Paparazzo polityka

Paparazzo polityka

Jestem gnojkiem, rujnuję ludziom życie i nawet nie czuję się winny - to przesłanie króla włoskich paparazzich
W filmie "Dolce vita" Felliniego fotograf o nazwisku Paparazzo szpiegował intymne życie rzymskich gwiazd. Słowo to w dialekcie oznacza wyjątkowo dokuczliwego komara. Prawie pół wieku później we Włoszech na paparazzich spadły najcięższe gromy, z groźbą kar więzienia włącznie.
Od kilku tygodni Włochami wstrząsa skandal związany z paparazzimi. Śledztwo prowadzi Henry John Woodstock, prokurator z Potenzy. Dochodzeniem objął już połowę elity włoskiego show-biznesu, ikony świata sportu i polityków. To w nich były wycelowane obiektywy paparazzich, ale nie po to, by zarabiać na niedyskretnych zdjęciach, lecz by je niszczyć. Wszystko za duże pieniądze wyłudzane od bohaterów podstępnych sesji.

Robin Hood po włosku
Intratny proceder uprawiał 33-letni Fabrizio Corona, właściciel znanej agencji fotograficznej, playboy zwany królem paparazzich. Sam siebie nazywa współczesnym Robin Hoodem. "Zabieram pieniądze bogatym i daję sobie" - mówił. Od kilku tygodni Corona przebywa w areszcie, jest oskarżony o szantażowanie VIP-ów skandalizującymi zdjęciami. Twierdzi, że w tym, co robił, nie było nic nielegalnego. "Sprzedawanie usługi komuś, kto nie chce, by coś wyszło na jaw, to nie szantaż, lecz biznes" - powtarza. W ramach tego biznesu piłkarz David Trézéguet, gwiazda Juventusu Turyn, "dla ratowania swego życia rodzinnego" zapłacił 20 tys. euro za zdjęcia z pewną modelką. 50 tys. euro kosztowała Francesco Tottiego z AS Roma fotografia, na której całował telewizyjną gwiazdkę w czasie, gdy jego żona była w ciąży. Piosenkarz Eros Ramaz-zotti kilka lat temu za 30 tys. euro wykupił zdjęcia kompromitujące jego ówczesną żonę Michelle Hunziker. Corona razem z impresario Lele Morą zwabiał ofiary na przyjęcia z prostytutkami czy mamionymi obietnicami o karierze telewizyjnymi subretkami zwanymi valette. Dlatego cały skandal ochrzczono mianem valettopoli.
"Jestem gnojkiem. Tak, rujnuję ludziom życie i nawet nie czuję się winny. Skończę z tym, kiedy uzbieram jeszcze trochę pieniędzy" - wyznał Corona w rozmowie telefonicznej z żoną. Nie zdążył, bo nieostrożnie zadarł z politykami. W marcu 2007 r. wyszło na jaw, że kilka miesięcy wcześniej ludzie Corony szantażowali 22-letnią Barbarę Berlusconi, córkę byłego premiera Włoch. Za wykupienie zdjęć mocno podchmielonej dziewczyny w ramionach nieznajomego mężczyzny rodzina Berlusconich zapłaciła 20 tys. euro. Skandal zatoczył szersze kręgi po tym, jak paparazzi uwiecznili Silvio Sircanę, rzecznika obecnego rządu włoskiego, kiedy zatrzymał swego volkswagena przy trotuarze z czekającymi na klientów transwestytami. Corona zdał sobie sprawę z niebezpieczeństwa i wysłał dementi do prasy. Ale było już za późno. Rzecznik trafił do szpitala z kolką żołądkową. Polityczny Rzym dopiero wtedy zareagował świętym oburzeniem. "Sircana padł ofiarą ataku uwłaczającego godności poważnego kraju" - powiedział premier Romano Prodi. "Dzisiaj to ofiary szantażu sadza się na ławie oskarżonych" - grzmiał przywódca opozycji Silvio Berlusconi.

