Dyplomacja na wózku

Dyplomacja na wózku

Może się okazać, że to nowi Europejczycy są lepszymi Europejczykami niż inni
Po katastrofie rządowego śmigłowca leżałem w szpitalu i nie wiedziałem, czy lekarze puszczą mnie na szczyt Unii Europejskiej w grudniu 2003 r. Uparłem się jednak i poleciałem żegnany surowymi upomnieniami medyków, że robię to na własne ryzyko. W Brukseli ważyły się losy systemu głosowania, a więc pozycji Polski w systemie wspólnotowych decyzji. Projekt traktatu konstytucyjnego, który miał być przyjęty, znacznie pomniejszał naszą rolę. Konwent Europejski zaproponował, by korzystną dla Polski metodę nicejską, która dawała nam tylko 2 głosy mniej niż największym krajom unii, zastąpić w 2009 r. systemem podwójnej większości. Taki sposób głosowania wzmacniałby pozycję Niemiec czy Francji, które były najbardziej zagorzałymi jego zwolennikami.

Kapitał współczucia i życzliwości
Początkowo chciałem się w Brukseli obejść bez inwalidzkiego wózka. Przeszedłem jednak zaledwie sto metrów i musiałem usiąść. Ból kręgosłupa na więcej nie pozwalał. Powiedziałem do Włodzimierza Cimoszewicza: "Słuchaj, ja nie powinienem jeździć na wózku. Przecież to nie wypada, żeby polski premier tak wyglądał". A on do mnie: "Siedź na tym wózku cały czas. Budzisz współczucie i życzliwość. To bezcenny kapitał w negocjacjach". Rzeczywiście szybko się o tym przekonałem. Premierzy unijnych rządów gratulowali mi cudownego ocalenia, a najwięksi adwersarze bez przekonania polemizowali z naszym stanowiskiem. Nie tylko jednak z uwagi na mój złamany kręgosłup i zbolałą minę. Było wiadomo, że Polska i Hiszpania długo przed szczytem zbudowały koalicję, która nie odda pola bez walki. Minister Cimoszewicz i pierwsza dama hiszpańskiej dyplomacji Ana de Palacio del Valle reagowali szybko na próby rozbicia polsko--hiszpańskiego sojuszu. Wszyscy czekali na projekt włoskiego kompromisu, ale as w rękawie Silvia Berlusconiego okazał się ostatecznie wnioskiem o przerwanie obrad.
Po wznowieniu rozmów Polska i Hiszpania nie zgodziły się na automatyczne wejście w życie w 2009 r. systemu głosowania podwójną większością. Niemcy sprzeciwiły się wtedy propozycji utrzymania systemu głosowania przyjętego w Nicei, a Francja nie zaaprobowała przełożenia terminu zmiany nicejskiego systemu głosowania na 2014 r. Niepowodzenie szczytu okazało się nieuchronne.

Klątwa Giscarda
Po czterech latach formuła podwójnej większości okazała się znów kluczem do unijnej przyszłości. Valéry Giscard d'Estaing, który kierował pracami konwentu przygotowującego projekt europejskiej konstytucji, musi mieć nie lada satysfakcję, że jego arbitralna decyzja sprzed lat zachowuje ciągle wigor. Były prezydent Francji, posługując się "żelazną ręką w aksamitnej rękawiczce", przeprowadził plan wyeliminowania Nicei. Nie bez spektakularnych oporów. Delegaci rządów Hiszpanii, Polski, Wielkiej Brytanii, Austrii, Cypru, Danii, Estonii, Irlandii, Litwy i Szwecji w specjalnym liście wyrazili swój zdecydowany protest. "W takim momencie, tuż przed zakończeniem debaty w konwencie, ponowne otwarcie czegoś, co zostało z takim bólem uzgodnione w Nicei, otwierałoby nowe pole sporów i zwiększałoby ryzyko niedokończenia prac konwentu" - ostrzegli sygnatariusze listu. Giscard uśmiechał się pobłażliwie. Było jasne, że jego inicjatywa jest wynikiem francusko-niemieckiego porozumienia o podziale wpływów w unii. Hiszpanie mówili wprost o spisku dwóch największych krajów i odgrażali się, że "przekształcą w piekło" przyszłą konferencję międzyrządową, która zajmie się ostateczną wersją traktatu konstytucyjnego. W końcu po silnej reakcji Polski i Hiszpanii Giscard zgodził się na klauzulę wygaszającą moc umowy z Nicei po pewnej zwłoce, czyli w 2009 r.
Pierwsze starcie nastąpiło niemal dokładnie cztery lata temu w Salonikach. Grecki szczyt UE debatował nad sprawozdaniem Giscarda. Dominował ostrożny optymizm, ale nie brakowało zastrzeżeń. Lekceważono je jednak, zakładając, że Niemcom i Francuzom uda się przeciągnąć na swoją stronę Wielką Brytanię i większość małych państw, a w końcu "przekupić" Polskę i Hiszpanię. Odświętną atmosferę psuły wystąpienia malkontentów kwestionujących francusko-niemiecką hegemonię. W końcu Pat Cox, ówczesny przewodniczący Parlamentu Europejskiego, zapytał, czy obecni w sali premierzy i ministrowie pamiętają Elvisa Presleya. Słysząc szmer potwierdzenia, powiedział: "No to pewnie znacie »It's now or never«. Albo teraz zrobimy coś na rzecz konstytucji, albo nigdy".
Potrzeba sukcesu przesłoniła słowa belgijskiego premiera Guy Verhofstadta, który podkreślił, że "Nicea jest świetna, a konwent to zmienia. Nie mówię, że Nicea jest święta, ale mandat z Nicei obejmuje wszystko". Premier Hiszpanii Jose Maria Aznar przypomniał, że bronimy Nicei, "bo to traktat konsekwentny, uzgodniony i ratyfikowany. Tam właśnie zdecydowaliśmy o rozszerzeniu unii na podstawie przyjętego konsensusu. Ówczesne ustalenia dalej nas wszystkich obowiązują". Duński szef rządu Anders Fogh Rasmussen proroczo namawiał, by "pamiętać, że rozwiązania w konstytucji muszą zawierać równowagę między tym, czego my chcemy, a tym, co mogą zaakceptować nasi obywatele. To oni będą podejmować ostateczne decyzje często w referendum". Jego słowa, jak i inne przestrogi, zostały zlekceważone. W re-zultacie Jacques Chirac, który w Salonikach bardzo wysoko ocenił traktat, przegrał go w referendum w Paryżu. "Dobry i ambitny projekt" okazał się świetny dla francuskiego prezydenta, ale nie dla Francuzów.

