Urna hollywoodzka

Urna hollywoodzka

Do Białego Domu przez fabrykę snów
John F. Kennedy został prezydentem także dlatego, że poparł go Frank Sinatra i jego "paczka szczurów", z Deanem Martinem i Sammym Davisem juniorem. Podczas kampanii wyborczej do "paczki" dołączył "klan", czyli grupa gwiazd Hollywood z Shirley MacLaine, Lauren Bacall i Judy Garland. Kennedy wygrał. Odtąd marzenie o byciu wybrańcem podobnej paczki nie opuszcza aspirantów do Białego Domu. Właśnie rozpoczęły się wielkie umizgi w fabryce snów.

Do Kalifornii po złoto
Do Hollywood jedzie się po fundusze. W czasie marcowego weekendu Hillary Clinton zebrała w Hollywood 2,6 mln dolarów. To niemal dwa razy więcej niż demokratyczny kontrkandydat do nominacji, senator z Illinois Barack Obama, który do fabryki snów udał się już w lutym. Szlak wyborczy prowadzi do stolicy filmu, bo Hollywood to Kalifornia, a Kalifornia to "złoty stan" - szósta co do wielkości gospodarka świata, jeden z najbogatszych stanów Ameryki, zaludniony przez miliarderów. Kalifornia lansuje trendy polityczne i jest intelektualnym zapleczem przemysłu. Dobre nastawienie do kandydata w Kalifornii może wpłynąć na preferencje wyborców w całym kraju.
Senator Obama, przyłączywszy się do wyścigu wyborczego, zorganizował w Hollywood fundraiser, czyli bankiet, w którym uczestnictwo kosztuje 2300 dolarów. To najwyższa suma, jaką prywatny darczyńca może zasilić komitet wyborczy. Gospodarzami przyjęcia byli Steven Spielberg, David Geffen i Jerry Katzenberg. Dwaj ostatni to szczególnie wpływowi producenci filmowi, współzałożyciele wytwórni DreamWorks. Wsparcie dla Obamy manifestowali m.in. George Clooney, Matt Damon, Morgan Freeman oraz szefowie wytwórni Paramount i Universal.
Senator Clinton przebiła wysiłki Obamy i Spielberga. Jej bankiet odbył się w domu miliardera Rona Burkle'a, jednego z najbogatszych Amerykanów. Pokazało się też grono gwiazd i producentów. Nic dziwnego - kandydaci demokratów przeważnie cieszą się większym poparciem Hollywood niż republikanie.
Republikanie także starają się nie pominąć Kalifornii. Rudolph Giuliani, były burmistrz Nowego Jorku, jeździ często do złotego stanu. Ma przewagę nad pozostałymi republikanami. Uważany za tolerancyjnego liberała błyskotliwy Giuliani, który nie waha się wystąpić w telewizyjnych talk-shows z parodią Johna Travolty z "Gorączki sobotniej nocy" lub naśladować Marlona Brando w roli ojca chrzestnego, ma większą niż inni łatwość pozyskiwania zwolenników wśród artystów.
W tym sezonie wyborczym gwiazdy, producenci i finansiści Hollywood popierają demokratów z zaciekłą determinacją. Prezydentura Busha, a zwłaszcza wojna w Iraku, sprawiły, że - jak podaje tygodnik "Le Point" - sponsorzy z tego środowiska postanowili równocześnie wspierać finansowo kilku kandydatów demokratycznych, by całemu obozowi politycznemu dać jak największe wsparcie. Gdy wyklaruje się lider, zgarnie kolejną pulę pieniędzy. Wprawdzie społeczność filmowa nie składa się z samych demokratów, a republikanie mogą zapewne liczyć na wsparcie Mela Gibsona i jego wytwórni, ale popularność demokratów w świecie Hollywood jest przytłaczająca. Pytanie tylko, czy fabryka snów może rzucić na szalę tyle pieniędzy i blichtru, by zrównoważyć wsparcie ze strony możnych republikanów.

Prezydent Sinatry
Gdy Sinatra i jego "paczka" wsparli JFK, katolickiego senatora, został on prezydentem. To, że był katolikiem, stanowiło duże utrudnienie. Nigdy wcześniej katolikowi nie udało się w Ameryce zdobyć najwyższych urzędów, a nawet mianowanie ambasadorem ojca JFK Josepha Kennedy'ego było przełomem. Zdobycie pieniędzy i głosów dla katolickiego kandydata to nie lada wyczyn. Mało tego, gdy po latach Sinatra odwrócił się od demokratów i wsparł Ronalda Reagana, ten został pierwszym namiestnikiem Hollywood w Białym Domu. Co by było bez Sinatry i jego paczki - nie wiadomo. Hollywood to sława, blichtr i stolica snobizmu - za promocyjne bankiety, na których Sinatra i inne sławy śpiewały na rzecz Kennedy'ego, publiczność była skłonna płacić kolosalne pieniądze. Sinatra sam dzwonił po znajomych, by wyciskać z nich większe datki. Tam, gdzie i tego było za mało, uruchomił ponoć swoje (opisane w "Ojcu chrzestnym") kontakty z mafią. A był podobno beniaminkiem legendarnych mafiosów, takich jak Lucky Luciano i Momo Giancana.
By zdobyć głosy dla katolickiego kandydata w konserwatywnej Wirginii, trzeba było protekcji goodfellas - chłopców z ferajny, którzy wytłumaczyli kontrolowanym przez siebie związkom zawodowym, na kogo głosować. Od tego czasu jednak "ojcowie chrzestni" stracili większość władzy. Na ich miejsce Hollywood mobilizuje rekiny finansowe z Doliny Krzemowej. Kandydaci na prezydenta wożą więc często z sobą gwiazdy jak maskotki. Co prawda pomylił się prezydent Bush senior, pokazując się w towarzystwie Arnolda Schwarzeneggera. Prasa pisała: "Mężczyzna, który występuje obok Arnolda, wygląda jak krewetka". Ale Arnold, jak przed nim inni aktorzy - Bing Cosby, John Wayne, Clint Eastwood, Bruce Willis i seksbomba Bo Derek - dołożył cegiełki do republikańskiej sprawy. Tak naprawdę jednak sama star-power (władza gwiazd) nie przeważa na szali wyborczej. Owszem, Hollywood staje się groźne, ale wtedy, gdy sumuje swoje wpływy reklamowe, blichtr, wielkie pieniądze i poparcie ważnych lobby.
Sami aktorzy bez producentów, wielkiej finansjery, Doliny Krzemowej, bez Luciano i Giancany niewiele znaczą. Mają też zazwyczaj przeciw sobie znacznie zamożniejsze lobby, przeważnie bardziej skuteczne: kompleks naftowo-energetyczny, lobby rolnicze i przemysłowe. To oni wsparli w 2000 r. i 2004 r. Busha juniora. I wygrał. Teraz Hollywood robi wszystko, by nie oddać następnej tury.
Okładka tygodnika WPROST: 19/2007
Więcej możesz przeczytać w 19/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Spis treści tygodnika Wprost nr 19/2007 (1272)


ZKDP - Nakład kontrolowany