Totalne zadymienie

Totalne zadymienie

Najtrwalsze małżeństwo Hollywood
Bohater filmu, który kopci na ekranie non stop, to już przeszłość? Nic bardziej mylnego! Liczba scen z dymkiem w tle, umiejętnie przemyconych do wielkich przebojów kinowych w ostatnim ćwierćwieczu, wzrosła ponaddwukrotnie - alarmują instytucje zwalczające palenie. Wszystko za sprawą ogromnych pieniędzy, które koncerny tytoniowe płacą za nieformalne reklamowanie swoich produktów.
Na ekrany polskich kin wchodzi właśnie komedia "Dziękujemy za palenie", oparta na bestsellerowej książce Christophera Buckleya. Jej bohater to cyniczny lobbysta wielkiego przemysłu tytoniowego, który postawił sobie za cel powrót do lat cudownej symbiozy Hollywoodu i nikotyny. To wielki akt hipokryzji ze strony hollywoodzkich twórców, jako że film przedstawia jako teraźniejszość stan separacji obu biznesów sprzed co najmniej 15 lat.

Romans tytoniu z kinem
Gdy przed stu laty na srebrnym ekranie ktoś po raz pierwszy zapalił papierosa, rozpoczął się trwający do dzisiaj romans tytoniu z kinem. Trzeba jednak było dopiero rewolucji dźwiękowej i ukształtowania się w latach 30. instytucji gwiazdy filmowej, by przemysł filmowy i tytoniowy uzmysłowiły sobie ogrom wspólnych interesów. Ikona dekadenckiej Republiki Weimarskiej Marlena Dietrich (bohaterka tonącego w kłębach nikotynowego dymu "Błękitnego Anioła") podniosła palenie papierosów niemal do rangi aktu seksualnego.
Amerykanie dorobili się parady własnych bohaterów: palącego gangstera z czasów prohibicji, żołnierza II wojny światowej i wreszcie buntownika bez powodu. Każdy z nich bez spowijającego go tytoniowego dymu byłby tylko godnym ubolewania zniewieściałym niedorajdą. W czasach Rity Hayworth, Humphreya Bogarta, Johna Wayne'a czy Gary'ego Coopera większość gwiazd zdawała się żywymi reklamami papierosów. Kilkoro z nich (Bogart, Cooper, a później Audrey Hepburn i Steve McQueen) przypłaciło ten nałóg życiem.

Marlboro Man się zaciąga
Złoty wiek papierosów trwał do lat 80. XX wieku. W czasach reaganowskiej prosperity triumfująca Wall Street narzuciła terror zdrowego trybu życia. Zgodny raban podniosły zarówno organizacje reprezentujące ludzi mających dość zadymionych i śmierdzących restauracji, biur, kin czy redakcji, jak i gremia medyczne. Symbolicznym aktem tych przemian stało się zdiagnozowanie raka płuc u niejakiego Lorne'a Lutcha. Cały świat znał go jako Marlboro Mana, który z billboardów i reklam w magazynach przez lata kusił wizją bezkarnych rozkoszy palenia. Koniunkturalny Hollywood nie miał wyboru. Pod presją antynikotynowego lobby musiał odtrąbić separację z przemysłem tytoniowym. Nawet w filmach twórców niezależnych, takich jak Wayne Wang ("Dym") czy Jim Jarmusch (skecze z cyklu "Kawa i papierosy"), palenie pokazane zostało jako symbol wykluczenia, przynależności do poprzedniej epoki.
W wydanej niedawno pracy "Tobacco and the Movie Industry" Annemarie Charlesworth i Stantona A. Glantza przeprowadzono analizę filmowych przebojów kasowych pod kątem tzw. tytoniowych incydentów (palenie, reklamy w tle, jakaś "przypadkowa" paczka papierosów czy popielniczka). W 2002 r. liczba owych incydentów w największych przebojach kinowych wzrosła aż do 10,9 na godzinę (z 4,9 w 1982 r.). To o 0,2 więcej niż w uważanych za szczytowe pod tym względem latach 50. Stara miłość przemysłu tytoniowego z Hollywoodem widać nie zardzewiała. Tyle tylko, że teraz zeszła do podziemia, by tam doskonalić nowe, bardziej wyrafinowane i dyskretne formy współżycia.

Stare dolary, nowe koperty
Pół wieku temu tak zwane product placement, czyli pokazywanie produktu na ekranie, które przemysł filmowy i tytoniowy doprowadziły do doskonałości, było oczywistością. Producenci papierosów w zamian za reklamę swoich marek nie tylko współfinansowali filmy, lecz także hojnie wynagradzali aktorów. John Wayne reprezentował camele, Marlena Dietrich lucky striki. Do palenia zachęcał z wielkich billboardów reklamujących "Giganta"
James Dean z papierosem w ustach. Ostatnią gwiazdą otwarcie opłacaną przez przemysł tytoniowy był Sylvester Stallone. Koncern Brown & Williamson - ten sam, którego kryminalne praktyki obnażył oparty na faktach film "Informator" Michaela Manna z 2000 r. - zapłacił Slyowi w 1983 r. pół miliona dolarów, by w pięciu swych filmach, w tym w "Rambo", palił lucky striki.
Uwadze speców od reklamy nie umykały także znane osobowości telewizyjne. Wzór dziennikarskiej uczciwości Edward R. Murrow - przypomniany ostatnio w zrealizowanym stylowo, jakby w środku zasłony dymnej filmie "Good Night, and Good Luck" - był sponsorowany przez producenta kentów. Zresztą po premierze tego biograficznego filmu pojawiły się nie tak wcale głupie pytania, czy aby jego twórca, George Clooney, nie przyjął dyskretnie podsuniętej mu pod stolikiem koperty od tegoż właśnie producenta. Zwolennicy teorii spiskowych uważają, że widoczna dziś gołym okiem fala filmów, których akcja rozgrywa się między latami 20. a 60. ubiegłego stulecia ("Chicago", "Niepokonany Seabiscuit", oba filmy o Trumanie Capote, "Człowiek, którego nie było", "Ray", "Spacer na linie"), w których pali się tytoń bez ograniczeń i umiaru, to efekt nowego szatańskiego paktu Hollywoodu z producentami papierosów. Gołym okiem zresztą widać, że w filmach znowu się pali. I to sporo. A w życiu - tak jak za dawnych dobrych lat - otwarcie palą gwiazdy, jak Sharon Stone, Nicole Kidman, Leonardo DiCaprio, Johnny Depp, Pierce Brosnan czy Russell Crowe. I to nie tak całkiem bezinteresownie, jak poszeptują wtajemniczeni.
Statystyki umieralności palaczy nie są cool. Wystarczy jednak podnieść granicę wieku widzów, gdy tylko liczba "incydentów tytoniowych" stanie się zbyt duża, by zmusić producentów do przestrzegania pewnych reguł. Jak mówi Deborah Arnott, dyrektorka brytyjskiej antynikotynowej organizacji charytatywnej Ash, "nie domagamy się całkowitego zakazu palenia w filmach. Nie możemy jednak być obojętni na mocne dowody wskazujące na zależność między paleniem filmowych gwiazd a sięganiem po papierosy zwłaszcza przez nastolatki".
Okładka tygodnika WPROST: 19/2007
Więcej możesz przeczytać w 19/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Spis treści tygodnika Wprost nr 19/2007 (1272)


ZKDP - Nakład kontrolowany