Wróżenie z giełdy

Wróżenie z giełdy

Nie warto fetyszyzować informacji płynących z rynku akcji
Wielu ekonomistów twierdzi, że polska gospodarkę już jesienią czekają spore zawirowania. Dlaczego? Bo wtedy może dojść do poważnej korekty na naszej giełdzie. Giełda uważana jest przez wielu ekonomistów za najczulszy barometr sytuacji kraju. Nie jest to tylko naiwna wiara inwestorów i dysponujących niezbyt głęboką wiedzą analityków. W podobny sposób wypowiadają się znani ekonomiści. Swoje opinie wspierają analizami statystycznymi, dowodzącymi, że w przeszłości giełda lepiej od kogokolwiek innego wyczuwała nadchodzące zmiany w gospodarczym klimacie. Czy to znaczy, że możemy spokojnie cisnąć w kąt modele ekonomiczne, analizy polityki ekonomicznej, oceny gospodarczych ekspertów? Skoro istnieje barometr, który potrafi w skuteczny i pewny sposób ostrzec nas przed możliwymi burzami (załamaniami koniunktury) i przygotować na piękną, słoneczną pogodę (czyli na okres gospodarczej prosperity) - po co szukać czegokolwiek więcej.

Krzywa ABC
Przekonanie, że giełda jest w stanie najlepiej przewidywać zmiany klimatu gospodarczego, nie narodziło się w Polsce. Za początek takiego podejścia do problemu można uznać rok 1921, gdy rząd amerykański, zaskoczony powojennym kryzysem gospodarczym, zatrudnił ekonomistów, aby opracowali wiarygodne metody prognozowania koniunktury. Efektem prac stał się barometr harvardzki, znany pod nazwą "krzywych ABC", czyli skonstruowany przez ekonomistów i statystyków Uniwersytetu Harvarda model pozwalający na podstawie obserwacji różnych wskaźników gospodarczych przewidywać przyszły przebieg cyklu koniunkturalnego.
Model skonstruowany na podstawie danych z okresu przedwojennego był, według obecnych kryteriów, dość prosty. Składały się na niego trzy "krzywe". Krzywa A (zwana spekulacyjną) opierała się na obserwacji cen akcji na giełdzie nowojorskiej. Krzywa B analizowała wskaźniki płynące z gospodarki (wielkość sprzedaży i ceny hurtowe towarów). Wreszcie krzywa C opisywała politykę pieniężną (stopy procentowe). Ideą barometru było to, by wśród dostępnych informacji szukać tych, które z wyprzedzeniem informują o tym, co stanie się w gospodarce. Na podstawie analiz tych krzywych sporządzano indeks, który rozsyłano co miesiąc w formie biuletynu.
Problem pojawił się, gdy do trzech krzywych zastosowano najlepszą dostępną wówczas metodologię statystyczną. Okazało się, że nie wskazują one prawdopodobnych zmian koniunktury jednocześnie. Najwcześniej, z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem, można było przewidywać stan gospodarki na podstawie wskazań krzywej A (ruchów na giełdzie). Po pewnym czasie w tę samą stronę zaczynała podążać krzywa B (realna gospodarka), a dopiero na końcu krzywa C (rynek pieniężny). Okazało się więc, że najlepiej prognozować koniunkturę, patrząc na zachowania giełdowych inwestorów. Jeśli giełda jest optymistyczna, dobrze to wróży gospodarce. Jeśli inwestorzy wpadają w depresję, depresja gospodarki jest niemal pewna.

