Nie chciałem, nie musiałem

Nie chciałem, nie musiałem

Rozmowa z Ludwikiem Dornem, marszałkiem Sejmu
"Wprost": To prawda, że nie chciał pan zostać marszałkiem Sejmu?
Ludwik Dorn: Nie chciałem. I początkowo zdecydowanie odmówiłem.
- Bo?
- Wbrew temu, co pisały media, w rządzie byłem rzeczywistym pierwszym zastępcą premiera.
- Ale w końcu musiał pan powiedzieć: "Panie prezesie, melduję wykonanie zadania"?
- Nic nie musiałem. Kiedy jednak inne kandydatury z różnych względów okazały się nieaktualne, Jarosław Kaczyński znalazł się w dużym kłopocie.
- I wziął pana jeszcze raz na rozmowę?
- To była rozmowa w gronie kilku osób ze ścisłego kierownictwa PiS. Premier mówi do mnie: "Ludwik, wracamy do twojej kandydatury". Wszyscy nagle spojrzeli na mnie takim wzrokiem, który mówił, że nie darują mi jeśli odmówię.- Premierowi się nie odmawia?
- Mogłem odmówić i dalej być wicepremierem, ale kolegów nie zostawia się w biedzie.
- Ale drugi raz w ostatnim czasie pan mu ustąpił. Ma pan żal?
- Nie jestem cyborgiem i mam swoje emocje. Jeśli pytacie, czy byłem zachwycony utratą MSWiA, to szczerze odpowiadam: nie byłem. Potrzebowaliśmy trochę czasu, żeby nasze relacje z premierem wróciły do takiego stanu jak kiedyś.
- A negatywne emocje jeszcze są?
- Niedobrze, gdy polityk jest zbyt wychłodzony emocjonalnie, ale gdy ma w tych sprawach pamięć słonia, to też źle.
- Jak Marek Jurek?
- Jedna z moich zasad brzmi: nie oceniaj swoich poprzedników, jeśli są lub byli z tej samej formacji politycznej.
- Janusz Kaczmarek jest dobrym szefem MSWiA?
- Druga zasada: następcy też nie oceniaj.
- A Zbigniew Ziobro? Jest dobrym ministrem?
- Na pewno cieszy się dużą popularnością.
- Jest dobry czy tylko popularny?
- Skoro jest tak popularny to musi mieć wiele zalet.
- Czy PiS już pęka?
- Odejście Marka Jurka to nie było pęknięcie. Raczej odprysk.
- Albo początek większej erozji.
- W to nie wierzę. Wielu zwolenników Marka Jurka, w tym z dawnego ZChN, przychodziło do mnie i mówiło, że jego postępowanie jest bezsensowne i politycznie szkodliwe.
- A więc wszystko w PiS jest w największym porządku?
- Tak nie twierdzę. Ale kiedy zaskrzypi podłoga, nie należy mówić, że wali się dom.
- I trzeba udawać, że nic się nie dzieje?
- Nie. Jeśli podłoga zaskrzypiała, trzeba sprawdzić, czy żaden kornik jej nie drąży. Ale bez paniki.
- Przyzna pan, że w PiS ostatnio skrzypi coraz głośniej?
- Czasem tak. Sprawa Marka Jurka ujawniła pewien deficyt wewnętrznej dyskusji, zarówno w samym PiS, jak i między rządem a posłami.
- Posłowie bywają traktowani jak maszynki do głosowania?
- Czasem tak. Znam sytuację, gdy szef pewnej ważnej komisji sejmowej zadzwonił do ministra, żeby spytać go o stan prac nad ważną ustawą. W odpowiedzi usłyszał, że jak projekt powstanie, to ten poseł go sobie znajdzie w Internecie. To odpowiedź skandaliczna, powodująca zrozumiałe frustracje.
- Warto było wchodzić w koalicję z Samoobroną i LPR?
- Moim zdaniem warto, choć koalicyjnych partnerów nigdy się specjalnie nie kocha. Ale sądzę, że koalicja z platformą byłaby dla nas trudniejsza i dawała gorsze efekty rządzenia.
- Ciągle słyszymy o wyborach. Wierzy pan, że będzie marszałkiem do końca kadencji?
- Zacytuję Raymonda Arona: "Prorokujcie, ale nie podawajcie dat".
- To poprorokujmy bez dat. Kto będzie rządził po następnych wyborach?
- Na pewno jakaś koalicja.
- Z PiS?
- Być może. W przyszłym Sejmie niemożliwa będzie jedynie koalicja PiS z SLD.
- A z PiS z PO?
- Zarówno teoretycznie, jak i praktycznie wspólne rządy PO-PiS po następnych wyborach są możliwe.
- Ostatnio Jarosław Kaczyński mówi, że platforma broni III RP. To jak możecie z nimi rządzić?
- Teraz nie możemy. Ale jeśli hipotetycznie mówimy o następnej kadencji, nie można wykluczyć, że w zmienionych warunkach razem z PO moglibyśmy kontynuować zapoczątkowaną przez nas naprawę Polski. Proszę tego jednak nie traktować jako politycznej deklaracji. Nie chcę niepokoić LPR i Samoobrony!
- A jednak trochę kusi pan platformę.