Niewidzialny kot
Cóż to za paradoks, że sami Francuzi zatrzymali Giscardowską koncepcję Europy. Gdyby nie przegrane referenda we Francji i Holandii, eurokonstytucja z metodą podwójnej większości zaczęłaby obowiązywać już od 2009 r. Stało się jednak inaczej i w związku z tym pojawia się pytanie o system nicejski. Otóż funkcjonuje on bez trudności i żaden kraj członkowski nie zgłasza jakichkolwiek problemów. To udowadnia, jak nieuzasadnione były ataki na Niceę. Jej następstwem nie stały się "Europa różnych prędkości", paraliż decyzyjny ani rozpad Unii Europejskiej, czym straszono w 2003 r. Wiele z tych argumentów pojawiło się znowu, ale już bez takiego impetu jak cztery lata temu. Skąd zatem pogląd, że należy wracać do systemu podwójnej większości? Stąd, że koncepcja twardego, europejskiego jądra nie zniknęła wraz z odejściem Gerharda Schrödera i Jacques'a Chiraca. Nowi przywódcy w Berlinie i Paryżu łaskawym okiem patrzą na dorobek swoich poprzedników. Wiedzą też, że polski rząd nie ma w Europie znaczących sojuszników, za to ma poparcie przeciwników integracji, co tylko osłabia i tak już jego marną pozycję. To nie skłania do kompromisu, lecz do uszczypliwości.
"Jestem przekonany, że Polska szczeka pod niewłaściwym drzewem, bo kot jest gdzie indziej" - powiedział uprzejmie fiński eurodeputowany Alexander Stubb, który wcześniej negocjował traktaty z Nicei i Amsterdamu. Gdyby to był bułhakowowski Behemot, obraziłby się śmiertelnie, bo nie znosił, gdy ktoś wątpił w jego istnienie. Mimo że dla Stubba kot nie jest widoczny, to co chwila pręży grzbiet i na jednych patrzy przymilnie, a na drugich ostrzy pazury. Na szczęście Polska nie jest myszą i nie musi się bać.

Lepsi Europejczycy?
Dla Polski system nicejski ma dodatkowe znaczenie, bo po ewentualnym wejściu w życie nowego traktatu budżet unii ma być przyjmowany już nie jednomyślnie, ale kwalifikowaną większością głosów. Nic dziwnego, że z kolei prezydencja niemiecka wspierana przez wielu unijnych przywódców uznaje, że mimo fiaska traktatu konstytucyjnego obowiązuje nadal system podwójnej większości. Tylko nieliczni, tacy jak Alan Posener w "Die Welt", wskazują, że skandalem jest udawanie, iż nie było przegranych referendów w ważnych krajach wspólnoty - Francji i Holandii. "To Polacy ratują Europę" - napisał niemiecki dziennik, nawiązując do polskiego sprzeciwu wobec uznawanego systemu ważenia głosów. Polska zasługuje na podziękowanie - uważa Posener, dodając, że może się okazać, iż to nowi Europejczycy są lepszymi Europejczykami niż inni.
Okładka tygodnika WPROST: 26/2007
Więcej możesz przeczytać w 26/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Spis treści tygodnika Wprost nr 26/2007 (1279)


ZKDP - Nakład kontrolowany