Dyktatura giełdy
Kolejność zachowań nie może być przypadkowa, lecz wskazuje na związki przyczynowo-skutkowe rządzące gospodarką. Twórcy barometru stwierdzili, że nastroje giełdy, oddające nastroje wszystkich uczestników życia gospodarczego, przekładają się na działania przedsiębiorstw. Jeśli na przykład biznes jest niepewny przyszłych zysków, maleją zakupy akcji na giełdzie i krzywa A spada. To z kolei stanowi ostrzeżenie dla przedsiębiorstw - przyszła sprzedaż się zmniejszy. Wyprzedzając to zjawisko, firmy ograniczają inwestycje i gospodarka wpada w recesję. Dopiero wówczas reaguje na to rynek pieniądza i spadają stopy procentowe. Niski koszt pieniądza poprawia z czasem nastroje na giełdzie, dając początek nowemu ożywieniu na niej, co wpływa na ożywienie w realnej gospodarce itd.
Z teorii wynikało, że to giełda rządzi gospodarką. Obserwując zmiany zachowań giełdy, można przewidzieć przebieg koniunktury. Było to przekonanie zgodne z duchem tamtych czasów, gdy ekonomiści wierzyli, że na przebieg cyklu koniunkturalnego nie da się wpłynąć, a generalną zasadą jest to, że "rynek zawsze wie lepiej". W latach 20., okresie boomu ekonomicznego w USA, giełda osiągnęła maksimum społecznego zaufania, stając się wyrocznią gospodarki.
Do katastrofy doszło jesienią 1929 r. Od kilku miesięcy barometr harvardzki dawał sprzeczne wskazania - krzywa B zaczynała opadać, sugerując, że sytuacja firm się pogarsza. Ale krzywa A nadal szła w górę, sugerując, wspaniałe perspektywy. Wierząc w to, że giełda się nie myli, autorzy barometru oparli swoje prognozy tylko na zachowaniu Wall Street. I ogłosili w biuletynie z października 1929, że tak giełdę, jak całą gospodarkę czekają jeszcze wspanialsze czasy. Tymczasem na giełdzie doszło do załamania. Już w "czarny czwartek" 24 października inwestorzy zaczęli masowo wyprzedawać akcje. W "czarny wtorek" 29 października Wall Street ogarnęła panika. Indeks Dow Jones, który we wrześniu 1929 r. wynosił 381 punktów, 29 października spadł do 230 punktów, a w ciągu trzech lat obniżył się do 41 punktów. W ślad za giełdą na dno poszła cała amerykańska gospodarka - PKB spadł między rokiem 1929 a 1933 o 29 proc.
Co na to autorzy barometru? W kolejnym biuletynie, kilka dni po krachu, zapewnili że "poważna recesja jest całkowicie nieprawdopodobna", bo wyklucza ją odnotowywany przez ostatnie miesiące (poza kilkoma ostatnimi dniami) optymizm giełdy. Po wielu błędnych prognozach przestali publikować biuletyn.

Barometr warszawski
Nie jesteśmy pierwszymi, których oczarowała giełda ani pierwszymi, których pociąga instynkt, z którym inwestorzy giełdowi są zazwyczaj w stanie przewidzieć sytuację gospodarki. "Zazwyczaj", a nie "zawsze" - czyni dużą różnicę. Giełda nie rządzi gospodarką; tylko stanowi jej odbicie. Umiejętność giełdy do reakcji pozornie wyprzedzających gospodarkę bierze się z uważnej i natychmiastowej analizy informacji oraz dążenia do chwytania okazji, gdy się ona pojawi, a nie czekania, aż potwierdzą ją opublikowane statystyki. To pomaga, ale nie daje gwarancji. Uczestnicy rynku mogą czasem mylić się co do stanu gospodarki i trwać w swoim błędzie. Tak się stało w USA w 1929 r.
Przestrzegam przed fetyszyzowaniem giełdy. Niewykluczone, że giełdę w Warszawie niebawem czeka poważna korekta. Ale nie ma to znaczenia ani dla stanu koniunktury gospodarczej, ani dla przyszłości giełdy. Gospodarka polska rośnie szybko, a perspektywy tego wzrostu najlepiej oceniać na podstawie analiz makroekonomicznych. A one sugerują, że szybki wzrost będzie trwać przez dwa, trzy lata, a kursy akcji - nawet jeśli na jakiś czas się załamią - powinny nadal iść w górę, choć wolniej niż dotychczas.
Kiedyś zapewne ceny akcji ulegną przecenie, ale stanie się to prawdopodobnie wtedy, gdy symptomy spowolnienia ogarną całą gospodarkę, a więc nieprędko.


Ilustracja: D. Krupa
Okładka tygodnika WPROST: 26/2007
Więcej możesz przeczytać w 26/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Spis treści tygodnika Wprost nr 26/2007 (1279)


ZKDP - Nakład kontrolowany