Po co oni śpiewają?

Po co oni śpiewają?

Cała prawda o programie "Jak oni śpiewają"
Oni śpiewają po nic. I nawet nieważne jak, bo niezależnie od tego, kto wygra sobotni finał telewizyjnego programu "Jak oni śpiewają" w Polsacie, do wydania płyty jeszcze daleka droga, a do muzycznej kariery - lata świetlne. Śpiewają po nic - oświadczam jako juror czterech edycji "Idola", ale przede wszystkim jako obserwator późniejszych losów i karier uczestników programu. Przede wszystkim nikomu na ich śpiewaniu nie zależy. Bo telewizja nie jest od wyszukiwania czy lansowania wokalistów, ale od zarabiania pieniędzy. Producentom programu nie zależy, aby wygrał wokalista najlepszy, ale przeciwnie - najbardziej kontrowersyjny, bo tylko taki zapewni emocje, wysoką oglądalność, dochody z reklam i zyski z SMS-ów. Powiem więcej: zainteresowanie telewizji zwycięzcą programu kończy się zaraz po wyłączeniu kamer i wypiciu lampki szampana. Potem zwycięzcą zajmuje się firma fonograficzna, z którą kontrakt jest nagrodą w programie.
A przegrani - są zostawieni sami sobie. Przecież skończyło się show telewizyjne obliczone na oglądalność i zyski. Teraz ewentualnie trzeba zainwestować w wokalistę, który będzie miał największe szanse na dalszą karierę. Ale to już całkiem inna historia.

Przegrana zwycięzców
Finał pierwszego "Idola" wygrała, jak wiadomo, Ala Janosz. Urocza, wdzięczna, kochana przez kamerę, ubóstwiana przez telewidzów. I to zjawisko - przepadło. Jak kamień w wodę. A wielcy przegrani? Na przykład Szymon Wydra. Ale ten "przegrany" nagrywa płyty, koncertuje, radio nadaje jego kolejne przeboje. Jest jednym z najlepszych wokalistów w kraju - niezależnie od tego, czy jego styl się komuś podoba czy nie. A przecież podobne kariery zrobili wykonawcy, którzy nawet nie weszli do ścisłego finału: Tomek Makowiecki czy Ania Dąbrowska. Ta ostatnia w tym roku po raz kolejny rozbiła bank z Fryderykami i ma zasłużoną markę jednej z najważniejszych artystek na naszej scenie pop. Tylko - uwaga! - żadne z nich nie znalazło się w telewizji z łapanki. Szymon Wydra, zanim pojawił się w studiu, od wielu lat był liderem zespołu Carpe Diem. Po programie mógł z marszu wchodzić do studia nagraniowego. Tomek Makowiecki, zanim pokazał się na wizji, miał już gotowy album. O Ani Dąbrowskiej od razu było wiadomo: świetnie śpiewa, gra na kilku instrumentach, pisze, komponuje. I - najważniejsze - dobrze wie, co chce dalej robić na ścieżce kariery, na którą weszła dużo wcześniej. Podobnie obdarzona "atomowym" głosem Ewelina Flinta. Miała już bogate doświadczenia z zespołu Surprise i była ukształtowaną artystką. A Ala Janosz - nie. Po zwycięstwie w programie szybko wydała bezstylową składankę piosenek nagranych z muzykami sesyjnymi, tzw. najemnikami. Rozczarowała publiczność i nikt się nią już nie interesował.
Trudno o lepszy przykład niż Ala Janosz na to, że zwycięstwo nie zapewnia kariery. Schemat powtarzał się w kolejnych latach. Warto przypomnieć kilka nazwisk. Krzysztof Zalewski był heavymetalowcem, taką też, bardzo niekomercyjną płytę nagrał. Monika Brodka jest dziś bodaj największą gwiazdą w kraju, a Maciej Silski przepadł bez wieści. O wiele częściej słychać o "przegranych" Sławku Uniatowskim, Pawle Kowalczyku i Bartku Szymoniaku, którzy na własną rękę pracują nad debiutanckimi albumami. Sukces w programie nie zapewnia kariery, bo publiczność po wyłączeniu telewizora ma natychmiastowy atak amnezji i zapomina, na kogo głosowała.

