Mózg świata

Mózg świata

Bruksela to w porównaniu z Waszyngtonem intelektualna pustynia
Brukselska burza mózgów wygląda mniej więcej tak: kawa, croissanty, wykład o demokracji i konsensusie, w przerwie znowu kawa, a na koniec lampka wina. Wszyscy się znają i kochają. Bruksela, która mieni się stolicą wolnej i demokratycznej Europy, jest intelektualnie sparaliżowana. To ledwie prowincja idei, zagarnięta przez lobbystów. Kiedy w Waszyngtonie toczą się zacięte wojny o następną wielką ideę, w Europie pije się kolejną kawę i słucha kolejnego wykładu o subsydiach. Johan Norberg, szwedzki komentator i promotor wolnego rynku, rzucił niedawno pracę w brukselskim think tanku Centre for the New Europe i przeniósł się do Waszyngtonu, by pracować dla Cato Institute. Jakieś różnice? - W Brukseli ludzie się nie kłócą. A w Waszyngtonie jeśli nie jesteś wygadany i zdolny zaatakować najświętsze krowy, to znaczy, że cię nie ma - mówi. Waszyngtońska fabryka myśli to prawdziwy przemysł, gdzie nie ma rzeczy niemożliwych.

Dwadzieścia lat do przodu
Magazyn "Foreign Policy" co roku publikuje listę najbardziej wpływowych myślicieli politycznych świata, opracowaną na podstawie ankiet rozprowadzanych wśród naukowców. To ważny barometr idei, bo pokazuje, w którą stronę w przyszłości może pójść pojmowanie polityki. Za najbardziej wpływowych uważa się Roberta Keohane'a z Uniwersytetu Princeton, współtwórcę współczesnej teorii neoliberalizmu, i Kennetha Waltza, emerytowanego profesora politologii z Uniwersytetu Berkeley i twórcę realizmu strukturalnego, teorii określającej świat jako strukturę, w której współdziałają państwa. - To ludzie, którzy piszą politykę na dwadzieścia lat do przodu - mówi Susan Peterson, politolog i współautorka raportu. Co ważne, na listach "Foreign Policy" nie ma myślicieli Starego Kontynentu.
Zanim myśl jako wykładnia polityczna zacznie działać, musi przejść chrzest bojowy. Organizują go think tanki, które zawiłe koncepcje przekuwają w proste rozwiązania polityczne. Wokół Kongresu, Białego Domu i w okolicach DuPont Circle rozsiadły się największe instytuty myśli: RAND, AEI, Cato, CFR, CSIS, Pew Research Center. W sumie w stolicy jest ich ponad 300, a w całym kraju - 1500. Waszyngton żyje codzienną polityczną bitwą. Tysiące maili, setki rekomendacji, blogi i nieustanna obecność w mediach. Edwin Feulner, jeden z pierwszych prezesów Heritage Foundation, za miarę skuteczności eksperta uznawał "test teczki". Jego zdaniem, problem, analiza i rekomendacja powinny zostać przedstawione w taki sposób, aby polityk mógł się z nimi zapoznać w limuzynie w drodze na kolejne spotkanie.

Obrotowe drzwi
Aby myśl się dobrze sprzedała, musi mieć opakowanie. Stąd kariera haseł odpowiadających całym koncepcjom. David Frum, były speechwriter Busha, stworzył pojęcie "osi zła", Newt Gingrich, były przewodniczący Izby Reprezentantów, jest autorem "kontraktu dla Ameryki".
Co ciekawe, podczas gdy większość uniwersytetów jest lewicująca, wśród najbardziej wpływowych think tanków wymienia się prawicowe. To jeden z sukcesów neokonserwatystów, którzy z grupy byłych marksistów przekształcili się we wpływowych myślicieli. Wszystko to dzięki dobrze zarządzanemu think tankowi.
Ten system podejmowania decyzji jest jednym z bardziej demokratycznych. Rolą think tanków nie jest ciche lobbowanie, ale głośne mówienie o pomysłach politycznych. Stąd też biorą się politycy zasiadający w radach think tanków. I administracja George'a W. Busha nie jest wyjątkiem. W Waszyngtonie określa się to mianem "obrotowych drzwi" - eksperci zamieniają się w polityków i odwrotnie. - Z kilkudziesięciu instytucji wpływających na formułowanie amerykańskiej polityki zagranicznej rola think tanków jest najważniejsza i najmniej doceniana - mówi Richard Haas, przewodniczący Council of Foreign Relations.

Polityka za drzwiami
Bruksela to w porównaniu z Waszyngtonem myślowa pustynia. W stolicy Europy działa kilkadziesiąt think tanków, ale ich wpływy są ograniczone. W wielu wypadkach służą jako przykrywki dla lobbystów. W ten sposób polityka nie jest prowadzona jawnie, lecz chowa się w kuluarach.
Według raportu Corporate Europe Observatory, organizacji obserwującej działanie europejskich think tanków, wiele z nich nie spełnia zasad transparentności. Stockholm Network duże pieniądze otrzymuje od koncernów, takich jak Eli Lilly, ExxonMobil czy Pfizer. Według CEO powoduje to, że zamiast fabryką myśli brukselskie think tanki stają się zakładnikami doraźnych interesów kilku firm.
Według ekspertów słabością Brukseli jest brak jasnego podziału na lewicę i prawicę. W stolicy Europy rodzą się dziwne, czasem chore koalicje. - Jeśli przyjdzie bronić subsydiów dla rolników, to francuscy socjaliści i konserwatyści będą mówić jednym głosem. Podobnie zrobią sprzyjające im think tanki - mówi jeden z europosłów. - Konkurencji nie ma, bo wszyscy i tak dostaną pieniądze z budżetu. Można więc spokojnie popijać kawę i pisać rozprawy, których i tak nikt nie przeczyta - dodaje.
Polityka wobec Bliskiego Wschodu, relacje UE z Hamasem - w Europie decyzje w tych kwestiach zapadają za zamkniętymi drzwiami. Opinii publicznej ogłasza się je już po fakcie, tłumacząc, że na tym polega demokracja. Cóż więc nam, Europejczykom, zostaje na pocieszenie? Ano to, że większość najbardziej wpływowych politycznych myślicieli na świecie to intelektualiści, którzy z Europy uciekli do USA.


 
Okładka tygodnika WPROST: 26/2007
Więcej możesz przeczytać w 26/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Spis treści tygodnika Wprost nr 26/2007 (1279)


ZKDP - Nakład kontrolowany