Przyjemność i władza
Na działania paparazzich wobec polityków zareagowało parlamentarne gremium ds. ochrony prywatności, zapowiadając kary od trzech miesięcy do dwóch lat pozbawienia wolności za publikowanie materiałów "nie będących w interesie publicznym", a naruszających sferę życia prywatnego, "zwłaszcza seksualnego", znanych osób. "Prywatność? Tak, jest święta, ale tylko gdy dotyczy polityków" - oburzyły się media, zarzucając wybrańcom narodu stosowanie podwójnych standardów. Tę opinię podziela lewicowy parlamentarzysta Cesare Salvi. "Dopóki chodziło o piłkarzy, nikt nie protestował. Dopiero gdy zagrożeni są politycy, wszystko się zmienia" - mówi. Jego zdaniem, stwarza to ryzyko, że zapowiedziane kary zostaną odebrane jako zamach na wolność mediów. Tak też zareagował włoski związek dziennikarzy, uznając sankcje za próbę cenzury.
W archiwach "króla paparazzich", zawierających co najmniej 1600 dyskietek ze zdjęciami i filmami, kryje się ponoć dużo więcej niedyskrecji o życiu włoskich gwiazd, z politykami włącznie. Czy zatem dochodzenie niezłomnego prokuratora z Potenzy może mieć podobne konsekwencje, jak podjęta w 1992 r. operacja "Czyste ręce"? Ujawniając korupcyjne powiązania między światem polityki i biznesu, zmiotła ona ze sceny większość starych partii, od chadeckiej po socjalistyczną. Dzisiaj jednak w Rzymie przewiduje się najwyżej jej postmodernistyczną czy postpolityczną wersję. "Wyłudzenia, szantaż za pomocą podstępnie robionych fotografii czy prowadzonych na masową skalę podsłuchów to część pejzażu współczesnych Włoch, kraju weselszego niż kiedyś, ale zarazem bardziej sfrustrowanego i głęboko skorumpowanego" - twierdzi Edmondo Berselli z tygodnika "L'Espresso". "Nie trzeba być socjologiem, by dostrzec załamanie się społecznych wzorców zachowań. Nie jest przeto zaskakujące, że prywatne sprawy bohaterów obecnego skandalu mieszają się ze światem polityki. W polityce podlanej swoistym południowoamerykańskim sosem przyjemność i władza pozostają w ścisłym związku" - dodaje.
Na "dziwne związki" między znanymi osobistościami i żyjącymi z nich pasożytami wskazywał m.in. kazus mistrza futbolowego Alberta Gilardino, który był szantażowany przez Coronę, a potem ostrzegł go o wszczętym przeciw fotografowi śledztwie. Berlusconi zgodził się zapłacić szantażystom w imię ochrony czci swojej rodziny. Włoskie media zastanawiają się, dlaczego nie wywołało to publicznej krytyki. "Takie zachowania są częścią włoskiej kultury" - uważa Aldo Grasso z "Corriere della Sera". Wiąże on je po części z upolitycznieniem, a po części z moralną erozją włoskiej telewizji. "W żadnym innym kraju telewizja nie odgrywa takiej roli. Wszystko, co się dzieje, aby działo się naprawdę, musi być pokazane w telewizji. Jesteśmy więźniami tej sytuacji i nikt nie może po prostu wyciągnąć wtyczki z gniazdka" - dodaje.

Polityka jak show-biznes
"We Włoszech i na ogół w Europie widoczna jest tolerancja obyczajowych ekstrawagancji, znacznie większa niż w Ameryce" - twierdzi socjolog Fabio de Nardis. Skandale spływają po ich bohaterach jak woda po kaczce. Najlepszym tego potwierdzeniem jest Berlusconi, którego pozycji nie podważyły liczne procesy i oskarżenia o korupcję. Spokojny o swą przyszłość może być także rzecznik rządu Silvio Sircana, żonaty ojciec dwojga dzieci. W sondażu przeprowadzonym po opublikowaniu dwuznacznych zdjęć z jego udziałem 68 proc. respondentów uznało, że powinien pozostać na stanowisku.
- Pejzaż polityczny coraz bardziej zlewa się z show-biznesem. W tym świecie piłkarz znaczy tyle samo, co funkcjonariusz polityczny, przynajmniej w oczach paparazzich. Jeśli wśród opinii publicznej rozpowszechni się przekonanie, że wybrańcy narodu spędzają czas na nocnych hulankach, upodobnienie świata instytucji z show--biznesem może mieć wybuchowe konsekwencje - ostrzega Edmondo Borselli z "L'Espresso". Solidarności z Sircaną odmówił tylko jeden polityk. "W tym kraju jeśli ktoś zrobi coś złego, następnego dnia musimy mu przebaczać. Nie ja!". Słowa te wygłosiła Alessandra Mussolini, działaczka skrajnej prawicy, wnuczka faszystowskiego dyktatora. Zrobiła to w telewizji, więc nikt nie mógł powiedzieć, że to się tylko wydawało.
Okładka tygodnika WPROST: 19/2007
Więcej możesz przeczytać w 19/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Spis treści tygodnika Wprost nr 19/2007 (1272)


ZKDP - Nakład kontrolowany