- Ani trochę. W antypisowskiej histerii politycy PO przekraczają ostatnio wszelkie granice. Niektóre wypowiedzi Donalda Tuska go po prostu ośmieszają. Krytykuje nas bardziej niż on czy my Leszka Millera w szczytowym momencie afery Rywina!
- I razem z SLD chce wprowadzić totalną lustrację, to znaczy ujawnić wszystkie archiwa IPN. Głupio wam, odwiecznym antykomunistom?
- Jeśli chodzi o lustrację, PiS nigdy nie było nierozumnie radykalne. Byliśmy takim prawym skrzydłem żyrondystów.
- A Jan Rokita lustracyjnym jakobinem?
- Wręcz hebertystą! On uważa, że jawne powinno być wszystko, łącznie z intymnymi informacjami o byłych opozycjonistach.
- Pan się z tym nie zgadza?
- Nie zgadzam się. Jeśli ktoś narażał swoje życie lub nawet tylko karierę w walce o niepodległość, a przy okazji masowo zdradzał żonę lub lubił chłopców, to niespecjalnie widzę powód, żeby dziś wolna Polska upokarzała go wywlekaniem tamtych spraw.
- To może rację mają ci, którzy chcą zabetonować wszystkie archiwa?
- Nie mają. Ale w Polsce, także wśród niektórych historyków i publicystów, widzę niepokojącą tendencję przemiany historiografii w ubekografię. Wychodzi na to, że z komuną walczyła banda przygłupów, erotomanów i alkoholików, którzy w wolnych chwilach na siebie donosili.
- Będzie pan rządził w Sejmie żelazną ręką?
- Już mówiłem, że z tym żelaznym Ludwikiem to bajki.
- Podobno weźmie się pan za sejmowych dziennikarzy?
- Sytuacja w tej dziedzinie wymaga istotnych zmian. W tej chwili jest tak, że reporterzy sejmowi stanowią niezorganizowany tłum.
- Jakoś przez lata to nikomu nie przeszkadzało.
- Szturchanie mikrofonami szefa rządu, tarasowanie drogi marszałkowi Sejmu przy pomocy kamer i plątaniny kabli - to waszym zdaniem normalne? Przecież takich scen nie ma w żadnym cywilizowanym parlamencie!
- Ograniczy pan liczbę sejmowych dziennikarzy?
- Na pewno nie może być tak jak obecnie, że w Sejmie akredytowanych jest 1300 dziennikarzy, którzy nagle mogliby się razem na Wiejskiej pojawić. Dlatego chcę stworzyć korpus dziennikarzy sejmowych, coś w rodzaju quasi-korporacji.
- Będą dziennikarze lepsi i gorsi?
- Już są. Jest grupa profesjonalistów, którzy rzeczywiście interesują się pracami Sejmu, i im tę pracę trzeba ułatwić. Ale kiedy po ostatnim posiedzeniu 3 maja podchodzi do mnie dziewczątko z jakiegoś radia, podstawia sitko i mówi: "Ja mam pytanie w temacie patriotyzmu", to przecież jest to poniżające i dla dziennikarzy, i dla polityków. Dlatego myślę o wprowadzeniu zróżnicowań akredytacyjnych.
- To znaczy?
- Podziału dziennikarzy na grupy. Tak jak w Rzymie: patrycjusze, ekwici i plebejusze. W zależności od rodzaju akredytacji każda z tych grup miałaby inne uprawnienia, jeśli chodzi o dostęp do polityków i możliwość poruszania się po Sejmie.
- Brzmi groźnie.
- Spokojnie. O wszystkim będę rozmawiał z przedstawicielami środowiska dziennikarskiego.
- Jeśli takimi pomysłami chce pan poprawić relacje PiS z dziennikarzami, to gratulujemy.
- Chcę przywrócić elementarny porządek w Sejmie. A stosunek części mediów do PiS jest tak zły, że go już nie pogorszę.
- A co, jeśli dziennikarze nie zechcą się podporządkować?
- Przy całym szacunku: marszałek ma w Sejmie realną władzę. A akredytacje dziennikarskie nie są przyznawane dożywotnio.
- Brzmi jak szantaż. Zakaże pan niepokornym wchodzenia do Sejmu?
- Nie mówię o niepokornych w sensie politycznym. Ale kto będzie łamał porządek, straci akredytację. Jest w parlamencie przypadek dziennikarza, który chciał wnieść na teren Sejmu broń, w dodatku wykłócał się z interweniującymi strażnikami. Do dziś wchodzi do Sejmu jako dziennikarz. To skandal. Takich przypadków za mojego urzędowania nie będzie.
- Jak ktoś źle napisze o rządzących, też straci akredytację?
- Bez żartów, nie jestem cenzorem. Chciałbym natomiast przyznawać całkiem sowitą nagrodę i dyplom uznania za najlepszy krytyczny materiał o pracy marszałka Sejmu. Kandydatury do nagrody zgłaszaliby dziennikarze akredytowani przy izbie.


Fot: Z. Furman
Okładka tygodnika WPROST: 19/2007
Więcej możesz przeczytać w 19/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Spis treści tygodnika Wprost nr 19/2007 (1272)


ZKDP - Nakład kontrolowany