pojęli, że dla głębokich reform nie ma alternatywy i realizują je z niemiecką konsekwencją. CDU/CSU i SPD dogadały się co do największej przebudowy republiki od czasu II wojny - tzw. reformy federalistycznej. Jej główne cele to usprawnienie zarządzania państwem i dostosowanie do globalnych wyzwań. Cele urzeczywistnianych od stycznia 2007 r. rozwiązań można sprowadzić do trzech "k": koniec sobiepaństwa landowych książąt, koniec z finansową kroplówką dla gospodarek niewydolnych regionów i koniec z utrzymywaniem sztucznego podziału administracyjnego.

Koniec cudzego garnka
Niemiecką federację charakteryzuje swoista dwuwładza, z podziałem kompetencji na państwo i kraje związkowe. Teoretycznie większość ustawodawstwa przygotowywał Bundestag i rząd federalny, a zarządzanie leżało w gestii rządów krajowych. W praktyce znaczenie landów reprezentowanych w izbie wyższej parlamentu (Bundesrat) urosło do tego stopnia, że paraliżowały one uchwały Bundestagu i sprawowanie władzy przez kanclerza. Potrzebę zmian dostrzegano od dawna, ale dopiero utworzenie wielkiej koalicji dało szansę na przeforsowanie gruntownych reform. Od stycznia 2007 r. Bundesrat współdecyduje przy 30 proc. inicjatyw ustawodawczych.
Następnym krokiem mają być zmiany w tzw. systemie wyrównawczym. Dotychczas kraje o silniejszej kondycji gospodarczej musiały dopłacać do biedniejszych. Ów system obecnie obciąża rozwój republiki. Tak twierdzą najwięksi płatnicy: Bawaria, Hesja, Badenia-Wirtembergia i Hamburg. Do tej pory landowa biedota dostawała wsparcie do wysokości 95 proc. ogólnoniemieckiej średniej dochodów podatkowych przypadających na mieszkańca. Przed rokiem wyniosło ono 32 mld euro. - Kto dobrze gospodarzy, powinien być nagrodzony, a nie odwrotnie - przekonuje premier Badenii-Wirtembergii Günther Oettinger. Jego kraj płaci i sam popada w długi, które wynoszą dziś 39,54 mld euro. Powstanie wielkiej koalicji dało okazję do zmiany tej sytuacji. Reforma federalistyczna zakłada wprowadzenie systemu na wzór unijnego paktu stabilizacyjnego: kto wyda więcej, niż mu wolno, ten będzie musiał płacić.
W ten sposób zadłużone i niewydolne kraje związkowe będą zmuszone do twórczego wysiłku lub szukania pomocy u bogatszych sąsiadów, co w efekcie wymusi łączenie z dotychczasowymi dawcami. Walter Döring, wiceszef FDP, sądzi, że z czasem zniknie z mapy przynajmniej siedem landów, ale według większości polityków, ich liczba spadnie do dziesięciu. Na razie nikt o tym jeszcze nie myśli. Choć po niedawnych wyborach lokalnych pękła wielka koalicja w Bremie, a w rządach innych pięciu landów rządzonych wspólnie przez SPD i CDU trzeszczy i zgrzyta, Niemcy są pełni optymizmu. Gospodarka rozkwita, w kwietniu liczba bezrobotnych znów spadła o prawie 200 tys., a RFN po raz pierwszy od kilku lat nie złamie kryteriów stabilizacji euro.

Polskie Niemcy
Dla Polaków sukces Niemców jest niemal tak ważny, jak powodzenie własnych reform. Niemcy są naszym najważniejszym partnerem - jedna trzecia polskiego handlu zagranicznego odbywa się przez Odrę. Dla RFN też stanowimy największy obszar zbytu w środkowo-wschodniej Europie. Im lepiej wiedzie się Niemcom, tym lepiej dla Polaków. I na odwrót. Coraz bogatsi Polacy napędzają koniunkturę i zapewniają miejsca pracy w RFN. Mimo dysonansów politycznych w 2006 r. polsko-niemieckie obroty handlowe wzrosły aż o 27,5 proc., do wartości ponad 40 mld euro. Na polskim rynku zakotwiczyło około 10 tys. niemieckich firm. Z kolei bez polskojęzycznych klientów wiele sklepów na niemieckim pograniczu można by zabić deskami. Coraz więcej placówek handlowych w Berlinie z myślą o sąsiedzie zatrudnia polski personel. Równocześnie rośnie import wyrobów przemysłowych "made in Poland". Gdy we wrześniu 2006 r. zorganizowano w Kolonii czternasty już polsko-niemiecki salon gospodarczy, za jednym stołem zasiedli Karl-Heinz Knoop, który otworzył w Polsce filię firmy Riela produkującej stalowe silosy, oraz Krzysztof Olszewski reprezentujący fabrykę Solaris z Bolechowa pod Poznaniem. Firma Olszewskiego wymienia tabor komunikacji miejskiej w Berlinie.
Dla Niemców ze wschodnich landów współpraca z polskimi partnerami stała się wręcz codziennością. W Brandenburgii przeznaczono w 2006 r. 200 tys. euro na badania, jak miasta z obu stron pogranicza mogą wzajemnie zaspokajać swoje potrzeby. Na projekty współpracy Brandenburgii z województwem lubuskim w rozbudowie infrastruktury i na wspólne przedsięwzięcia gospodarcze UE dopłaciła 9,3 mln euro.
Od 2000 r. liczba młodych Polaków studiujących w Niemczech wzrosła o 60 proc., do niemal 15 tys. Organizacja wymiany akademickiej DAAD pośredniczyła w wymianie 3,3 tys. młodych naukowców z Polski i RFN. - Jesteśmy świadkami nieprawdopodobnego, wydawałoby się, przewartościowania w naszej świadomości. Być może zaczął się złoty okres niemiecko--polskiego sąsiedztwa - komentuje premier Meklemburgii-Przedpomorza Harald Ringstorff.
Okładka tygodnika WPROST: 22/2007
Więcej możesz przeczytać w 22/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Spis treści tygodnika Wprost nr 22/2007 (1275)


ZKDP - Nakład kontrolowany