Idole za zasługi
Program "Jak oni śpiewają" to niby to samo co "Idol", tylko znacznie gorzej. "Idol" przy swoich "szołmeńskich" cechach pozostał jednak konkursem wokalnym, gdzie na początku jury twardo walczyło o poziom. Po programie - żądała go publiczność. Było to dla mnie zresztą nieustające - miłe! - zaskoczenie. Do dzisiaj nie rozumiem, dlaczego plebejska, discopolowa publiczność Polsatu nagle zaczęła głosować na wykonawców rockowych (Flinta, Wydra), heavymetalowych (Zaleff), soulowych (Brodka, Dąbrowska) czy nawet gospelsowych (Gosia Stępień). Byłem pewien, że kiedy władza trafi w ręce ludu, ten wybierze kogoś w typie Michała Wiśniewskiego, Dody czy Mandaryny albo jakiegoś discopolowca! Dlatego "wycinaliśmy" takich bezlitośnie już na wstępie. Telefony grzały się od uwag widzów, którzy uważali nas za złośliwych "psychopatów", ale nie zważaliśmy na to. Szybko zorientowaliśmy się, że widzowie często głosowali nam na złość, ale częściej sugerowali się tym, co mówimy.
Z programem "Jak oni śpiewają" jest zupełnie inaczej. Jemu bliżej jest do "Big Brother" czy "Baru". Tu nikt nawet nie stara się ukrywać, że nie chodzi o to, "jak" oni śpiewają, ale o to, czy są "sympatyczni". Tych "sympatycznych" wysoko punktuje i jury (zwłaszcza Edyta Górniak), i publiczność. Do finału dochodzi przesympatyczna Edyta Herbuś, która wokalnie nie jest już nawet rakiem na bezrybiu. Więcej - ona jest meduzą na pustyni! (A Elżbieta Zapendowska, która to powiedziała wprost, została potraktowana przez media tak, jak zazwyczaj traktuje się pedofilów). Swoją drogą - Robert Moskwa jest niewiele lepszy.

Kazus "Pączka"
Czy nie można zorganizować programu, który byłby i konkursem wokalnym, i telewizyjnym show? Nie. Świadczy o tym historia "Pączka". Raz zdarzyło się, że odstąpiliśmy od zasady premiowania talentu. Nie z własnej winy. Okazało się, że jeden z uczestników zakwalifikowanych do etapu klubowego nie może w nim wystąpić z przyczyn proceduralnych. Podpisał już kontrakt fonograficzny. Trzeba było kogoś "dowołać". Żeby nikt nie miał żalu, "dowołaliśmy" dziewczynę, która śpiewała nieźle, a wszyscy zapamiętaliś-my ją jako osobę niesłychanie sympatyczną, energiczną i fotogeniczną. To wystarczyło. "Pączek" tak świetnie wypadł przed kamerą, że wokaliści naprawdę utalentowani nie mieli przy nim szans. Wyciął nawet Saszkę Strunin (obecnie w zespole The Jet Set, który reprezentował Polskę na Eurowizji), a potem jeszcze kilku zdecydowanie lepszych od siebie wokalistów. "Pączek" stał się szybko nie tylko ulubienicą, ale zakładnikiem publiczności. Panienka po każdym programie zapewniała, że chce już odpaść i szczerze przepraszała każdego "wyciętego" wokalistę. Na scenę wchodziła jak na ścięcie i kiedy wreszcie odpadła, odetchnęła z ulgą. My też, bo wskutek jej popisów niezły program zamieniał się w występ odpustowy.
Mam pewność - słuch po finalistach "Jak oni śpiewają" zaginie jak po zwycięzcach "Big Brother". Dlaczego? Bo to byli "aktorzy" obsadzeni przez stację w wyznaczonych rolach.
A aktorzy mówią to, co scenarzysta napisze. Nie wiemy, jakie mają poglądy, jeśli je w ogóle mają. Są jak pacynki, które nieruchomieją, kiedy Wielki Kreator wyciągnie z nich rękę. A aktorzy serialowi? Szkoda gadać. To przeciwieństwo artystów rockowych. Ci, są "self-mejdmenami". Mogą błądzić, ale robią wszystko sami i w zgodzie z sobą. Z programu "Jak oni śpiewają" jakaś płyta pewnie powstanie, ale będzie nagrana na siłę. W dodatku ukaże się, kiedy wszyscy o programie dawno zapomną.
Okładka tygodnika WPROST: 22/2007
Więcej możesz przeczytać w 22/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Spis treści tygodnika Wprost nr 22/2007 (1275)


ZKDP - Nakład kontrolowany